Są takie filmy, którym kibicuje się od pierwszych minut i które z dumą obejmuje się patronatem medialnym. Najnowsze dzieło Ferzana Özpeteka, „Diamenty” (w polskiej dystrybucji Best Film), to właśnie przykład kina, które od razu chwyta za serce. Nasz portal Głos Kultury objął tę produkcję patronatem – i nie bez powodu. „Diamenty” to pięknie włoskie kino z duszą, do którego możesz śmiało wybrać się z córką, siostrą, matką, babcią czy przyjaciółką. Każda z nich znajdzie tu coś dla siebie, bo Özpetek stworzył film uniwersalny w emocjach, a jednocześnie niezwykle klimatyczny i ciepły.
Fabuła opowiedziana jest w nietypowy sposób – Özpetek serwuje nam film w filmie, zabierając widza na dwie równoległe wycieczki. Pierwsza prowadzi do tętniącego życiem Rzymu lat 70., w czasy świetności włoskiej kinematografii, gdzie rozgrywa się zasadnicza historia. Druga – osadzona współcześnie – pokazuje reżysera (epizodyczna rola samego Özpeteka), który przy wspólnym stole gromadzi swoje ulubione aktorki i opowiada im o nowym projekcie filmowym. Ta dwupłaszczyznowa narracja dodaje opowieści metapoziom i pozwala spojrzeć na bohaterki z szerszej perspektywy. Ów projekt, o którym mowa, to właśnie historia, którą oglądamy: opowieść o pewnym kobiecym atelier krawieckim i jego mieszkankach.
Owym sercem filmu jest pracownia krawiecka sióstr Canova – Alberta (Luisa Ranieri) i Gabriella (Jasmine Trinca) prowadzą rodzinny zakład tworzący kostiumy dla kina i teatru. To miejsce tętniące kreatywnością, pełne materiałów, kolorów i artystycznej energii. Jednocześnie atelier staje się areną osobistych dramatów i niespełnionych pragnień, jakie noszą w sobie pracujące tam kobiety. Alberta – pewna siebie, twardo stąpająca po ziemi – i Gabriella – delikatna i empatyczna, naznaczona bolesną przeszłością – różnią się jak ogień i woda, ale wspólnie dbają o swoją „szwalnię marzeń”. Wokół nich mamy całą paletę bohaterek, z których każda napisana jest z wyrazistością i czułością: od doświadczonej mistrzyni haftu zmagającej się ze zbuntowaną krewną, przez utalentowaną farbiarkę poszukującą w życiu idealnego odcienia szczęścia, po ofiarę przemocy domowej próbującą odzyskać wiarę w siebie. Każda wnosi do opowieści własny wątek, własny blask i własny ból.
Intryga komplikuje się, gdy do świata pracowni wkraczają nowe osoby z zewnątrz. Pojawia się ekscentryczna gwiazda kostiumografii, laureatka Oscara, której przybycie wywraca ustalony porządek do góry nogami. Na horyzoncie zjawiają się też dwie wielkie diwy – jedna filmowa, druga teatralna – równie utalentowane, co kapryśne. Ich wzajemna rywalizacja oraz zderzenie temperamentów stają się iskrą zapalną dla wielu barwnych perypetii. Przy okazji jesteśmy świadkami z przymrużeniem oka starcia dwóch światów sztuki – kina i teatru. Filmowa i teatralna gwiazda początkowo drą ze sobą koty, by przekonać się, że szczera rozmowa potrafi załagodzić nawet największe spory. W tym wszystkim gdzieś w tle czają się również mężczyźni, ale Özpetek wyraźnie spycha ich na margines. „Diamenty” to opowieść należąca do kobiet – to one grają tu pierwsze skrzypce, a męskie głosy służą jedynie za cichy akompaniament w tle. Dzięki temu reżyser jak w soczewce skupia się na kobiecej perspektywie, celebrując ich siłę, wrażliwość i wzajemną solidarność.
Pomimo licznych wątków i dramatycznych wydarzeń, film pozostaje spójny dzięki nadrzędnemu przesłaniu, jakie Özpetek wyłuskuje z każdej sceny. To film o kobiecej solidarności, przyjaźni i codziennym heroizmie. Reżyser z czułością, ale i szczerością podejmuje trudne tematy: mierzy się ze stratą, przemocą, uprzedzeniami czy samotnością, pokazując, że w obliczu życiowych burz to wzajemne wsparcie daje bohaterkom siłę, by trwać i walczyć o siebie. W subtelny sposób „Diamenty” przekazują widzom uniwersalną prawdę: niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z realiami lat 70. czy współczesnością, każdy z nas potrzebuje obok siebie kogoś, kto szczerze troszczy się o nasze szczęście – kogoś, o kogo i my możemy się troszczyć. Właśnie ta myśl – że w bliskości z drugim człowiekiem tkwi klucz do przetrwania najtrudniejszych chwil – stanowi prawdziwe serce filmu.
Na sukces „Diamentów” pracuje prawdziwa plejada talentów. Rzadko kiedy w jednym filmie oglądamy tak imponującą obsadę – na ekranie pojawia się kilkanaście znakomitych włoskich aktorek, od legend (jak Lunetta Savino czy Milena Vukotic) po gwiazdy młodszego pokolenia (Jasmine Trinca, Kasia Smutniak). Każda z nich wnosi coś od siebie, a razem tworzą barwną mozaikę osobowości. Nic dziwnego, że losy bohaterek tak angażują – dzięki znakomitemu aktorstwu ich emocje wydają się prawdziwe, a postacie łatwo polubić i im kibicować.
Co ważne, Özpetek nie zanurza nas wyłącznie w poważnym tonie. „Diamenty” są podszyte łagodnym humorem i ironią, które niczym promyk słońca rozświetlają nawet najciemniejsze momenty opowieści. To klasyczny komediodramat, w którym uśmiech przeplata się ze wzruszeniem. Mamy tu odrobinę wszystkiego: szczyptę komedii romantycznej, nutę melodramatu, głębię psychologicznego studium postaci, a nawet echa kina kryminalnego. Taki gatunkowy kalejdoskop sprawia, że seans dostarcza widzowi pełnej gamy emocji – raz śmiejemy się w głos, by za chwilę ocierać łzy wzruszenia. Choć mnogość postaci może początkowo przytłaczać, w tym pozornym chaosie jest metoda – wszystkie wątki splatają się w przemyślaną całość. Dodajmy, że film cieszy oko pięknymi kadrami – żywa kolorystyka, stylowe kostiumy z epoki oraz nastrojowa muzyka tworzą wspaniałe tło dla tej opowieści. „Diamenty” ani przez moment nie nużą; przeciwnie – trzymają uwagę, zaskakują pomysłami i finalnie pozostawiają nas z poczuciem autentycznej kinowej satysfakcji.
„Diamenty” błyszczą na tle współczesnego kina swoją niepowtarzalną wrażliwością. Można doszukać się w tym filmie duchowego pokrewieństwa z obrazami Pedro Almodóvara – podobnie jak słynny Hiszpan, Özpetek z czułością portretuje silne kobiety i ich skomplikowane relacje, łącząc elementy humoru z intensywnym ładunkiem emocjonalnym. Jednak turecko-włoski twórca opowiada o swoich bohaterkach w absolutnie własnym stylu, bardziej powściągliwie i po włosku romantycznie. „Diamenty” to jednocześnie hołd oddany X muzie – poprzez wątek kręcenia filmu wewnątrz filmu Özpetek puszcza oko do widza, przypominając, że za magicznymi historiami na ekranie stoją dziesiątki utalentowanych rzemieślników i artystów, często pozostających w cieniu wielkich nazwisk. Ten metakontekst czyni z „Diamentów” list miłosny do kina i ludzi, którzy je z pasją tworzą.
Najważniejsze jednak, że „Diamenty” szczerze angażują serce widza. To film, przy którym na przemian się śmiejemy i wzruszamy, a po seansie wychodzimy z kina pokrzepieni i pełni dobrej energii. Ferzan Özpetek po raz kolejny udowadnia, że potrafi zaczarować nas opowieścią o zwykłych ludziach, wydobywając z ich codzienności to, co najpiękniejsze i najprawdziwsze. Jego najnowsze dzieło lśni ciepłym, szczerym blaskiem – może nie jest pozbawione drobnych niedoskonałości, ale przecież nawet tytułowe diamenty mają swoje rysy, które czynią je wyjątkowymi. Czy warto wybrać się na „Diamenty”? Zdecydowanie tak!
Fot. Best Film












