Filmy,Recenzje

Sentymentalny powrót do przeszłości, flirt ze współczesnością, duet jak ze snów i bazooka Hamilton. Czteropak marzeń? – Tim Miller – „Terminator: Mroczne przeznaczenie” [recenzja]

Terminator
Terminator

Terminator to franczyza od lat eksploatowana. Do dzisiaj ukazało się łącznie 7 części z tegoż uniwersum. Dwie pierwsze (Terminator z 1984, Terminator II: Dzień sądu z 1991) wyreżyserowane przez Jamesa Camerona uważane są powszechnie za najlepszych reprezentantów kultowej już historii; następnie był Terminator 3: Bunt maszyn, czyli swoiste zakończenie trylogii. Kolejnym reprezentantem i próbą reaktywacji serii był Terminator: Ocalenie z 2009 roku, w którym to w Johna Connora wcielał się sam Christian Bale, jednak i ta produkcja, choć cechowała się paroma interesującymi rozwiązaniami, finalnie nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań. I do niedawna najświeższy, zaledwie paroletni film z 2015 roku, w którym Alan Taylor postarał się o angaż i powrót Schwarzeneggera – nieudany, dziurawy fabularnie, na tyle, że trudno było przymknąć na to oko, nawet gdy amerykańskie pejzaże obdarowane zostały dostojnym truchtem Arnolda. Oto w całej swej okazałości Terminator: Genisys. Czy po takich wzlotach i upadkach mogło wyjść coś satysfakcjonującego z – zapowiadanej jako reaktywacja serii – najnowszej produkcji, w dodatku odcinającej się od wszystkiego, co w kinematografii „terminatorskiej” wydarzyło się po drugiej części?

Za film odpowiedzialnych jest troje scenarzystów, w tym David S. Goyer, człowiek współodpowiedzialny za kompletnie nieudany projekt – starając się ująć to w sformułowanie ze wszech miar subtelne – Batman v Superman: Świt sprawiedliwości. Na stołku reżyserskim zasiadł Tim Miller, o którym głośniej zrobiło się, gdy podjął wyzwanie zmierzenia się z przeniesieniem na ekran kinowy komiksowego Deadpoola. Terminator: Mroczne przeznaczenie kasuje wszystko to, co wydarzyło się po części drugiej i stanowić ma jej prawowitą kontynuację, solidne nowe otwarcie – niestety, dotychczas, wyniki finansowe wskazują na to, że nie do końca twórcom udało się wygrać tę walkę.

Terminator

Mrocznym przeznaczeniu zrobiło się głośniej w momencie ogłoszenia obsady. Kolejny już powrót Arnolda Schwarzeneggera do serii nie wywołał takiego zamieszania jak wspomniane ogłoszenie sprzed paru lat, jednak już zapowiedź ekranowego odrodzenia Lindy Hamilton – zdecydowanie tak. Aktorka wcielająca się w Sarę Connor w dwóch pierwszych częściach może i nie zniknęła całkowicie z ekranów po zakończeniu przygody z Terminatorem, ale utknęła w niskobudżetowych filmach klasy B. A szkoda, bo charyzmatyczna to osobowość jest – ale, na wszystko przychodzi czas. I Hamilton znów go dostała. Trzeba przyznać, że doskonale wiedziała, co z nim zrobić – powrót bohaterki przez nią odgrywanej do franczyzy jest najlepszym, co aktualnie mogło Amerykance się przytrafić. Do tej dwójki kultowych person dołączyła Mackenzie Davis w roli, jakżeby inaczej, superżołnierki z przyszłości, tym razem jednak w udoskonalonej, zmodyfikowanej wersji, która pozwalała jej prawie na równi konkurować z Rev-9: terminatorem „nowej generacji” świetnie odegranym przez Gabriela Lunę (wystarczy wspomnieć, iż T-1000 w wykonaniu Roberta Patricka ma z kim konkurować o miano najbardziej monumentalnej pod względem kulturowym, a zarazem niewzruszonej najmniejszym grymasem facjaty). Jest i Natalia Reyes, kolumbijska aktorka, a zarazem najsłabsze ogniwo obsadowe, której w udziale przypadło wcielenie się w kobiecą wersję Johna – Dani. Bohaterowie zapobiec muszą nieubłaganie nadchodzącej apokalipsie. Stare zatargi na moment przykrywane są białym futurystycznym płaszczem milczenia, topory wojenne muszą zostać na chwilę zakopane, Dani przejść musi przez szkołę życia i dojrzewania w trybie potrójnego przyśpieszenia, a wojowniczka Grace, poświęcić, co się da, aby uratować to, co zostało jej zlecone do uratowania. Dużo wybuchów, dynamicznych scen walk, poświęceń, niezamierzonego kiczu, zbyt częstego patosu, nielogiczności, nawet jak na średni film akcji, ale Terminator: Mroczne przeznaczenie ma w sobie coś, co nie pozwoliło mi się na nim źle bawić. I nie jest to tylko personalny sentyment do całej serii, ale rozwiązania, którymi wiele scen jest całkiem intensywnie nasączonych. Czy pojawiło się to w produkcji w pełni świadomie, czy raczej niezamierzenie – trudno mi stwierdzić.

Wspomniany już wyżej casting – to on odpowiada w dużej części za to, jak odebrałam Mroczne przeznaczenie. Jednakże to, co zasługuje na szczególną uwagę, to relacja pomiędzy Davis a Hamilton. Obie są wyrazistymi personami. Co prawda charakterowi Grace, granej przez Davis, można zarzucić zbyt oględne nakreślenie go, ale Mackenzie nadrabia fizycznym przygotowaniem do roli i samym aktorstwem. Jej fizyczność, jej gra ciałem, wyeksponowanie siły i mocy postaci bez najmniejszych prób jej uprzedmiotowienia stanowią silny kontrapunkt do słabszych momentów filmu. Linda Hamilton od początków serii zachwycała swoim emploi silnej jednostki – tym razem nie jest inaczej (Hamilton liczy sobie obecnie 63 lata). Na uwagę zasługują i Arnold Schwarzenegger (72 lata) oraz Gabriel Luna, najnowszy terminator. Mroczne przeznaczenie przede wszystkim kobietami stoi, to one nie tylko grają pierwsze skrzypce, ale i dyrygują całością opowieści – to ogromnie istotne i chyba w odbiorze Terminatora dla mnie najważniejsze. Bohaterki w żaden sposób nie są przez twórców „useksualnione”, nie odgrywają roli ozdobnego dodatku czy ekranowego zapychacza, po prostu są. Imponują – siłą, mocą, przygotowaniem, zdolnościami. Należą do fundamentalnych składowych produkcji. Ciało pod względem seksualnym nie jest tutaj istotne, poza tym wątek romantyczny praktycznie nie istnieje (nie licząc quasi-romantycznej relacji Arniego z jego „przybraną” familią). Fascynacja ciałem pod względem fizycznym – podziw, co do jego możliwości, zastosowań, ale i ograniczeń, na które w pewnym momencie natrafiamy, tak. Brak tu jednak nawet krótkich momentów popkulturowego, sztampowego ukazania ciała kobiecego.

Co do kwestii scenariuszowych: Terminator: Mroczne przeznaczenie reprezentuje sobą standardową fabułę typowego „akcyjniaka”, klasyczny model opowieści o nadchodzącej i nieubłaganej – jeśli nasi bohaterowie nie podołają i nie wykonają zadania – apokalipsie ze znanej nam serii. Fabuła jest przepełniona nielogicznościami (jak scena dziejąca się w powietrzu, swoisty lotniczy armagedon pod względem realizacyjnym i najgorszy fragment całej produkcji), efekty specjalne czasami kłują w oczy; sporo tu patosu, obowiązkowych one-linerów i patetyczno-motywacyjnych stwierdzeń, jednak to jest właśnie Terminator w całej swej okazałości. Ja to kupuję, sprawia mi to frajdę i szkoda jedynie, że prawdopodobnie zabawa z uniwersum na tej części na długi czas się zakończy. Wyniki finansowe są rozczarowujące, a na pewno nie zadowalają samych twórców, co tym bardziej boli – kiedy widzi się na ekranie taką zawadiacką ferajnę. Co ciekawe, w nowym Terminatorze sporo jest nawiązań – oczywiście zaledwie zarysowanych gdzieś tam w tle, z boku głównego wątku – do aktualnych problemów, powolnie, acz nieustępliwie podgryzających naszą planetę, takich jak coraz większa inwigilacja technologiczna czy kryzys emigracyjny.

Zabawne i satysfakcjonujące na swój sposób jest to, że w Terminatorze: Mrocznym przeznaczeniu to kobiety ratują inne kobiety z rąk złoczyńców; nie tylko zresztą nie czekają, aż męska dłoń sięgnie, by wykaraskać je z kłopotów, ale decydują się na ratunek samych siebie i innych postaci. Za co zresztą Mroczne przeznaczenie jest intensywnie w sieci krytykowane. Twórcy zderzyli się z zarzutami o zbytnią poprawność polityczną czy „buchający” z kadrów śmiercionośny feminizm. Z drugiej strony Sara Connor była w serii od jej początków, stanowiąc jeden z jej filarów, toteż może i takowe interpretacje są w niektórych przypadkach na wyrost. Terminator to przecież wciąż klasyczne, grubymi nićmi szyte kino akcji.

Terminator: Mroczne przeznaczenie to opowieść utęskniona, przepełniona nostalgią, która szczególnie trafi w serca fanów mających już wcześniej styczność z poprzednimi odsłonami, a jednocześnie posiadającymi w swych filmowych sercach wyjątkowe dla nich miejsce. Davis emanuje „queerowością”, sypiący na lewo i prawo żartami Schwarzenegger jest uroczym comic-reliefem, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim taki zabieg przypadnie do gustu. Nie zawsze też twórcy umieszczają te „rozładowywacze powagi” w odpowiednich do tego miejscach, co wywołuje niemały dysonans w odbiorze. W Terminatorze brak przodujących i dominujących męskich bohaterów (wszak Arnold i Rev-9 to roboty, z męską powłoką, ale wciąż maszyny). W nowej odsłonie znajdziemy za to spore pokłady dobrego, wyrwanego rodem z lat 80., kiczu. Za co jestem ogromnie wdzięczna – czym byłaby bowiem ta seria bez odrobiny przestrzelonych dialogów, zachowań i niezrozumiałych rzutów bohatersko-moralizatorskich. W tym samym czasie jest to w pewnym sensie powtórka z rozrywki, swoisty zlepek scen, wydarzeń z poprzednich części, ale wciąż oglądanie Mrocznego przeznaczenia sprawia sporą popkulturową frajdę. Pod względem realizacyjnym umiejscowiłabym go wyżej od, chociażby, Genisys z 2015 roku, choć sercem stawiam go przy części I i II. Nawet jeśli niezamierzenie, to wyszedł twórcom film całkiem feministyczny (w atmosferze tej doskonale sobie radzi zwłaszcza duet Hamilton-Davis, ale i weteran T-800 aka Terminator Arnold nie ma nic przeciw temu, aby oddać pałeczkę prowadzącego), wywołując przy tym w sieci burzliwe dyskusje. Aż szkoda, że poruszenie to nie przełożyło się na większą ilość sprzedanych biletów do kin.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że: hasta la vista, Terminatorze. W bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedyś tam, raz jeszcze na ekranie zatańczymy.

Fot.: Imperial-Cinepix

Podobne wpisy:

Gra aktorska8
Scenariusz5
Reżyseria6
Strona wizualna6
Muzyka5
Emocje8
6.3Ocena ogólna
Terminator: Mroczne przeznaczenie ma swoje grzeszki. Da się jednak przymknąć na nie oko i porwać nie do końca konwencjonalnej przygodzie z Arniem u boku kobiecego duetu jak ze snów. Dla mnie była to duża popkulturowa frajda.

Filmowo zagubiona gdzieś pomiędzy niezależnym kinem współczesnym, blockbusterowym globalnym szaleństwem a chęcią poznania starej, dobrej, acz często już "subtelnie" przykurzonej klasyki. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia przekrój dekad 70/80 oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelkich oraz motocyklowego i rowerowego enduro. 

Komentarze: 2

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *