Taniec iluzji – Szatańskie tango – László Krasznahorkai

Szatańskie tango autorstwa László Krasznahorkaia to powieść-legenda – mroczna, hipnotyczna i bezlitosna. Dla wielu czytelników stała się znana dzięki sześciogodzinnemu filmowi Béla Tarr, który przeniósł ją na ekran w formie surowego, czarno-białego arcydzieła. Jednak literacki pierwowzór ma w sobie coś jeszcze bardziej niepokojącego: język, który wciąga jak bagno, i rytm, który przypomina tytułowy taniec – powolny, pijacki, nieuchronny.

Akcja rozgrywa się w bezimiennej, odizolowanej węgierskiej wiosce, przez kilka dni nieustającego deszczu. Pada bez końca. Błoto wdziera się wszędzie. Czas rozciąga się jak guma, a przestrzeń zdaje się kurczyć do kilku rozpadających się budynków, tawerny i pól, które już dawno przestały rodzić nadzieję. W tej scenerii żyje kilkunastu mieszkańców – nieudacznicy, rozbitkowie, ludzie zawieszeni między rozpadem a iluzją nowego początku.

Krasznahorkai nie opowiada klasycznej historii. On snuje długie, wielostronicowe zdania, które płyną jak brudna rzeka. Każdy rozdział to niemal jeden akapit – gęsty, duszny, pozbawiony oddechu. Czytanie tej powieści to doświadczenie graniczne. Trzeba się poddać rytmowi, zaakceptować chaos, pozwolić, by narracja otoczyła czytelnika jak mgła.

W centrum tej opowieści znajduje się powrót Irimiása i Petriny – postaci niemal biblijnych, a zarazem groteskowych. Irimiás, uznawany za zmarłego, wraca do wioski niczym mesjasz. Mieszkańcy, znużeni bezsensem egzystencji, natychmiast obdarzają go zaufaniem. Zaufaniem, które – jak w całej powieści – jest nieustannie zdradzane. Irimiás przemawia długo, kwieciście, obiecując nowy początek, wspólnotę, odbudowę. Jego słowa działają jak narkotyk. Ludzie chcą wierzyć. Muszą wierzyć.

Ale „Szatańskie tango” to powieść o iluzji zbawienia. O potrzebie mesjasza. O społeczeństwie, które woli podążać za charyzmatycznym oszustem niż zmierzyć się z własną odpowiedzialnością. Krasznahorkai pokazuje, że katastrofa nie przyszła z zewnątrz. Nie było apokalipsy ani spektakularnej zagłady. Rozpad dokonał się powoli – przez lenistwo, korupcję, zdradę, alkohol, drobne nikczemności. Świat gnije od środka.

Niezwykle mocnym elementem powieści jest scena tytułowego tańca w gospodzie. Pijani mieszkańcy wirują w rytmie, który jest jednocześnie komiczny i tragiczny. Tango, czardasz, pijacki korowód – wszystko jedno. Ten taniec jest metaforą ich losu. Kręcą się w kółko, przekonani, że idą naprzód. Struktura powieści – sześć rozdziałów do przodu i sześć „do tyłu” – odzwierciedla ten ruch. To taniec bez końca.

Styl autora bywa przytłaczający, ale właśnie w tym tkwi jego siła. Długie, wijące się frazy pozwalają zajrzeć w samooszukującą świadomość bohaterów. Widzimy ich małość, strach, pożądanie, desperację. Krasznahorkai nie ocenia, ale nie daje też złudzeń. Jego świat jest surowy, niemal kafkowski – zresztą motto powieści pochodzi z „Zamku” Kafki. Absurd miesza się tu z egzystencjalnym lękiem, groteska z tragedią.

Nie bez znaczenia jest kontekst historyczny. Powieść powstawała w czasie transformacji społecznej na Węgrzech, gdy upadał komunizm, a rodził się nowy, niepewny porządek. Wioska może być alegorią społeczeństwa stojącego na gruzach starego systemu, czekającego na cud. Irimiás może być symbolem nowych elit, które obiecują wolność, a w istocie powielają mechanizmy kontroli.

„Szatańskie tango” nie jest łatwą lekturą. Bywa klaustrofobiczne, duszne, momentami wręcz irytujące. Brak klasycznych dialogów, minimalny podział na akapity, rozmyta chronologia – wszystko to wymaga od czytelnika skupienia i cierpliwości. Ale nagrodą jest doświadczenie literackie o niezwykłej intensywności.

To powieść, którą się podziwia i której momentami się nienawidzi. Która męczy, ale nie pozwala o sobie zapomnieć. Po jej zakończeniu pozostaje uczucie pustki – jakby deszcz wciąż padał, a błoto wciąż wciągało. Może właśnie dlatego w 2025 roku Krasznahorkai został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla – za stworzenie świata, który jest jednocześnie lokalny i uniwersalny.

Bo „Szatańskie tango” to nie tylko opowieść o węgierskiej wiosce. To opowieść o każdym społeczeństwie, które czeka na zbawienie zamiast działać. O każdym człowieku, który woli taniec iluzji niż trud odpowiedzialności. I o tym, że diabeł – jak sugeruje powieść – rzeczywiście ma wszystkie dobre chwile.

Foto. Wyd. Czarne

Write a Review

Opublikowane przez

Magdalena Kurek - Kamińska

doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie nauki o kulturze i religii na podstawie rozprawy pt.: "Polska prasa muzyczna przed transformacją ustrojową na przykładzie "NON STOP". Analiza czasopisma w latach 1972-1990", absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim.  Jej zainteresowania obejmują literaturę, sztukę, psychologię ale główna pasja związana jest z tempem 33 obrotów na minutę (mowa oczywiście o muzyce płynącej z płyt winylowych).

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *