Taba

Spacer z duchami – Patrick Deville – „Taba-Taba” [recenzja]

Patrick Deville zabrał mnie już ze sobą w wiele niesamowitych podróży. Śladami Williama Walkera dotarłem z nim do Ameryki Łacińskiej, Brazza zaprowadził nas do egzotycznej Afryki Środkowej, a Lew Trocki ugościł nas w swojej kryjówce w Meksyku. Patrick Deville może się pochwalić tym, że zjeździł już pół świata – jeśli nie cały glob – i przed polskim czytelnikiem zapewne jeszcze niejedna wyprawa przy współudziale francuskiego pisarza. Najnowsza wycieczka jednak nigdy jeszcze nie była tak osobista. Taba-Taba owszem, oferuje czytelnikowi podróż w czasie i przestrzeni, tym razem trasy nie wyznacza jednak postać historyczna rodem z encyklopedii, lecz sam Patrick Deville. A mówiąc dokładnie, jego przodkowie. I chociaż poprzednie podróże były naznaczone prywatnymi odczuciami autora i zawierały nutę intymności, to Taba-Taba brzmi momentami wręcz jak nieśmiała autobiografia.

Długo szukałem uczciwego określenia na sposób, w jaki Patrick Deville pisze swoje książki. Do tej pory używałem ułomnych określeń w postaci „literackiej nadpobudliwości” czy „niekontrolowany chaos wątków”, których autor nie jest w stanie pozbyć się ze swoich myśli. Nawet jeśli ustali sobie główny wątek historii, to i tak wielokrotnie zmienia tor własnej opowieści, zatrzymując się na czymś, co przykuło jego uwagę. Umysł Patricka Deville’a wyobrażam sobie jako ogromną mapę myśli, w której wystarczy drobne powiązanie między dwoma punktami, aby ten pociągnął za sznurek i rozpoczął kolejną opowieść. Autor jednak dopiero w Taba-Tabie nazywa to, czego ja od wielu lat nazwać nie potrafiłem. Podświadomie to czułem, ale nie umiałem znaleźć jakże banalnego określenia użytego przez pisarza wobec samego siebie: miłośnik kalendarzy i maniakalny tropiciel zbieżności dat i miejsc. Tkwi w tym prostym zdaniu cała magia prozy Patricka Deville’a. W sposób nieprawdopodobny potrafi on zarówno jeden punkt w czasie, jak i jeden punkt w przestrzeni, rozpisać na historię całej ludzkości.

To samo czyni również w powieści Taba-Taba, która powieścią zresztą jest tylko z kaprysu samego pisarza. Patrick Deville, dzięki manii zbieractwa swoich przodków, odkrył rodzinne archiwum umożliwiające mu wykorzystanie swojego niebywałego talentu do łączenia faktów, dat i miejsc w jedną historię. Dzięki temu poznajemy opowieść o jego prababci, która przybyła do Francji w 1862 roku na pokładzie statku odbijającego z aleksandryjskiego portu, która kończy się na ojcu Patricka Deville i jego losach po II wojnie światowej. Rodzinna historia ma oczywiście tę drugą, większą Historię w tle – wszak to niecałe stulecie dla Francji oznacza trzy wojny, w tym dwie światowe. Dla autora jest to możliwość do snucia historycznych aluzji i umiejscowienia swoich przodków na kartach Historii. A nie są to opowieści nudne – wszak zarówno jego dziadek, jak i ojciec brali udział w okropnych konfliktach na wojennych frontach, czasami cudem uchodząc z życiem. W takich momentach, czytając Taba-Tabę, możemy usłyszeć ciche podziękowanie Patricka Deville’a dla losu za to, że mógł przyjść na świat, aby spisać te opowieści.

Jak już wspomniałem, autor nie szczędzi narracji historycznej, która często kontrastuje ze współczesnością. Taba-Taba została ukończona niedługo po zamachach w redakcji „Charlie Hebdo” i jasne jest, że wywołała niemały szok w duszy Patricka Deville’a. Z pełną premedytacją autor wraca wtedy do kolonialnej przeszłości Francji, pokazując tym samym czytelnikowi przykład daleko idących skutków w Historii, o których często już zapominamy. Mówiąc zarówno o wojnie prusko-francuskiej z 1870 roku, jak i obydwu globalnych konfliktach XX wieku, autor gorzko konstatuje formułowanie się narodów:

Niewykluczone, że poczucie tożsamości narodowej to jedynie suma traum przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Traum takich było niemało, o czym świadczy archiwum rodzinne pisarza. Dla mężczyzn najczęściej oznaczało to pobyt poza domem na froncie ze świadomością, że każdy zachód słońca może być tym ostatnim, a dla kobiet i dzieci wiązało się to z ucieczką w bezpieczne miejsce.

Przodkowie Patricka Deville’a często zmieniali miejsce zamieszkania, i to nie tylko w czasie wojny. Taba-Taba to również historia ciężkich czasów dla zwykłych obywateli, którzy w poszukiwaniu zatrudnienia niekiedy zjeździli pół kraju. Ta okoliczność stała się przyczynkiem do wielkiej podróży pisarza po Francji. I podczas gdy on przemierzał szlaki między francuskimi miasteczkami, ja, czytelnik, jeździłem wraz z nim palcem po mapie, aby urzeczywistnić sobie skalę rodzinnej tułaczki (swoją drogą, w erze telefonów dotykowych, z mapami dostępnymi za pomocą jednego kliknięcia, ekran pozwalał mi na dosłowne jeżdżenie palcem po francuskich bezdrożach). Dla Patricka Deville’a to okazja do opowiedzenia Historii w skali mikro, gdzie nieznane światu miasteczko ma również swoją opowieść. I są to historie czasami smutne, a czasami zabawne; autor przytacza rozmowę toczącą się w knajpie w jakiejś nieistotnej mieścinie, gdzie spytano go z ludzkiej ciekawości, czy z pisania jest w stanie się utrzymać. Deville odpowiada, że:

Pieniędzy z praw autorskich wystarczy mi do końca życia, pod warunkiem, że umrę w przyszłym roku.

Innym razem snuje opowieść o historii francuskiego transportu morskiego (a jakże, ten wątek też mu się „przypadkiem” przypomniał) i nie może się powstrzymać od komentarza, który mógłby być autorstwem tylko i wyłącznie wielbiciela pióra i języka: otóż w gazecie wyczytał fragment o tym, że:

„Sześciuset siedemdziesięciu trzech skazańców wypłynie niebawem do Gujany” i w przypadku akurat tej przeprawy przez Atlantyk można się zastanawiać, czy użycie strony czynnej było konieczne.

Nie miejcie jednak złudzeń, że skoro zacytowałem zabawne fragmenty, to taka też jest lektura tej książki. Taba-Taba to przede wszystkim sentymentalna podróż człowieka do własnej przeszłości i spotkanie z duchami ludzi, którzy kiedyś stąpali po bliskiej mu ziemi. Patrick Deville ukazuje się tu jako niepoprawny romantyk, który swoją manię na punkcie czasu i przestrzeni traktuje dosłownie. Niezwykle wzruszający był zwłaszcza fragment, gdy przechadzał się alejką wzdłuż rzeki, nad którą kilkadziesiąt lat temu jego dziadek łowił ryby. Czy my w dzisiejszych czasach jeszcze zastanawiamy się nad tym, gdzie nasi przodkowie stawiali swe kroki i co to dla nich znaczyło? Może jestem pesymistą, ale w dobie szybkiego dostępu do informacji i stopniowej cyfryzacji wszystkiego mam wrażenie, że zapominamy o historii najbliższych. Czasem nawet o tym, jak poznali się nasi rodzice, do czego nieuchronnie zmierza Taba-Taba i zdaje się punktem kulminacyjnym, a na pewno najbardziej wyczekiwanym przez czytelnika – co się wydarzyło, że Patrick Deville istnieje? Jakie zbieżności losu i niespodziewane wypadki sprawiają, że dwoje osób trafia na siebie i kontynuuje rodzinną opowieść o kolejne pokolenia? Lektura Taba-Taby uświadomiła mi, że na takie rzeczy wciąż warto zwracać uwagę i warto wybrać się na spacer z duchami.

Fot.: Noir Sur Blanc

Taba

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.