Komiksy,Recenzje

Thorgal wiecznie żywy – Vignaux, Yann – „Thorgal: Selkie (tom 38)” [recenzja]

Thorgal
Thorgal

Thorgal to bohater mojego dzieciństwa. Jest jak dawny przyjaciel – dorastasz wraz z nim, potem z jakichś powodów wasz kontakt urywa się na wiele lat. Aż pewnego dnia, przypominasz sobie o dawnym kompanie i postanawiasz dowiedzieć się, co u niego słychać. Tak było w moim przypadku, niedawno bowiem postanowiłem odświeżyć sobie całą serię (choć „odświeżyć” tyczy się tylko zeszytów, które dobrze znałem wcześniej, bo od pewnego momentu przestałem w ogóle śledzić losy Thorgala), wieńcząc ją najnowszym, jeszcze pachnącym drukiem, trzydziestym ósmym tomem, zatytułowanym Selkie.

Czterdzieści dwa lata minęły, odkąd Thorgal po raz pierwszy pojawił się na łamach magazynu „Relax”, choć osobiście zetknąłem się z nim dopiero w formie albumu Zdradzona czarodziejka wydanego w 1988 roku przez Krajową Agencję Wydawniczą. Mimo że był to przedruk francuskojęzycznego oryginału, Thorgal zawsze był taki trochę nasz, polski. Ta jego polskość wynikała oczywiście z faktu, że narysowany został przez Grzegorza Rosińskiego, który po wydaniu u nas kilku komiksów, zdecydował się wyemigrować do Belgii. Tam połączył siły ze scenarzystą, Jeanem Van Hamme, i obaj panowie wspólnie stworzyli legendę „dziecka gwiazd” – potomka przybyszów z kosmosu, wychowanego przez wikingów. I tak, od tylu lat, ciągnie się saga Thorgala i jego rodziny.

Do niedawna moja znajomość Thorgala kończyła się gdzieś w okolicach Słonecznego miecza (18. tomu, wydanego w 1994 roku), miałem więc do nadrobienia drugie tyle, aby dotrzeć do punktu, w którym seria znalazła się teraz. Udała mi się ta sztuka, choć darowałem sobie już wszystkie serie poboczne, które na przestrzeni lat wykwitły z głównej opowieści. Być może wynika to z sentymentu i nostalgii, bo jednak te wcześniejsze tomy stanowiły ważną część mojego dorastania, lecz po skończeniu całości doszedłem do wniosku, że im później, tym mniej porywająca i oryginalna stawała się historia. Owszem – były zeszyty-perełki, ale generalnie saga Thorgala niebezpiecznie zmierzała w kierunku telenoweli. Po 29. tomie serię opuścił Van Hamme, lecz Rosiński nadal ciągnął ten wózek, współpracując z kilkoma różnymi scenarzystami (Sente, Dorison, a obecnie Yann). Ostatecznie jednak także i on postanowił pożegnać się na dobre z Thorgalem i oddał swoje gwiezdne dziecko w ręce Frédérica Vignauxa. Aniel, trzydziesty szósty tom serii, był swego rodzaju pożegnaniem. I można by powiedzieć, że był to najwyższy czas, gdyż widać już było zmęczenie materiałem i niedbałość niektórych kadrów, lecz mimo wszystko trochę to smutne, że skończyła się pewna era. „Oryginalny” Thorgal dobiegł końca, lecz jak to mawiają: „coś się kończy, coś się zaczyna”. Wydany z zeszłym roku Pustelnik ze Skellingaru był nowym początkiem, stworzonym już przez duet Yann – Vignaux. Opowieść wróciła w rodzinne rejony Thorgala, a on sam zaczął znów wyglądać bardziej jak ten Thorgal, którego pamiętamy z dawnych lat. Lecz jednocześnie wyglądał zupełnie inaczej – styl rysunku Vignauxa jednak różni się dosyć znacznie od tego, do czego przez lata przyzwyczaił nas Rosiński. Postanowiłem, mimo wszystko, dać szansę nowemu Thorgalowi, bo historia zawarta w tym tomie była całkiem ciekawa – taki stand-alone, który jednocześnie zamknął definitywnie nieszczęsny wątek Shaigana Bezlitosnego.

Po tym przydługim wstępie przejdę w końcu do meritum, czyli najnowszego albumu – Selkie. To już drugi zeszyt stworzony przez nowego rysownika (aczkolwiek bardzo fajnym akcentem jest to, że Rosiński nadal maluje okładki), nie było więc wielkiego zaskoczenia stylem, tak jak w przypadku wcześniejszej części. Historia zawarta w Selkie również stanowi zamkniętą całość i opiera się bardzo mocno na wierzeniach ludów z okolic Wysp Owczych i Szetlandów (w ich mitologii Selkie to istota będąca pół kobietą, pół foką). Po powrocie ze Skellingaru Thorgal po raz kolejny stara się ze wszystkich sił nie denerwować bogów i żyć sobie spokojnie ze swoją rodziną, nie wadząc nikomu. Los, jak zwykle, ma wobec nich inne plany. Córeczka Thorgala, Louve, wybiera się na przystań obejrzeć towary, które przypłynęły wraz z kupcami, nie kończy się to dla niej jednak zbyt dobrze. Zostaje porwana przez załogę statku przybyłego z okolic dzisiejszych Wysp Owczych. Thorgal wraz z synem, Jolanem, będą musieli wyruszyć na ratunek, przy okazji mierząc się z agresywnymi i okrutnymi mieszkańcami tej krainy oraz z tytułową Selkie (a także standardowo z gniewem bogów).

Yann tworzy tutaj całkiem zgrabny scenariusz, stosując ciekawy zabieg przeplatania chronologii wydarzeń. Historia rozpoczyna się od zamkniętej w klatce Louve, po czym cofamy się do wydarzeń, które doprowadziły do jej uwięzienia. Na zmianę prezentowana jest perspektywa małej Wilczycy, z akcją widzianą przez Thorgala. Wątki oczywiście w pewnym momencie się łączą, ale zanim to nastąpi, mamy chyba najciekawszy motyw tego zeszytu, kiedy legenda o Selkie jest opowiadana jednocześnie przez dwie osoby, a Louve i Thorgal słuchają jej w zupełnie różnych miejscach. 

Dosyć wyraźnie da się odczuć, że zarówno ten, jak i poprzedni tom nie tylko otwierają nowy rozdział sagi poprzez zmianę rysownika, ale także chcą, aby Czytelnik odpoczął nieco od dotychczasowej powtarzalności historii kręcących się ciągle wokół ludu gwiazd, psychokinetycznych mocy i pojawiającej się znienacka (niczym hiszpańska inkwizycja) Kriss de Valnor. Yann stara się także wpleść w swój scenariusz trochę więcej realizmu i faktów historycznych, traktując to nieco bardziej serio (jak chociażby dawne nazwy rzeczywistych miejsc i krain, czego za czasów Van Hamme’a w Thorgalu nie było). Rysunki Vignauxa są w porządku, lecz moim zdaniem brakuje w nich tego czegoś, co znaleźć można było u Rosińskiego. Są poprawne i wyraźne, ale nie ma w nich tej duszy, którą pan Grzegorz przelewał na papier, nawet kiedy w jego kadry wkradał się chaos i niedbałość. Nawet mimo tego, że ten jego ostatni Thorgal z Aniela wizualnie niemal już w niczym nie przypominał tego ze Zdradzonej czarodziejki. Jednak czytając kolejne tomy, widać było świetną ewolucję artysty, od klasycznych rysunków ołówkiem, aż po tomy, w których każdy kadr wyglądał jak osobny, namalowany z pietyzmem obraz. Z kolei Vignaux swoim stylem wraca bardziej do korzeni serii, jednocześnie dodając do tego własną kreskę. I, jak już wspomniałem, jest to kreska dobra, ale nic ponad to.

Czy nowy Thorgal mi się podoba? Trudno powiedzieć, na pewno nie ma w sobie już tej samej magii, co kiedyś. W każdym razie saga najwyraźniej nie ma zamiaru kończyć się w najbliższej przyszłości, szczególnie teraz, gdy tytuł przejęła świeża krew. Na pewno z ciekawością będę czytał kolejne tomy, lecz bardziej z przyzwyczajenia niż fascynacji. Świat poszedł naprzód, lecz mam wrażenie, że Thorgal zatrzymał się jakieś dwadzieścia lat temu i od tej pory opowiada ciągle tę samą historię. Ale może to i lepiej?

Fot.: Egmont Polska

Podobne wpisy:

Avatar

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Komentarze: 3

  1. Avatar
    Kzrysztof 2 grudnia, 2020 at 08:43 Odpowiedz

    Dla kogoś kto nie czytał serii pobocznych może Yann jest świeżą krwią, ale jest to jego 18 scenariusz w Thorgalu. I każdy kto czytał wie że chwilowa poprawa występująca w dwóch ostatnich albumach niczego nie naprawia. Ten scenarzysta zupełnie nie czuje Thorgala. W “Selkie” bohaterowie tracą te walory za które ich lubimy, oni tylko uczestniczą w pewnej historii która się toczy wokoło nich i w którą są zamieszani. Nie mają wpływu prawie na nic. Yann głównie stara się sprzedać czytelnikowi legendę o Selkie, a nie historię Thorgala. Takie zjawiska występują u Yanna np. w serii “Młodzieńcze Lata” gdzie trudno dostrzec głównego bohatera – historia toczy się wielotorowo i w końcu się spotyka, ale rola bohaterów jest znikoma. Nie ma perspektyw dla serii z tym scenarzystą.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *