Filmy,Recenzje

Sztuką jest zekranizować prozę życia – Zsofia Szilagyi – “Pewnego dnia” [recenzja]

Zsofia Szilagyi to węgierska reżyserka i scenarzystka. Absolwentka Uniwersytetu w Peru i Uniwersytetu Sztuk Teatralnych i Filmowych w Budapeszcie. Współpracowała między innymi z reżyserami takimi jak Joram Lursen czy Ildiko Enyedi (Dusza i ciało 2017). Twórczyni krótkich metraży, zadebiutowała w Cannes pokazem Pewnego dnia w Tygodniu Krytyki. To debiutancka pozycja, z którą  bez wątpienia warto się zapoznać.

Pewnego dnia to historia  z pozoru bardzo banalna. To opowieść, którą mogłoby wyreżyserować samo życie.  Poznajemy jeden dzień  głównej bohaterki Anny – rewelacyjnie zagranej przez Zsofię Szamosi. Zwykłe czynności takie jak: przygotowywanie posiłków, poranna pobudka, spakowanie plecaków, rozwiezienie dzieci do placówek, a następnie zajęcia dodatkowe urastają do rangi bitwy, w której chodzi o przetrwanie. Jedyna chwila wytchnienia to moment, w którym po dokonaniu wszystkich obowiązków domowych, główna bohaterka jedzie autobusem do pracy w  szkole językowej. Czas toczy się własnym tempem i zdaje się być to jedyne miejsce, w którym Anna nie musi się spieszyć, dotrzymywać terminów, wypełniać zadań zajmujących cały jej czas.

Debiut węgierskiej reżyserki to film, który poraża swoją prostotą. Chciałoby się powiedzieć – „zwykłe życie”, w którym nie dzieje się nic niesamowitego. Ale właśnie w tym tkwi jego siła – w  prostocie, za którą podążamy z coraz większą wnikliwością wraz z biegiem fabuły. Paradoksalnie aura, w którą wchodzimy, nie powoduje znużenia, a wręcz przeciwnie – współczujemy Annie i  wspólnie z nią przeżywamy rozterki monotonnego, szarego losu, którego stała się więźniem. Za pomocą wielu zbliżeń, w których widzimy mimikę twarzy Anny, reżyserka uzmysławia nam nieszczęście i ból – jej codziennych towarzyszy.

Zsofia Szilagyi z dokumentalną precyzją nakreśla nam swoje postacie.  Pokazuje żywioł trudnej do okiełznania trójki dzieci, które, z uwagi na swój wiek, nie zdają sobie sprawy z trudów dorosłego życia. Mąż (Leó Füredi), który znudzony szuka pocieszenia w ramionach innej, notabene  wspólnej znajomej rodziny. Gabi (Annamária Láng)  to kochanka  Szabolcsa, będąca uosobieniem wszystkich najgorszych cech. Zdeterminowana, nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć ukochanego mężczyznę nawet kosztem spokoju i szczęścia swoich przyjaciół. Jedyną osobą, która okazuje współczucie Annie, jest jej teściowa, próbująca usilnie  ratować rozpadający  się związek.

Być może Zsofia Szilagyi zbyt stereotypowo podeszła do roli współczesnego męża, którego zadanie ogranicza się jedynie do utrzymania najbliższych, bez wgłębiania się w szczegóły życia rodzinnego. To gra pozorów, w której uczestniczą ludzie zakładający rodzinę bez miłości, być może z rozsądku? Chyba że uczucie minęło wraz z pojawieniem się rutyny? Tego możemy się jedynie domyślać.  Mimo to nie sposób nie zadać sobie w trakcie seansu pytania, czy jest to na pewno historia skonstruowana na potrzeby filmu? Czy nie jest to opowieść o wielu współczesnych rodzinach, kobietach,  które znamy i które żyją obok nas? Pewnego dnia wprowadza w konsternację, z której trudno się pozbierać.  To film stawiający wiele pytań, na które każdy z nas może sobie odpowiedzieć po swojemu. To w końcu historia  do bólu realistyczna, napisana wydawałoby się  przez samo życie, ukazana w sposób przystępny, stereotypowy, jednakże bardzo nam bliski – bez zbędnego koloryzowania i moralizatorstwa. To podróż w intymny świat zwyczajnej, z  pozoru szczęśliwej, rodziny przytłoczonej natłokiem codziennych obowiązków. To w pewnym sensie także feministyczny manifest o utracie złudzeń ukazany z perspektywy współczesnej kobiety.

 

Podobne wpisy:

Reżyseria8
Scenariusz8
Aktorstwo8
Muzyka8
Kwestie techniczne8
Emocje8
8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *