Nie każdy miesiąc jest dla codziennych zjadaczy kultury na tyle łaskawy, by obrodzić w same genialne tytuły, produkcje czy wydarzenia. Nierzadko zdarza nam się rozczarować lub zawieść na jakimś dziele. Czasami bywa również tak, że jakieś dzieło z szeroko rozumianej kultury okaże się dla nas kompletną… no właśnie – szmirą. A skoro niejednokrotnie już na łamach naszego portalu rozmawialiśmy o ulubieńcach danego miesiąca, to dlaczego nie zrzucić z siebie żalu (a czasem i wypuścić trochę jadu) i nie ponarzekać na to, co nam się wybitnie danego miesiąca nie spodobało? Słowem – przedstawiamy Wam nowy cykl, Szmiry miesiąca, w którym będziemy mówić zarówno o totalnych porażkach, jak i o dziełach, które nas zwyczajnie rozczarowały. W pierwszej odsłonie cyklu Anna, Kuba, Mateusz i Sylwia dzielą się tytułami, które dla nich osobiście zasłużyły w lutym na miano szmiry. Zapraszamy do lektury i jesteśmy szalenie ciekawi, co Was rozczarowało w tym ostatnim zimowym miesiącu!


Anna Sroka-Czyżewska

Jak na wisienkę na torcie sezonu nagród przystało, nie mogłam obejść się w lutym bez Oscarów. Magia i blichtr Hollywood działają chyba na każdego, więc i ja nie pozostałam obojętna. Jak co roku dwoiłam się i troiłam, aby na czas obejrzeć wszystkie nominowane filmy. Dodatkowo też w ostatnich dniach nie mogłam oprzeć się pokusie, aby nie sięgnąć po szeroko reklamowaną, tuż przed 91. galą wręczenia słynnej statuetki, książkę autorstwa Katarzyny Czajki-Kominiarczuk Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej.

Książka promowana jest jako obnażająca kulisy najpopularniejszej nagrody filmowej. To również krótka historia statuetki, ale przede wszystkim zbiór anegdot ze świata Hollywood. W mojej opinii niestety zbiór chaotyczny, miejscami nudny, szczególnie dla osób od lat śledzących oscarowe gale, oglądających namiętnie nominowane filmy i przede wszystkim już doskonale orientujących się w mechanizmach przyznawania statuetek.  Autorka dzieli swoja książkę na kategorie i omawia w niej wybrane tematy związane z samą statuetką – jej historię, zasady przyznawania, kategorie. Dalej są też ciekawostki, wpadki, oscarowe kreacje. Przy tej części aż prosiło się o dodanie fotografii – tak wiele mogłyby zadziałać na korzyść książki, a tak… mamy suche wypowiedzi o tym, które sukienki były najpiękniejsze i skąd zwyczaj wypożyczania sukien i biżuterii dla gwiazd. Przeglądanie internetu w poszukiwaniu opisanych stylizacji, podczas czytania książki, jest dość męczące. Mamy książkę o blaskach i cieniach Hollywood, a nie mamy opisanych niestety wielu ciekawych skandali i wpadek. Te opisane przez autorkę są powszechnie znane i od lat poruszane w przedoscarowych zestawieniach. Trochę tego za mało.

Oscary. Sekrety największej nagrody filmowej to też pozycja niedopracowana pod względem edytorskim, wiele w niej literówek i błędów oraz, czego bym się nie spodziewała, sporo niedopatrzeń i przeinaczeń w datach czy obliczeniach, a nawet tytułach filmów. Autorka niewątpliwie chciała uczynić swoją książkę przystępną dla każdego czytelnika, dlatego dziwi mnie to, że brak w niej odpowiednich przypisów, które objaśniałyby, kto kim jest, podawałyby oryginalny tytuł filmu czy rok produkcji. Dodatkowo pewne tezy autorki są traktowane jako prawda, chociaż nie ma możliwości wiedzieć na pewno, dlaczego ta czy inna aktorka zrobiła lub nie, karierę, i ile w tym zasługi lub winy Harveya Weinsteina. Kolejnym takim przykładem tezy bez uzasadnienia jest podanie informacji, że Kształt wody (reż. Guillermo del Toro) jest plagiatem, ale nie podanie już jaką to produkcję rzekomo plagiatuje (chodzi o Plusk z 1984 roku z Tomem Hanksem i Daryl Hannah).

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk jest autorką bloga “Zwierz popkulturalny” i bez wątpienia posiada szeroką wiedzę, ale pewne błędy rażą i odstraszają od lektury. Zapewne jest to w głównej mierze wina korekty i braku redaktora merytorycznego. Tutaj jako przykład podam jeszcze kilka błędów, które mnie zdziwiły. Będzie to podanie tytułu filmu Wzgórze ocalonych, zamiast prawdziwego, Przełęcz ocalonych. Również Tammy, zamiast Tully. Były również takie, które musiałam wnikliwiej sprawdzić i tutaj mamy przykład ilości nagród dla filmu Trzy kolory: Czerwony Kieślowskiego, który zdobył trzy, a nie cztery, jak pisze autorka, nominacje. Są to wpadki, które wręcz nie przystoją takiemu opracowaniu. Chcemy konkretnego i rzetelnego źródła, bez ciągłego patrzenia w internet, gdy czujemy, że coś nam nie pasuje, bo pamiętamy przecież, że było inaczej. Liczyłam na dobre opracowanie historii statuetki, gal oscarowych z wieloma zdjęciami, ciekawostkami. Dostałam jednak zbieraninę suchych faktów i nieciekawych opinii oraz daleko idących domysłów, w dodatku podane w pełnej błędów i przeinaczeń formie.


Jakub Pożarowszczyk

Ostatnio, przy okazji debiutu cyklu Głos z ciemności, znęcałem się nieco nad kondycją współczesnego power/epic metalu. Niemniej jest masa zespołów, które niestrudzenie uprawiają ten gatunek. Niektórym to wychodzi w miarę znośnie (Blind Guardian, Iced Earth, Dragonforce, Helloween), a niektórym gorzej (Avantasia, Rhapsody of Fire). Stojący za Avantasią Tobias Sammet jakoś nigdy nie potrafił mnie przekonać swoim projektem. O ile bardzo podoba mi się, a raczej podobała, jego robota w Edguy (niestety ostatnie płyty zespołu są słabiutkie), o tyle pompatyczny, epicki, przesadzony do granic możliwości, quasi-operowy metal w wykonaniu Avantasii dla mnie jest absolutnie niestrawny i stanowi zaprzeczenie tego, czym jest heavy metal. Z ciekawości jednak znowu sięgnąłem po płytę Moonglow, licząc na objawienie. Nic z tego. Pomimo obecności znamienitych wokalistów (Jorn Lande, Geoff Tate, Michael Kiske) całość cierpi pod względem kompozycyjnym. Płyta jest zagrana dobrze pod względem technicznym, natomiast piosenki, często przesadnie rozbudowane i niepotrzebnie wielowątkowe, jawią mi się jako bezpłciowe i bez charakteru. Momentami czułem się, jakbym słuchał metalowej, znacznie gorszej wersji Bat Out of Hell Meata Loafa. Dla mnie Avantasia to produkt – pomimo dopracowania każdego szczegółu – w którym nie ma serca, polotu i uczuć. Moonglow to nic innego jak kolejna power/epic metalowa płyta z elementami opery. Kiedyś wydawało się to nowatorskie i świeże, teraz zaczyna śmierdzieć trupem. Ileż można?

AVANTASIA – The Raven Child (OFFICIAL LYRIC VIDEO)


Mateusz Norek

Nadzieje były ogromne. Pierwszy polski serial produkcji Netflixa. A jak wyszło? No cóż… Nie będę udawał, że ominęły mnie dość chłodne recenzje 1983 – wręcz przeciwnie, słyszałem, że, lekko mówiąc, nie wyszło. Z pełną więc świadomością, obniżając drastycznie swoje oczekiwania, postanowiłem mimo wszystko sam przekonać się, jak prezentuje się futurystyczna, antyutopijna wizja Polski. Zresztą opinie o serialu były dość mieszane – nawet u nas Paulina w bardzo pozytywny sposób się o nim wypowiadała. Ja jednak nie mogę powiedzieć o produkcji chyba nic pozytywnego. Serio, dawno żaden serial tak mnie nie zmęczył i oglądałem go właściwie na siłę, łudząc się, że w końcu coś przełamie tę wszechogarniającą nudę wylewającą się z ekranu. Niby wątków jest sporo, bo mamy i śledztwo głównych bohaterów, i wątek grupy rewolucjonistów, na ekranie pojawiają się najważniejsi polityczni gracze, przedstawiciele obcych mocarstw, trwa jakaś walka o wpływy i władzę, ale mimo wszystko zmierza to zupełnie donikąd. Ja naprawdę szanuję produkcje, które nie spieszą się z opowiadaną historią, jak chociażby leniwie prowadzone Kroniki Time Square. Ale tam rekompensują to ciekawi bohaterowie, a w 1983 to najgorszy element serialu. Weźmy głównych bohaterów – Maciej Musiał w roli Kajetana jest absolutnie bez wyrazu, irytuje swoimi decyzjami i daje sobą manipulować na lewo i prawo. A Robert Więckiewicz, którego uwielbiam (i którego świetną kreację oglądałem nie tak dawno w Ślepnąc od świateł), jest tutaj równie nijaki i cały czas patrząc na ekran, zamiast detektywa Anatola, widziałem Więckiewicza. Niby czuć trochę, że to miała być rola takiego wypalonego gliniarza w średnim wieku w stylu filmów noir, ale ani w charakteryzacji, ani w zachowaniu postaci, ani nawet w dialogach nie ma NIC, co pozwalałoby mi uwierzyć w tego bohatera. Mimo usilnych starań, nie byłem w stanie ani ich polubić, ani tym bardziej im kibicować. Pozostałe role nie wyszły wcale lepiej, na pewno nie pomogła im cała masa ekspozycyjnych dialogów, w których postacie rozmawiają o znanych sobie wydarzeniach, bo przecież widz musiał się nich dowiedzieć, a nie można było tego przekazać w bardziej finezyjny sposób. No ale kiedy przeczytałem, że scenariusz do polskiego 1983 pisał Amerykanin bez żadnego doświadczenia (!) i dopiero potem ten angielski tekst był tłumaczony dla aktorów na polski, to ten chaos wydaje się oczywisty. Słyszałem opinię, że chociaż scenografia jest ciekawa i oddająca futurystyczny komunizm, ale dla mnie tutaj też jest co najwyżej przeciętnie, może poza ciekawym klimatem Małego Sajgonu, czyli dzielnicy Wietnamskiej – ale nie jest to znowu nic oryginalnego. Najlepiej wyszły retrospekcje z czasów prawdziwego PRL-u, ale było ich zaledwie kilka. Przynajmniej do odcinka czwartego, bo tyle zdołałem obejrzeć. To w ogóle zabawna sprawa, bo po seansie trzech powiedziałem sobie: “Dobra! Zobaczę jeszcze jeden odcinek i jeśli nic nie zmieni się na lepsze, rzucam to w cholerę”. Po czym odpaliłem czwarty i doszło do mnie, że już go oglądałem. Samo to niech świadczy o tym, jak mało wyraziste są kolejne epizody. Istnieje oczywiście cień szansy, że w drugiej połowie (serial ma łącznie osiem odcinków) wszystko nagle zmienia się w intrygującą i trzymającą w napięciu historię, i po obejrzeniu całości odszczekałbym wszystkie oskarżenia wymierzone w 1983, ale sorry, za dużo jest dobrych tytułów, by zmuszać się do oglądania czegoś na siłę. Dla mnie kolosalne rozczarowanie.

1983 | Oficjalny zwiastun | Netflix


Sylwia Sekret

Choć nasz najnowszy cykl, którego pierwszą odsłonę prezentujemy właśnie za sprawą tego tekstu, nosi dość negatywnie nacechowaną nazwę, to Szmiry miesiąca w dużej mierze będą opowiadały o naszych rozczarowaniach. Jednak tym razem, w moim przypadku, nazwa zapożyczona z tytułu książki Charlesa Bukowskiego jest jak najbardziej na miejscu. Nie ukrywam, że już sięgając po dzieło, o którym zaraz opowiem, wiedziałam, że na niemal 90% będzie ono kompletną klapą. Po co więc po nie sięgałam? Przede wszystkim z ciekawości. Przejdę jednak do rzeczy.

Szmirą lutego jest dla mnie niezaprzeczalnie powieść Nieodgadniona autorstwa przez wielu uwielbianego Remigiusza Mroza. Miałam już okazję zetknąć się z twórczością młodego pisarza przy okazji książki Nieodnaleziona – a więc pierwszej części historii opowiadającej o Damianie Wernerze i Kasandrze, którzy (niestety) powracają z podwojoną ilością absurdów w kontynuacji zatytułowanej właśnie Nieodgadniona. Mróz nie zatarł po sobie złego wrażenia – wręcz przeciwnie. Dalsze losy bohaterów to – owszem – jazda bez trzymanki, ale w negatywnym znaczeniu. Autor bardzo starał się zaskoczyć czytelnika i miejscami mu się to co prawda udaje, ale co z tego, kiedy zaskoczenie to jest jednocześnie szokiem, że coś tak pogmatwanego i pozbawionego sensu mogło w ogóle znaleźć się w książce? Do tego dodajmy fakt, że autor cyklu o Chyłce chciał chyba – a przynajmniej ja jako czytelnik odniosłam takie wrażenie – udowodnić, że jest nie tylko na czasie ze wszystkim, ale że nie boi się podejmować żadnych trudnych tematów, dlatego w Nieodgadnionej, oprócz kontynuacji problematyki przemocy domowej, uprowadzenia, gwałtu i narkotykowego gangu, znajdziemy również molestowanie seksualne (rzecz jasna przez księży), a także homoseksualizm i nietolerancję ludzi. Problem w tym, że żaden z tych wątków nie zostaje zgłębiony, a poruszone są tak, jakby autor po prostu chciał dać znać, że wie, że rozumie, że “patrzcie, poruszam ten problem…”, ale na wspomnieniu o nim się kończy. Remigiusz Mróz w pewnym momencie chyba sam zapętlił się w tym, co napisał, i narobił w efekcie jeszcze większego bałaganu niż ten, z którym zostawił czytelnika na koniec pierwszej części historii. A koniec Nieodgadnionej? Nie chce mi się nawet tego komentować… Boję się jedynie, że zostawia on autorowi furtkę, przez którą dumnie wkroczy on na drogę ku napisaniu trzeciej części. Tymczasem Nieodgadniona to nawet nie tyle książka, która jest dla mnie szmirą lutego. Szmirą lutego jest dla mnie fakt, że ona w ogóle powstała. Nie będę się więcej rozpisywać, bo wkrótce ukaże się moja, pełna i wyczerpująca temat, recenzja. W każdym razie – nie polecam.

Fot: Wydawnictwo W.A.B, Audioteka, Netflix, Nuclear Blast