Komiksy,Recenzje

Jaja w czołgu – Jamie Hewlett, Alan Martin – “Tank Girl”, tom 1 [recenzja]

Tank Girl
Tank Girl

Czasami trzeba się wyluzować – tak po prostu; obejrzeć coś “odmóżdżającego” – jakiś klasyczny film z lat 80., gdzie jeden Schwarzenegger masakruje całą bazę podłych ludzi, albo przeczytać jakąś lekką książkę, zanim sięgnie się po kolejne ciężkie dzieła mistrzów pióra. Komiksy chyba wydają się tutaj opcją nawet wygodniejszą – część historii opowiedziana jest w rysunkach, które (najczęściej) cieszą oko, resztę natomiast zostawiamy scenarzyście. Czytania niewiele, więc całą historię można spokojnie połknąć w jeden wieczór. A jeżeli za tekst i szatę graficzną odpowiadają pozytywni wariaci, to można się spodziewać odjechanej zabawy bez lęku, że twórcy będą nam chcieli wcisnąć jakieś przebrzmiałe wartości moralne i etyczne. Opowiadam o tym, ponieważ dzisiaj chcę Wam polecić Tank Girl – komiks, który może uratować nudny dzień, kiedy to nie mamy pomysłu, co ze sobą zrobić.

Jamie Hewlett i Alan Martin to wariaci pierwszej wody. Na tyle „poważni” wariaci, że po lekturze pierwszego tomu Tank Girl zastanawiam się, czy mogli mieć wpływ na duet odpowiedzialny za South Park. Skąd takie skojarzenie? Otóż Hewlett & Martin w swoich komiksach z nikim się nie patyczkują i jadą po bandzie od początku do końca. Żarty są tutaj raczej niskich lotów, często opierają się na wulgaryzmach czy niestosownych zachowaniach, chociaż trafią się również bardziej inteligentne szpile skierowane w stronę kultury masowej i znanych osobistości. Te żarty mogą być hermetyczne dla polskiego odbiorcy, dlatego w sukurs przychodzą przypisy zamieszczone na ostatniej stronie tomu – swoją drogą, również opisane w charakterystyczny dla twórców, humorystyczny sposób. Jeśli więc tego rodzaju żarty, nawet traktowane jako odskocznia wobec innych interesujących Was rzeczy, nie są w Waszym typie, to będziemy musieli się już w tym momencie rozstać – niestety nie jestem w stanie obiecać, że znajdziecie tutaj coś więcej oprócz zaplanowanej tandety i kiczu.

To może teraz coś o głównej bohaterce, hmm? Tytułowa Tank Girl to szalona dziewczyna, która w mad maxowym stylu przemierza rubieże Australii w swoim… tak, dobrze się domyśliliście – czołgu. Generalnie to jeździ i sieje rozpierduchę, gdzie tylko się da. Jest człowiekiem do wynajęcia, łowczynią typów spod jeszcze ciemniejszej gwiazdy, co można zauważyć już w pierwszej opowieści. Bynajmniej nie jest jednak typem profesjonalnego i opanowanego najemnika, którego celem jest szybkie i skuteczne wykonanie zadania. Tank Girl musi wpaść w centrum wydarzeń z ostrą pompą, za ścieżkę dźwiękową mając wybuchy rakiet i salwy z karabinów maszynowych. Twarda z niej babka – nie da się ukryć.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie doceniłem w Tank Girl, jest długość poszczególnych historii. W pierwszym tomie mamy ich łącznie piętnaście (okres od października 1988 do lutego 1990 roku), a każda z nich nie jest klasycznej długości zeszytem komiksu, lecz około dziesięciostronicową opowieścią, która w skondensowany sposób ma przekazać zabawną historię, która przytrafiła się dziewczynie w czołgu. Powód tego jest banalny – początkowo Tank Girl tworzyła zawartość „Deadline Magazine”, więc Hewlett i Martin nie mogli sobie pozwolić na pełną długość.

Jej zadania są różne – czasami musi po prostu upolować jakiegoś trepa, za którego głowę ktoś chce przelać na konto wybrańca pokaźną sumę, ale bywają sprawy, które już z samego założenia są komiczne. Gdy otrzymała misję polegającą na dostarczeniu zniedołężniałemu prezydentowi worków na kupę, parsknąłem ze śmiechu z niedowierzania – ale Tank Girl potraktowała to nad wyraz poważnie. Tego typu tematy sprzyjają lapidarności poszczególnego komiksu, bo chętnie przeskakiwałem z jednego wątku na drugi (nie są one ze sobą w sposób znaczący połączone fabularnie), a przy każdym kolejnym banan na mojej twarzy robił się coraz szerszy. Zdaję sobie sprawę, że nie stawia mnie to w pozytywnym świetle, ale przy tak zidiociałej narracji spada ze mnie całe napięcie – dlatego jeszcze raz odniosę się do South Parku, sugerując, że fani tego serialu muszą po Tank Girl sięgnąć.

Nowa, zremasterowana edycja Tank Girl prezentuje się naprawdę dobrze. Na samym początku możemy przeczytać wstęp Alana Martina, który pokrótce opowiedział o historii powstania komiksu i o tym, jak doszło do wymyślenia tak absurdalnych scenariuszy. Zgodnie ze słowami scenarzysty rysunki zostały odświeżone i chociaż nie jestem w stanie ich porównać do poprzednich wydań, prezentują się naprawdę smakowicie. Co prawda najmniejsze plansze charakteryzują się zrozumiałym minimalizmem, ale już co większe grafiki sprawiają, że chce się zawiesić oko na szczegółach – tym bardziej że twórcy puszczają oko do odbiorcy w każdym momencie, więc doszukiwanie się komicznych wstawek jest dodatkową przyjemnością z lektury. Podstawową różnicą jest brak kolorów względem innych edycji komiksu w poprzednich wydaniach, ale nie uważałbym tego za dużą stratę, bo czarno-białe rysunki Hewletta mają w sobie dużo szaleńczego uroku.

Tank Girl nie byłby też tak dobrym komiksem, gdyby nie świetne tłumaczenie Marcelego Szpaka, który zachował nieokiełznany język oryginału. Naprawdę odniosłem wrażenie, że tłumacz dał z siebie wszystko, aby polski czytelnik mógł poczuć ten zwariowany klimat, co nie zawsze przecież jest takie proste. Samo wydanie komiksu również zasługuje na pochwałę, bo mimo miękkiej oprawy dostaliśmy dobrej jakości papier, a dla malkontentów narzekających na brak koloru twórcy dołączyli kilka amerykańskich okładek w pełnej palecie barw.

Cieszę się, że trafiłem na ten komiks, bo poznałem kolejny tytuł, który mogę sobie zaszufladkować jako „na wyluzowanie”. Bo, jak pamiętacie ze wstępu, trzeba się wyluzować. Tank Girl na to pozwala, a tom pierwszy robi apetyt na kolejny. W ramach zremasterowanej serii przed nami jeszcze dwa tomy, także nie radziłbym zatrzymywać się na tym początkującym, chyba że chcecie się przekonać, czy taka forma rozrywki do Was trafi. Mnie urzekła absurdalność scenariuszy, nieustanne łamanie czwartej ściany i mnogość pomysłów Hewletta i Martina. Mam nadzieję, że są wśród nas wariaci, którym również się Tank Girl spodoba.

Fot.: Non Stop Comics

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.