Nie jest łatwy los zdobywcy – ACE Team – „The Mound: Omen of Cthulhu”

Zmieszanie lovecraftowskiej mitologii z dzikim krajobrazem Nowego Świata czasów konkwistadorów wydawał mi się pomysłem na tyle egzotycznym i świeżym, że rzuciłem się z ochotą na The Mound: Omen of Cthulhu. Już sama, nawet marginalna, obecność Przedwiecznych kupuje mnie jak mój siostrzeniec paczkę żelków, a do tego jeszcze w czasach wielkich odkrywców i świata, którego białe plamy na mapie dopiero się wypełniały? Zgłaszam się na ochotnika, nawet jeśli niepokoi mnie siła ciężkości położona głównie na grę w trybie sieciowym. Studio ACE Team chciało stworzyć grę, w której gracze będą ściśle współpracować, aby przeżyć w dziczy. To nie jest produkcja, w której masz być maszyną do zabijania. To produkcja, w której natura i plugawiące ją spaczenia dążą do twej zguby.

Epoka odkryć geograficznych to nie tylko czas ludzi wielkich, ale też małych i chciwych. To czas, gdy nowe ziemie grabiono do ostatniego skrawka, ląd dzielono podług własnych potrzeb, ludność wykorzystywano, a skarby wywożono ku chwale króla – niekiedy jednak znaleziska pozostawiano we własnym schowku. Gra od początku nas nie oszukuje, gdyż jasno komunikuje, iż naszym zadaniem jest załadowanie jak największej ilości łupów dla własnej korzyści. Czego korona nie widzi, to ciężej w kieszeni siedzi. A okazuje się, że w zapomnianych przez Boga lasach czeka dużo skarbów, które aż proszą się o zebranie. Może jedynie niepokoić ich niecodzienne tworzywo i kształty, bowiem nie przypominają nic, co kojarzy się z wytworem rąk podbitej ludności. W The Mound stopniowo uczymy się, że w puszczy czai się mrok, a kolejne dzienniki z fortów sugerują, że nie jest to zagrożenie dotąd znane białemu człowiekowi. Jedynym rozwiązaniem jest więc udać się w nieznane, nazbierać artefaktów i czym prędzej uciekać na łajbę.

The Mound: Omen of Cthulhu to gra ekstrakcyjna, w której zgrywanie bohatera może nam wyjść tylko na gorsze. Celem gracza jest przede wszystkim przeżyć, a jeśli ocalenie życia będzie się wiązało ze zdobyciem wymaganej ilości skarbów, to możemy się czuć cholernymi szczęśliwcami. Z dostępnych misji zwanych kontraktami o różnym poziomie trudności (chociaż odnosiłem wrażenie, że skaluje on jedynie wartość łupów wymaganą do zrealizowania kontraktu), zbieramy losowo przygotowany przez grę ekwipunek, po czym zapędzamy się w dzicz, aby jak najszybciej z niej uciec. Jeśli powrócimy na statek, to następuje ewaluacja naszych zdobyczy, co determinuje czy zostanie ona zaliczona. Co więcej, przybycie do nowej lokacji wymaga również odnalezienia dziennika z fortu, co miałoby pchnąć fabułę do przodu – zapiski odsłaniają przed nami coraz potworniejsze historie tubylców i innych odkrywców, którzy popadli w szaleństwo.

The Mound

Na papierze wydaje się to być proste, jednak diabeł tkwi w szczegółach. Po pierwsze – ekwipunek. Przed wyruszeniem w drogę, na kapitańskim stole możemy znaleźć przedmioty, które mają nam pomóc przetrwać. Jest tam broń biała (maczety, noże, toporki), dystansowa (łuki, kusze) oraz broń palna (pistolety skałkowe, arkebuzy); są także przedmioty wsparcia jak racje żywnościowe (działa jak apteczka), bandaże, lampa czy sole trzeźwiące (służą do wskrzeszania poległych kompanów). Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się je użyć w walce, czy ani razu nie wyciągniemy z plecaka, to i tak ich przeznaczenie jest wyłącznie na tę jedną, konkretną misję. Zakończony wypad na ląd, nieważne czy zakończony sukcesem czy porażką, skutkuje resetem ekwipunku. Nie daje to więc ani efektu progresu, ani potrzeby dbania o nasz sprzęt. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, po co miałbym tracić walutę na ulepszanie go, skoro i tak mi przepadnie? Pozostaje więc wszystko spakować na nasz wóz i ruszyć w nieznane.

Gdy już jesteśmy gotowi, to gra nas wypluwa w lokacji startowej, z której zawsze ruszamy w głąb lasu. Gra się z nami nie pieści – już od samego początku może płatać nam figle i zderzyć nas z przeciwnikami. Las jest pełen przeklętych stworzeń (z których część była kiedyś ludźmi), którym nasza obecność jest bardzo nie w smak. Już po kilku rozgrywkach The Mound nauczyło mnie, że zgrywanie kozaka nie ma sensu. Unikanie przeciwników wcale nie jest tutaj oznaką tchórzostwa, a pójście na solo nawet z pojedynczym przeciwnikiem może się skończyć zgonem i porażką naszej wyprawy. Bo musicie niestety wiedzieć, że walka w tej grze jest iście toporna, i to nie tylko przy użyciu topora. Gdy już konflikt jest nieunikniony, walka z użyciem broni białej zdaje się być czasami loterią. Ciosy wyprowadzane przez naszą postać są tak ociężałe, że zanim atak nastąpi tam gdzie chciałem, to przeciwnik jest już dawno za mną. Kończy się to na tym, że macham bronią jak cepem licząc na to, że trafię przeciwnika szybciej niż on mnie. Początkowo gra nie miała żadnej mechaniki bloku czy parowania ciosów, w jednej z pierwszych aktualizacji dodano blokowanie, ale wciąż mam wrażenie, że jest ona na tyle powolna i nieintuicyjna, że wciąż wolę machać bronią na oślep. Znacznie bardziej wolę stosowanie broni dystansowej, więc moim najlepszym przyjacielem stał się łuk. Pozwala na spokojnie przymierzyć do zbliżającego się przeciwnika, nie tworząc jednocześnie niepotrzebnego hałasu – w przeciwieństwie do broni palnej, która jest zabójczo skuteczna, ale ściąga na nas gniew lasu.

The Mound

Warto wiedzieć, że w The Mound: Omen of Cthulhu zagrożeniem są nie tylko fizyczni przeciwnicy, ale również nieuchwytne zło, które rządzi tą krainą. Sprowadza ono na nas różnego rodzaju omamy sprawiając, że nawet nasi sojusznicy mogą nam się wydawać wrogami. Jeśli gramy w trybie sieciowym, to właśnie do tego głównie służy komunikacja – aby na bieżąco informować się o tym, jakich anomalii właśnie doświadczamy i nie pozabijać się nawzajem. Są też drobniejsze i subtelniejsze zwidy, które na samym początku mnie zachwyciły. Gdy po raz pierwszy wół ciągnący powóz, który jest ruchomym ekwipunkiem podczas misji, zamienił się w jakiegoś przeklętego stwora, byłem oniemiały. Ale gdy po raz dwudziesty widzę to samo, to już nawet nie drgnie mi powieka. Problemem The Mound jest to, że może i ma ciekawe pomysły na straszenie gracza, ale powtarzają się na tyle często, że po prostu powszednieją. Nie mówiąc już o tak irracjonalnych mistyfikacjach jak chociażby zamienienie mojego towarzysza w jakieś iglaste drzewo, przez co przez parę minut z niedowierzaniem obserwowałem, jak sosenka skacze po mapie, burząc całkowicie immersję.

Największą bolączką dla mnie było jednak to, że z każdą kolejną misją, a zwłaszcza nieudaną, czułem swoją bezradność i frustrację. Gdy udało mi się uciec na statek, towarzyszyła mi przede wszystkim ulga, że te kilkanaście czy kilkadziesiąt minut gry nie poszło na marne – bo gra sama w sobie nie zapewnia w zasadzie żadnego progresu; zaliczona misja wiąże się z nagrodą pieniężną, a zdobywane poziomy gracza to w zasadzie tylko bajer, który ma nas odróżniać od początkujących graczy. Do tej pory największy perk jaki otrzymałem z awansu, to dodatkowy slot w i tak za małym podręcznym ekwipunku. Zdobywanie poziomów szybko przestało mieć więc dla mnie jakieś znaczenie, a każda kolejna porażka sprawiała, że traciłem cierpliwość do dzieła ACE Team. Zwłaszcza, że gra potrafiła mnie pognębić już na samym końcu misji, gdy nakazałem odwrót do domu – wtedy to można odnieść wrażenie, że całe zło tego świata staje przeciwko nam i goni nas całe przeklęte stado potworów. Wtedy nie mam już litości i strzelam z pistoletów jak szalony, ale nie zawsze to i tak pomaga. Takie misje zakończone fiaskiem bolą jeszcze bardziej.

The Mound

Oczywiście rozgrywka staje się trochę łatwiejsza, jeśli mamy zgraną paczkę i możemy sobie pozwolić na ścisłą współpracę. The Mound: Omen of Cthulhu staje się wtedy grą lepszą, mniej frustrującą i bardziej sprawiedliwą. Jeśli jednak przyjdzie nam polegać na grze z nieznajomymi, możemy od czasu do czasu trafić na gracza, który za nic ma kooperację, za to pędzi od razu przez las do fortu. Granie w trybie dla jednego gracza to przeżycie natomiast bardzo immersyjne, ale równocześnie ryzykowne. Nie jesteśmy wtedy w lesie sami, ponieważ towarzyszy nam jeden NPC, i do pewnego momentu radzi sobie nawet dobrze. Z początku jest nawet pomocny, bo radzi sobie z przeciwnikami zarówno przy użyciu kuszy, jak i maczety. Ale im głębiej w las, tym częściej gdzieś się gubi (podobnie jak nasz woźnica), spawnuje się w nieoczekiwanych miejscach, a gdy już wzywamy do odwrotu, to przepada jak kamień w wodę. Dlatego też granie w pojedynkę wiąże się z częstymi niepowodzeniami naszych misji i szczerze nie polecam grać w The Mound, jeśli nie zamierzacie decydować się na tryby sieciowe.

W moim przypadku ostatecznie frustracja wygrała z ciekawością. The Mound: Omen of Cthulhu to gra, która przede wszystkim budziła we mnie złość, że zmarnowałem 20 minut na misję, która praktycznie nie pchnęła mnie do przodu. Już kilka razy mówiłem sobie, że więcej nie popełnię tego błędu, ale jednak wciąż siadam do tej gry, próbując „ostatni raz” dać się przekonać. Niezaprzeczalną zaletą tej produkcji jest bowiem świat, do którego chce się wracać. Piękny, dziki świat, w którym las śpiewa niepokojące pieśni, pogoda potrafi płatać figle, a zamglona knieja przebijana promieniami słońca zapiera dech w piersiach. Gdyby The Mound zapewniało mi takie wrażenia z rozgrywki jak z oprawy audiowizualnej, to nie potrafiłbym się od tej gry oderwać. Niestety, teraz co najwyżej rzucam padem z bezsilności obiecując sobie, że już nigdy więcej. Śledzę jednak rozwój tego projektu, na ten moment ACE Team wciąż pracuje nad kolejnymi aktualizacjami a ja pewnie będę na tyle naiwny, że od czasu do czasu będę sprawdzać, czy tym razem dam radę przetrwać w tym pięknym, przerażającym lesie.

Fot.: ACE Team / własne

Overview

Ocena
5 / 10
5

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *