Chłodny jesienny wieczór. Powoli zapadający zmrok. Ciepło z kominka, które zachęca do długiego przesiadywania na podłodze. Perspektywa leniwego poranka i ta kusząca myśl o zarwaniu nocy, o chęci, by dać się porwać angażującej, trwającej wiele godzin planszówce, która nie tylko nie mieści się na Waszym największym stole, ale również kolejne pudła dodatków nie znajdują swojego miejsca w szafie czy regale. Brzmi cudownie, zgodzicie się? W teorii może i tak… Jednak w praktyce? Zanim wrócimy do domu, załatwiwszy wszystkie codzienne obowiązki, za oknem jest już ciemno i zimno. Ogrzewania włączyć trochę szkoda, bo gry też przecież kosztują. Nocki zarwać nie wypada, bo o 5 trzeba wstać. Wracamy po całym dniu padnięci, wypompowani i nierzadko zbyt przeorani, by przeczytać bardziej skomplikowaną instrukcję, a co dopiero ją zrozumieć. Wtedy z odsieczą przyjść może szybka, lecz angażująca, niewielka, lecz nie byle jaka karcianka, na którą poświęcić możemy albo cały wieczór (czy tam tyle, ile nam go akurat zostało), albo pół godziny, czekając, aż zrobi się pranie, dziecko uśnie, aktualizacja się zainstaluje, a mecz zacznie. Taka jak Koty z Kioto od wydawnictwa Muduko.
Koty z Kioto to gra, która może wciągnąć zarówno na długie godziny, kiedy to poprzysięgamy rewanż i słodką zemstę na osobniku po lewej, który śmiał sprzątnąć nam zwycięstwo sprzed nosa, jak i na jednorazową, szybką rozgrywkę, po której wystarczą dwie minuty, by posprzątać wszystkie elementy do niewielkiego, zgrabnego pudełka. To karcianka idealna i dla tych z Was, którzy nigdy wcześniej w tego typu gry się nie angażowali, jak i dla tych, dla których wszelkie Cytadele, BleFuje, Munchkiny i inne Wiedźmie Eliksiry są dobrze znane. Dodatkowym atutem i zachętą dla ewentualnych maruderów będzie ubranie gry w kocią opowieść i stylistykę, jeśli więc znacie jakiegoś kociarza lub kociarę, których od dawna, lecz bezskutecznie próbujecie namówić na wspólną grę – być może to właśnie Koty z Kyoto okażą się tym przełamującym lody tytułem.
Rozgrywka jest prosta, choć nie znaczy to, że nie zmusza nas do myślenia i kombinowania. Mamy tu zarówno element losowości, jak i strategii, która może przesądzić o naszym zwycięstwie lub porażce. Każdy gracz po kolei, w swojej turze, ze wspólnej talli znajdującej się na środku stołu (podłogi, blatu, łóżka) dobiera tyle zakrytych kart, ilu graczy łącznie z nim zasiada do wspólnej zabawy (lub walki na śmierć i życie – zwał jak zwał). Gracz odkrywa karty pojedynczo i po każdym odkryciu decyduje, komu ją przydzielić – innym czy może sobie. Tutaj pojawia się element zarówno strategii, jak i ryzyka, bo i losowości. Nigdy nie wiemy, czy to przeciwnikowi oddajemy tę lepszą kartę, czy może ona wciąż czeka na nas jako ta ostatnia nieodkryta. Kiedy karta trafi do odbiorcy, ten ją rozpatruje – czasami nie dzieje się nic oprócz tego, że zdobywamy punktu, które skracają nam czas rozgrywki (przy 13 uzbieranych punktach na górze kart runda dobiega końca), czasami na dole kart znajdujemy dzwoneczki, które na koniec gry podliczamy jako punkty zwycięstwa, a czasami – i to jest najciekawszy, a nierzadko również najzabawniejszy, ale i frustrujący elementy gry – efekty specjalne, które raz dobro, a raz zło czynią. Bywają takie, które sprawiają, że nasz limit czasu zwiększa się z 13 do 18 punktów, ale i takie, które każą nam odrzucić naszą ostatnią kartę, a ta – masz ci los – była naszym asem w rękawie. Są takie, dzięki którym my sami możemy odrzucić dowolną, parszywą kartę, ale i takie, które każą nam dobrać kolejną kartę, a czasem kolejną, i kolejną, i kolejną… Podczas jednej rozgrywki doszliśmy w ten sposób do końca rundy – i to przy pierwszym rozdaniu. Teraz więc nie mówimy już, że dobieramy kartę, ale po prostu, że wsiadamy do tego pociągu czy tam na karuzelę, której nie da się zatrzymać. Ten z graczy, który uzbiera 13 negatywnych punktów, nie tylko przyczynia się do końca rundy, ale także jako jedyny odrzuca swoje karty z dzwoneczkami, czyli te punktowane na koniec gry. Reszta graczy odrzuca zwykłe karty, natomiast punktowane odkłada na bok tak, aby inni nie mogli zobaczyć, jak blisko zwycięstwa są pozostali. Trzeba jednak kontrolować ilość swoich dzwoneczków, ponieważ kiedy uzbieramy ich 13 – wygrywamy i stajemy się najbardziej cwanym kotem w okolicy, a inne mogą co najwyżej miauczeć z zazdrości i ostrzyć sobie pazurki na zwycięstwo w kolejnej rozgrywce.
Można więc śmiało powiedzieć, że Koty z Kioto mają w zasadzie wszystko, by stać się karcianką idealną. Gra przeznaczona jest dla graczy od 8 do 99 lat, przy czym ta górna, jest oczywiście granicą umowną i bądź co bądź żartobliwą, jest to już jednak standard. Liczba graczy, która może zasiąść do rozgrywki, to od dwóch do pięciu osobników. Jednorazowa rozgrywka to około 15-20 minut, niemal każdy znajdzie więc czas na choćby jeden szybciutki pojedynek z żoną, bratem, potomkiem czy przyjacielem. Gra jest szybka, wciągająca, niewolna od myślenia strategicznego, choć również z drobnym twistem w postaci pewnej losowości i niespodzianki. Jakby tego było mało, gra od Muduko jest po prostu bardzo ładna, a na kolejne karty patrzy się z błyskiem w oku – zwłaszcza jeśli uwielbiamy koty. Rewers kart zdobią urocze kocie łapki na niebieskim tle, a na odwrocie ukazują nam się prześliczne rysunkowe koty, jak również natrafić możemy na niebieskiego ptaszka, rudego psa czy urokliwą kocią miskę.
Czego chcieć więcej od karcianki, która wciąga, angażuje, rozśmieszy, a czasem wyprowadzi z równowagi (bo ileż można przegrywać!)? Niewielkich rozmiarów pudełko śmiało możemy zabrać w podróż, nie martwiąc się o ciężar naszego bagażu, a jednocześnie wielkość kart jest raczej standardowa, nie będą więc wyprowadzać nas z równowagi wypadaniem z rąk, ześlizgiwaniem się ze stosu czy niemożnością porządnego potasowania.
W tym przypadku nie potrzeba zbędnych słów ani sloganów reklamowych. Koty z Kioto polecają się nie tylko na jesienne i nie tylko na wieczory. Tym bardziej teraz, kiedy wiecie już, że nie kupujecie kota w worku. Spójrzcie tylko na te urocze łapki… Dacie radę im odmówić?
Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.
Na tej stronie wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? ZGADZAM SIĘ
Manage consent
Privacy Overview
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.