szmiry marca
szmiry marca

Nie ma ich wiele. Ale to dobrze. Chcemy, by rozczarowań, szmir i wszelkich kulturalnych bubli (zwał jak zwał) było w każdym miesiącu jak najmniej. Dlatego cieszyć powinien nas fakt, że tylko czworo naszych redaktorów znalazło spośród kulturalnych dzieł takie, które zasłużyły na mało zaszczytne miano Szmir marca. Co znalazło się w poniższym zestawieniu? Mamy powieść polskiego autora, która mocno zawiodła Anię; album muzyczny, którego Mateusz już nigdy więcej nie zamierza słuchać; serial, który Iwona porównuje do Zmierzchu, co jest chyba antyreklamą samą w sobie (choć może na niektórych zadziała to odwrotnie); a także najnowszy sezon pewnego sitcomu, który według Sylwii nie nadaje się już nawet na tak zwany odmóżdżacz. Jakie tytuły kryją się pod rozczarowanymi minami naszych redaktorów? Koniecznie sprawdźcie, jakie są nasze Szmiry marca i w wolnej chwili podzielcie się swoimi rozczarowaniami z tego pierwszego wiosennego miesiąca!


Anna Sroka-Czyżewska

Już od bardzo dawna chciałam przeczytać tę powieść, która łączy w sobie motyw przygodówki, historii, tajemnicy i śledztwa, a jeszcze dodatkowo bardzo często bywa porównywana do Kodu Leonarda da Vinci autorstwa Dana Browna, którą miałam przyjemność czytać już kilkanaście lat temu. No i w marcu przyszła pora na 444 Macieja Siembiedy… i cóż, rozczarowanie pełną gębą.

Jeden wielki chaos. Czego w tej powieści nie ma? Trudno stwierdzić, ale jedno jest pewne: że nagromadzone wątki bawią, ale na pewno nie w pozytywnym sensie. Rozśmieszyły mnie przede wszystkim szpiegowskie elementy niczym z filmów klasy B lat 90., ale już prawdziwe rozbawienie przyszło przy końcówce rodem ze Star Treka. Da się? Widać – autor potrafił. Pomyślmy w tej chwili o fabule powieści, która ma opowiadać losy zapomnianego i okrytego zasłoną tajemnicy obrazu Jana Matejki Chrzest Warneńczyka. Na trop obrazu wpada młody prokurator IPN Jakub Kania i od tego momentu dzieją się rzeczy niesłychane – brakuje tylko wybuchów w centrach miast i ataków terrorystycznych, aby osiągnąć szczyt żenady. Może jeszcze nie do końca ta powieść byłaby taka zła, ale nagromadzenie wątków z różnych epok, które co kilka stron zmieniają się i według mnie nie wnoszą nic do fabuły, jest przesadą. W pewnej chwili mamy nawet postać szejka, który sprawdza prasę z całego świata… w XIX wieku. Tak nie mogłam uwierzyć, że kartkowałam wstecz, aby doszukać się, czy czegoś nie przeoczyłam, i może była to współczesność. Nie była.

Jedynym ciekawym wątkiem, który dobrze się czytało, był wątek Jakuba Kani. Błyskotliwy prokurator IPN na tropie skradzionego obrazu – brzmi świetnie i takie było… do momentu. I nie zepsuł tego wątek romansowy, ale chaotyczność, wszędobylski chaos. Nagle niby kończy się akcja, sprawa obrazu niby wyjaśniona i tu nagle nasz prokurator jest sobie w Izraelu i już nawet w pewnej chwili nie wiedziałam – po co?

I to, o co mam największy żal w związku z 444, to to , że futuryzm łączy się z historią i w tym kontekście nie jest to dobre połączenie. Cała fabuła straciła dla mnie jakikolwiek sens, stało się dla mnie jasne, że panu Maciejowi Siembiedzie brakło chyba pomysłu na zakończenie. Zapowiadała się fajna, lekka książka przygodowa na jeden wieczór, a wyszła szmira miesiąca. Szkoda.


Mateusz Cyra

Wydana 22 marca nowa płyta Jenny Lewis, zatytułowana On the line to już czwarty solowy album wokalistki, którą możecie znać z grupy Rilo Kiley. Oczywiście jeśli nie macie bladego pojęcia, o kim właśnie piszę, to nic. Sam nie wiedziałem, kim jest Jenny Lewis, dopóki nie wpadłem na ten pomysł z cyklem Aktualnie na słuchawkach. Dzięki temu jestem bardziej obeznany z nowościami muzycznymi, ale też i bardziej narażony na dzieła wątpliwej jakości. Jednym z takich potworków ostatnich tygodni jest właśnie On the line. Generalnie w tym momencie chciałbym przeprosić wszystkich fanów Jenny Lewis, ale ja najzwyczajniej w świecie nie jestem w stanie słuchać jej muzyki. Przesłuchałem ten album dwa razy i wiem, że z pewnością był to o jeden raz za dużo. Cóż poradzę, że rzetelność nakazuje mi osłuchać się z materiałem przed napisaniem na jego temat? W czym mam problem, gdy myślę o nowym materiale Jenny Lewis? Wydaje mi się, że największą bolączką są tutaj miałkie teksty, które uwypukla specyficzny wokal Lewis. Jako przykład niech posłużą dwa cytaty:

I wasted my youth on a poppy

Doo-doo doo-doo doo, just because

oraz

I been searching for the heart to tell you somethin’

I could get down on my knees

I’ve had it with you trippers and drama queens

If I click my ruby slippers, would you forgive me?

Nie, nie i jeszcze raz nie. Zdecydowanie za bardzo zalatuje to tanim country. Może w Stanach kochają taką muzykę. My na szczęście nie musimy.

Jenny Lewis | Red Bull & Hennessy (Official Music Video)

Przeczytaj także:

Drugi odcinek cyklu: Aktualnie na słuchawkach


Iwona Mózgowiec

Wiosna to szaleństwo, pstro w głowie i nierozważne decyzje. Jedną z takich nierozważnych decyzji było zaserwowanie sobie 1 sezonu Księgi Czarownic.

Rozochocona obejrzanymi dotychczas serialowymi propozycjami w bazie HBO (Heathers, Genialna przyjaciółka, Tu i teraz), pomyślałam, że liznę trochę fantasy. Platforma HBO usłużnie podsunęła Księgę czarownic. Skorzystałam. I olaboga… Nie powinnam była.

Pierwsze skojarzenie: saga Zmierzch. Taki niemal ciut starszy duet Kristen Stewart i Roberta Pattinsona. W tle zakazana, teoretycznie niemożliwa miłość, czarownice, wampiry, demony oraz cały pakiet problemów. Serial niby już nie o nastolatkach i nie dla nastolatków, ale na poziomie emocjonalnym przeżycia bohaterów są tak samo infantylne. Choć twórcy Księgi… na pewno nie mieli aspiracji stworzyć serialu z zacięciem kryminalnym, to fabuła jest przewidywalna i schematyczna, a nieścisłości w scenariuszu co rusz zaskakują. Możliwe, że to efekt współpracy aż trzech reżyserów i czterech scenarzystów („gdzie kucharek sześć…”?). Jeśli chodzi o aktorstwo… gra Teresy Palmer, wcielającej się w główną bohaterkę, Dianę Bishop – jest bardzo zła. O ile Kristen Stewart grała według zasady: jedna mina przez cały film, to Teresa Palmer razi egzaltacją w każdym niemal kadrze.

Wady serialu można wymieniać jeszcze długo. Zapytana jednak o to, czemu obejrzałam cały sezon, zamiast poprzestać na drugim odcinku, odpowiem szczerze: nie wiem. Przyznam, że klimat serialu jest bardzo przyjemny – pięknie ujęto architekturę, wnętrza i magię; i że w kategorii „seriale odmóżdżające” Księga czarownic sprawdza się całkiem dobrze.

Przeczytaj także:

Wielogłos o serialu Genialna przyjaciółka


Sylwia Sekret

Zacznę może od wyjaśnienia, że serial, o którego najnowszym sezonie będę poniżej opowiadała (na który będę narzekała), nigdy nie był ani wybitny, ani wyjątkowo przeze mnie komukolwiek polecany. Po pierwsze dlatego, że wiedziałam, że mało kto z moich znajomych lubi tego typu sitcomowe produkcje, w których humor jest dość prosty, a po drugie dlatego, że znalazłoby się kilka lepszych tytułów z tego gatunku. Jednak osobiście dwa pierwsze sezony obejrzałam z zadowoleniem i chętnie włączałam kolejne epizody dla zrelaksowania się, totalnego odmóżdżenia, a z czasem także dlatego, że zwyczajnie polubiłam poszczególnych bohaterów i niejednokrotnie byłam zwyczajnie ciekawa, co u nich słychać. Serial miał lepsze i gorsze odcinki, ale czerpałam przyjemność z jego oglądania, niejednokrotnie się zaśmiałam, a czasem nawet udało mi się podczas spoglądania na ekran wzruszyć. Opowieść o pewnej rodzince kubańskiego pochodzenia, w której głową rodziny jest samotna matka, weteranka wojenna, zmagająca się nie tylko z dorastającym synem i przemądrzałą córką, ale także (przede wszystkim) z mieszkająca z nimi pod jednym dachem (za kotarą) babcią dzieciaków, była przez dwa sezony przyzwoita w porywach do niezłego serialu komediowego dla fanów z niewielkimi wymaganiami jeśli chodzi o poziom żartów. I mnie raz na jakiś czas taki humor odpowiada. Ucieszyłam się więc, kiedy w końcu na Netflixa zawitał trzeci sezon, bo akurat brakowało mi jakiejś odcinkowej produkcji na rozluźnienie (wciąż czekam aż dodadzą na platformę 4. sezon mojego ukochanego Crazy Ex-Girlfriend). Zaczęłam oglądać z przeświadczeniem, że kolejna odsłona będzie po prostu stała na podobnym poziomie, co poprzednie dwie. Niestety. Z odcinka na odcinek było chyba coraz gorzej. Przede wszystkim: śmiać się nie było z czego. Nie wiem – może to mnie przejadł się już ten prosty, walący obuchem po łbie humor, a może faktycznie twórcy przekroczyli już pewną granicę? Żarty nie tylko są w trzecim sezonie słabe, ale również do bólu przewidywalne i powtarzalne. Kolejnym problemem trzeciego sezonu jest wtrącana wszędzie poprawność polityczna i mówienie – mam wrażenie, że na siłę – o sprawach ważnych aktualnie i będących “na czasie”. Mamy więc za sprawą córki głównej bohaterki nacisk na tolerancję wobec ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, ale także niemal do szczękościsku doprowadzający wątek “złego dotyku”, jasno określonego przyzwolenia na jakikolwiek dotyk i sprawę molestowania kobiet przez mężczyzn – w pracy i innych miejscach bądź sytuacjach. Do tego dorzucony został alkoholizm, depresja, ataki paniki… A wszystko nasączone na wskroś niezbyt delikatnym w swej formie przekazu moralizatorstwem, które odbija się czkawką u widza po każdym odcinku. Nie, nie i jeszcze raz: nie. Twórcy nie potrafili wykrzesać nawet większych plusów z głównej gwiazdy i perełki serialu, a więc postaci babci, granej przez świetną, 87-letnią (kobieta naprawdę rewelacyjnie wygląda!) zdobywczynię Oscara za rolę drugoplanową w West Side Story, Ritę Moreno. Choć oczywiście kobieta nadal jest główną zaletą serialu, nawet tak kiepskiej trzeciej części. Sezon miał bodajże jeden epizod, który tlił się dawnym blaskiem (odcinek 11), ale to za mało, by trzymać kciuki za powstanie kolejnej odsłony. Serial został bowiem skasowany przez Netflixa po tej fatalnej, trzeciej odsłonie, ale podobno walczy się o to, by prawa do niego nabyła jakaś stacja telewizyjna. Pytanie, czy na pewno jest o co walczyć…?

Dobra, dobra… Ale ja w ogóle nie powiedziałam, o jaki serial chodzi! Szmirą miesiąca został u mnie 3. sezon serialu One Day at a Time ;).


Fot.: Wielka Litera, Warner Bros, HBO, Netflix

Podobne wpisy:


Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *