Filmy,Patronat,Recenzje

To nie jest kraj dla delikatnych ludzi – Stéphane Brizé – “Historia pewnego życia” – [recenzja]

historia pewnego życia
historia pewnego życia

Przede wszystkim to nie jest film dla wszystkich ludzi. Na pewno miłośnicy produkcji kostiumowych i klasycznej literatury francuskiej docenią zgrabne rozwiązania, jakie przygotował w filmie Historia pewnego życia –  który Głos Kultury objął patronatem medialnym –  reżyser Stéphane Brizé. Zrobił bardzo wiele, by adaptacja powieści Guya Maupassanta pod tym samym tytułem – pomimo schematycznych problemów, schematycznych zachowań i schematycznego rozwoju wydarzeń – była dla współczesnego odbiorcy ciągle atrakcyjna. I wcale nie musiał uciekać się do fajerwerków, krwi i nagości. Chociaż, przepraszam – krew jest!

Obraz Stéphane Brizé można nazwać szkicem psychologicznym Jeanne, subtelnej jak kwiat kobiety, której życie z biegiem lat rysuje się w coraz ciemniejszych barwach. Dosłownie. Kolorystyka użyta do „malowania” poszczególnych scen pomaga widzom odtworzyć chronologię wydarzeń. Jeanne, córkę baronostwa, poznajemy w chwili, gdy po ukończeniu edukacji wraca na rodzinne włości, pełna uroku i wiary w to, że życie jest piękne (o, święta naiwności!). Słoneczne kadry na łonie natury, zbliżenia na szczęśliwe, spokojne twarze, ciepłe wnętrza – w takiej tonacji rozpoczyna się Historia pewnego życia. Później dostajemy do ułożenia puzzle. Brizé (nie tylko reżyser, ale i współautor scenariusza) serwuje nam fragmenty z różnych etapów życia Jeanne. Uderzający kontrast z poprzednimi tworzy ponura scena samotnie stojącej, zniszczonej kobiety, którą miota przedburzowy wiatr. Znamy zatem ramę, musimy teraz ułożyć sobie środek. I tu zastawiono na odbiorców kilka małych pułapek myślowych. Dumni ze swoich zdolności dedukcyjnych jesteśmy skłonni oceniać sytuację, a tymczasem ten decydujący puzzel to akurat nie tutaj. To gdzie indziej. Przynajmniej ja się na jedną pułapkę złapałam.

Subtelna wśród bezdusznych?

Co do smutnych losów subtelnej Jeanne, nikt tu nie ma wątpliwości. Już pierwsza scena sugeruje, że ten uroczy kwiat szybko zostanie złamany przez życie i straci młodzieńczą witalność pod wpływem przykrych wydarzeń. Pozostaje czekać na pierwszy cios. O! Już. Kula śnieżna nieszczęść się toczy. Mąż, służąca, rodzice, przyjaciółka, ksiądz, syn… Jeanne długo zachowuje niewinność i czyste intencje… za długo. Skutkuje to załamaniem nerwowym i początkami choroby psychicznej. Jak nakreślono szkice reszty bohaterów? Zdawałoby się, że wszyscy stoją w kontrze do czystej, niewinnej Jeanne. Nawet wątek domu rodzinnego, pomimo słonecznej, sielskiej aury okazuje się skrywać ciemną stronę. Mimo że każda z postaci ma swoje za uszami i dokłada biednej Jeanne cierpień, punkt ciężkości wcale nie jest położony na tę przeciwstawność. To byłoby zbyt proste.

Obsada

Granie w ciasnych kadrach, gdzie każdy gest, każde spojrzenie i każde mrugniecie jest odbierane ze zdwojoną uważnością, wymagało od aktorów bezbłędnej mowy ciała. Jeden fałszywy ruch i szkic psychologiczny straciłby spójność. Nie sposób przejść obojętnie obok gry aktorskiej Judith Chemla (nominowanej do Cezara w kategorii Najlepsza Aktorka). Przykuwała wzrok, irytowała i budziła litość – nie przekraczając niebezpiecznej granicy melodramatyzmu. Trudną sztuką jest grać postaci, których nie da się lubić, nie przerysowując przy tym ich wad – i tu Swann Arlaud (Julien) czy Père François-Xavier Ledoux (ojciec Tobiac) stanęli na wysokości zadania.

Współcześni w kostiumach XIX-wiecznej Francji?

Stéphane Brizé po raz pierwszy wziął na warsztat film kostiumowy. I pięknie go rozrysował na sceny. A mógł pokazać tę historię, zarzucając nas grubo ciosanymi kawałami, za pomocą naturalistycznych ujęć. Bo przecież w tej fabule jest mięso – seks, przemoc, zabójstwo, szaleństwo. Ale nie. Historię… oglądamy jak kolekcję motyli. Dominuje delikatność, efemeryczność, wyczucie taktu. To, co brudne, złe, parszywe – zostaje powiedziane „nie wprost”. Całkiem jak w listach pisywanych dawno temu. Swoją drogą, wiele rzeczy widz dopowiada sobie właśnie dzięki korespondencji Jeanne i jej matki.

W tej opowieści mogłyby zachwycać kostiumy (Madeline Fontaine), gra świateł, architektura i pejzaże. Mogłyby. Ale jej celem nie jest wcale wzbudzanie zachwytu. Raczej wywołanie refleksji nad relacjami międzyludzkimi, które –niezależnie od epoki i niezależnie od miejsca – niezmiennie rozczarowują. I niszczą. Zwłaszcza te subtelne, dobre jednostki. XIX-wieczna Francja to nie jest kraj dla delikatnych ludzi. Świat w ogóle nie jest miejscem dla delikatnych ludzi (prawda, panie de Maupassant?). I to właśnie ponadczasowe bagno uczuć reżyser bardzo pięknie ubrał w XIX-wieczny kostium. Doceniono to na festiwalu w Wenecji, przyznając Historii pewnego życia nagrodę FIPRESCI. A pomysł był przecież wysoce ryzykowny.

Fot.: Aurora Films


 

Historia pewnego życia - oficjalny polski zwiastun

Podobne wpisy:

Avatar

Próbuje z różnym skutkiem zapracować na swoje nazwisko. Póki co, traktuje je jak przewrotny żart. Umie czytać i pisać. Z rachowaniem gorzej.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *