Thriller napisany skalpelem – Terry Hayes – „Pielgrzym” [recenzja]

Pielgrzym jest debiutem literackim Terrego Hayes’a, scenarzysty, który był również dziennikarzem śledczym. Debiutem dość osobliwym, ponieważ autor ma już 64 lata. Być może jest to właśnie kwestia wieku i życiowego doświadczenia, czasu poświęconego na zbieranie materiałów do napisania książki i zwiedzenia sporej ilości świata – spod pióra Brytyjczyka wyszedł naprawdę najwyższej jakości thriller szpiegowski. Przed lekturą najlepiej jednak zapomnijcie o agentach rządowych pokroju Jamesa Bonda – tutaj nie ma mejsca na efekciarstwo i wymyślne gadżety – Pielgrzym nadrabia to jednak autentycznością i nie raz przez głowę czytelnika (a w tym przypadku słuchacza) przejdzie myśl – cholera, to mogłoby się wydarzyć naprawdę!. Dla mnie był to również debiut audiobookowy, jednak  nazwisko Jacka Rozenka słusznie podpowiadało mi, że może być tylko dobrze. 

Książka zaczyna się niezwykle obiecująco. Główny bohater, o którym na tym etapie jeszcze nic nie wiemy, wkracza na miejsce zbrodni niemal doskonałej. Pierwszoosobową narracją opisuje szczegółowo to miejsce – obskurny, tani Nowojorski hostel East Side Inn. Ofiarą jest młoda kobieta, a zabójca dołożył wszelkich starań, by identyfikacja jej tożsamości była niemożliwa. Nasz bohater pieczołowicie odtwarza w głowie scenę zabójstwa, gdzie podczas seksu odurzoną narkotykami ofiarę atakuje oprawca. Tłumaczy nam dokładnie działanie narkotyków, jakie brała, wyostrzających zmysły i pobudzających pociąg seksualny oraz opisuje ułożenie zabójcy, który napiera na nią ciałem i sięga nagle po znajdujący się obok łóżka nóż; opisuje nawet pozycję, w jakiej podczas zbliżenia wszedł w nią oprawca. Kiedy kończy rysować nam tę scenę i analizuje szczegółowo wystrój pokoju, nagle całkowicie zmienia zdanie – zabójcą była kobieta!

Tą, wydawałoby się, podręcznikową sceną dla kryminału, Terry Hayes pogrywa nieco z czytelnikiem, minie bowiem sporo czasu, nim powrócimy do zabójstwa z East Side Inn. Dowiemy się za to więcej o naszym bohaterze, tytułowym Pielgrzymie, używającym wielu tożsamości i pracującym wcześniej dla najbardziej tajnej jednostki wywiadu Stanów Zjednoczonych. Bohater opowiada nam swoją historię, zaczynając od swojego dzieciństwa, które sprawiła, że stoi teraz nad rozpuszczającym się w wannie ciałem młodej kobiety w motelu. I jest to chyba najnudniejszy fragment lektury Pielgrzyma. Hayes bardzo dokładnie kreśli nam postać agenta wywiadu, mówi o kluczowych wydarzeniach, które ukształtowały jego charakter w dzieciństwie, między innymi odwiedzinach w pewnym muzeum obozu zagłady czy relacji z przybranym ojcem i związanym z tym żeglarstwie. Potem studia, werbunek do tajnej jednostki wywiadu i pierwsze misje. W opowiadanej historii Scott (bo tak naprawdę się nazywa) cofa się do wizyt w Niemczech, Szwajcarii czy Rosji. Jest barwnie, niemniej zawodowa działalność wywiadowcza agenta nie porwała mnie za bardzo. Być może dlatego, że Terry Hayes trochę się zagalopował i stworzył postać agenta idealnego, a przez to niezbyt ciekawego. Pielgrzym awansuje, zostaje najmłodszym dowódcą swojej jednostki, jednak po wydarzeniach z 11 września 2001 roku składa rezygnację i pragnie zerwać z przeszłością. Jego zawodowym testamentem staje się książka, którą pisze pod fałszywym nazwiskiem agenta FBI, mówiąca o tajnikach dochodzeniowych. Książka, która będzie miała istotny wypływ na jego dalsze losy, ponieważ kiedy stoi – już jako emerytowany agent – w tanim pokoju motelowym, pomagając czarnoskóremu policjantowi w rozwikłaniu zagadkowego morderstwa, dochodzi do niego, że morderczyni posiłkowała się informacjami zawartymi właśnie w jego książce. Nie wie jednak jeszcze wtedy, że tak naprawdę jego prawdziwym przeciwnikiem będzie najbardziej niebezpieczny islamski terrorysta, jakiego zna świat.

Urodzony w Arabii Saudyjskiej Saracen (taki pseudonim daje mu później Scott) jest nie tylko głównym antagonistą. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest po prostu drugim głównym bohaterem, tak samo istotnym jak Pielgrzym. W drugiej części książki poznajemy skomplikowane losy Saudyjczyka, od rodzinnej tragedii, która zrodziła w jego głowie myśl o zemście, poprzez bohaterską wojnę, w której brał udział, aż po skrystalizowanie tych doświadczeń w jeden cel – zniszczenia Ameryki. Saracen jest bohaterem z krwi i kości, wyrazistym, niejednoznacznym i naprawdę wzbudzającym niepokój. Napędza go religia, swoje dzieło traktuje jako misję nadaną przez Allaha, a narrator, mimo że teoretycznie nadal jest nim Pielgrzym, który opowiada o rzeczach, jakie dowiedział się o swoim przeciwniku, płynnie wciela się w postać Saracena i przedstawia nam jego punkt widzenia, pozostając neutralnym i nie oceniając go. Ale to nie okrucieństwo Saudyjczyka przerażało mnie najbardziej. Owszem, są sceny, kiedy widzimy go zupełnie pozbawionego empatii, skazującego ludzi na niezwykłe męki, by osiągnąć swój cel. Jego samego jednak nic to nie kosztuje, jest fanatykiem, wykonawcą woli Allaha – współczucie, a tym samym zwątpienie w cel, nie wchodzi w grę. Przeraża natomiast poświęcenie i cierpliwość, jaka cechuje jego działania – potrafił przez długie tygodnie żyć w nędzy lub odbyć morderczą wędrówkę afgańskimi górami, by wykonać kolejną część pieczołowicie ułożonego planu. Kiedy Pielgrzym dowiaduje się w końcu, co zamierza terrorysta, rozpoczyna się pościg i walka z czasem, której stawką są miliony istnień.

Książka Terrego Hayes’a bardziej przypomina thriller niż powieść sensacyjną. Wbrew pozorom tempo akcji nie jest zbyt duże, autor woli skupić się na danej scenie, niż szybko serwować czytelnikowi kolejną. Wszelkie działania, zarówno Pielgrzyma, jak i Saracena, są szczegółowo opisywane, a narrator niemal z chirurgiczną dokładnością pokazuje nam kolejne kroki bohaterów, przez co jeszcze bardziej jesteśmy pod wrażeniem ich umiejętności, a książce praktycznie nie sposób zarzucić jakichkolwiek błędów logicznych w opisywanej historii – wszystko jest tu niesamowicie przemyślane i ten kunszt, nawet jeśli kreślony kosztem wartkiej akcji, zachwycił mnie w dziele Hayesa najbardziej. Sam autor w trakcie swojego życia mieszkał na trzech kontynentach i czuć to podczas lektury – Stany Zjednoczone, Europa, kraje Bliskiego Wschodu – Hayes potrafi oddać specyfikę tych miejsc, przybliżając czytelnikowi na przykład pewne szczegóły na temat opisywanych miast i narodów. Są to lekkie wtrącenia, nie odebrałem ich jako chwalenie się widzą na siłę, raczej umiejętne budowanie klimatu – kilka słów na temat picia herbaty w Afganistanie, rosyjskim słowie oznaczającym wyrok śmierci, tradycyjnej tureckiej potrawie, charakterystycznych cechach szwajcarskich banków. Są również opisy działania poszczególnych tajnych służb i sporo informacji na temat religii Islamu, bardzo istotnych dla fabuły. Wrażenie autentyczności wynika również z tego, że większość działań bohaterów opiera się na byciu incognito, a co za tym idzie używania do swoich celów przedmiotów codziennego użytku. Tu nie pistolet jest główną bronią, a laptop i informacje, jakie można znaleźć chociażby w internecie. Wszystko opiera się tutaj na wiedzy, analizowaniu najmniejszych skrawków informacji i skrupulatnym podążaniu za tropami.

Od czasu do czasu Pielgrzym, opowiadający nam historię, myślami przenosi się gdzie inaczej, wspomina jakieś zdarzenie z życia agenta wywiadu lub sytuację z dzieciństwa, z jednej strony jest to lekkie oderwanie od głównego wątku, z drugiej jednak strony często te z pozoru nieistotne wtrącenia są spinane jakąś klamrą z główną opowieścią. Czasem autor bardzo umiejętnie stopniuje odkrywanie przed nami kart, w końcu jest to opowieść Scotta, który nie wie wszystkiego. Gdy spotyka detektywa Bena Bradleya, najpierw sam próbuje odgadnąć, co przeżył czarnoskóry detektyw. Potem dowiadujemy się prawdy, ale prawdziwy emocjonalny cios pada jeszcze później, gdy Pielgrzym odrywa szczegóły tego zdarzenia.

Napisanie, że debiut Terrego Hayes’a „trzyma w napięciu” byłoby chyba nadużyciem, jednak ani na chwilę nie traciłem zainteresowania dalszymi losami bohaterów. Autor tylko delikatnie podsycał moje zainteresowania lekkimi wtrąceniami, spoilerującymi niejako, co się wydarzy, coś w stylu: Od razu go polubiłem. Szkoda, że musiałem zróbić później to, co musiałem; zdradza też niemal od razu, że doszło do bezpośredniego jego spotkania  z Saracenem.  Mimo małej ilości dialogów, szczegółowych i kompleksowych opisów oraz wielu odskoczni od głównych wątków, Pielgrzyma słucha się naprawdę bardzo dobrze – pytanie brzmi, czy jest to zasługa świetnego lektora, jakim jest Jacek Rozenek, czy ciekawego pisarstwa Terrego Hayesa i równie dobrze czytałoby mi się wersję papierową. Na pewno thriller ten jest idealnym materiałem na audiobooka, przez większość książki słuchamy w końcu narratora, opowiadającego historię. A głos Jacka Rozenka po prostu świetnie wypada w tej rolii, czy to na rowerze, wieczorem w łóżku, czy podczas jazdy pociągiem, dosłownie w kilka sekund przenosiłem się do innego świata i nic nie było w stanie przerwać mojej koncentracji na Pielgrzymie. Podobało mi się też to, że podczas dialogów Rozenek nie starał się jakoś mocno teatralnie odgrywać postaci, lekko i sugestywnie zaznaczał, kto mówi, nie brzmiało to jednak karykaturalnie, pozwalał bardziej mi, jako czytelnikowi, odczytywać emocje z treści książki.

Pielgrzym to niezwykle przemyślany thriller, napisany z chirurgiczną prezycją, prawie od linijki albo, w tym przypadku – biorąc pod uwagę wykształcenie bohaterów – od skalpela.

audioteka claim PL reserved black

Fot.: audioteka.com

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.