Heros w czystej postaci – Alan Moore, Chris Sprouse – „Tom Strong”, tom 1 [recenzja]

Jaki powinien być idealny superbohater? Na pewno od razu nasuwa Wam się kilka przymiotów, z których najczęściej używanymi byłyby: sprawiedliwy, broniący słabszych, altruistyczny, szlachetny – mówiąc krótko, bez skazy. Zazwyczaj jest to człowiek z misją, czy to z poczucia niesprawiedliwości panującej na świecie, czy kierowany chęcią zemsty za wyrządzone mu krzywdy, gdy takiego bohatera w jego otoczeniu zabrakło. Jakkolwiek wzniośle by to brzmiało, czasy czystych jak łza superbohaterów ze Złotej i Srebrnej Ery komiksów już minęły, aczkolwiek nie znaczy to, że ich duch wciąż nie krąży wśród nas. Tom Strong zdaje się hołdem dla opowieści obrazkowych z tamtej epoki i wydawałby się dla współczesnego czytelnika nudną postacią, gdyby nie mały szczegół, który mnie zaintrygował w szczególności – Tom Strong kieruje się sprawiedliwością i dążeniem do szczęścia każdej jednostki. Nawet tej zdeprawowanej.

Alan Moore garściami czerpał ze starych komiksów, kreując postać Toma Stronga. Oczywiście w pierwszej kolejności otrzymujemy w niniejszym tomie origin story postaci – wychowywany w sterylnych warunkach przez genialnych rodziców uzyskuje nadludzkie zdolności oraz ma wiedzę pozwalającą mu na rozwijanie rodzinnej schedy. No po prostu chodzący ideał, bożyszcze tłumów i geniusz w jednym ciele. Klasyk gatunku. W podzielonym na dwanaście części tomie pierwszym wydanym przez Egmont, poznajemy wiele historii z pojedynków Toma Stronga z szeroko pojętym Złem i, jak już do bólu będę powtarzał, część z nich chyli kapelusza przed starymi komiksami – nie mogło wszak zabraknąć chociażby walki głównego bohatera z nazistami.

Akurat ta opowieść, poza drobnymi wyjątkami, jest nie dość, że najbardziej banalna, to jeszcze sztywno moralizatorska, jakby napisana nie przez Alana Moore’a, który potrafi swoim scenariuszem wsadzić kij w mrowisko. Na szczęście ciekawych historii jest tu więcej i z przyjemnością czytałem intrygujące pojedynki na przykład z Aztechami z innego wymiaru czy też powracającym do Millennium City Modular Manem. Te opowieści zrobiły na mnie zresztą największe wrażenie, bo uwydatniły cechę Toma Stronga, która pozwoliła mi go odróżnić od klasycznych superbohaterów. Strong nie dąży bowiem do bezmyślnego zderzenia czołowego z wrogiem i pokonania go w pojedynku fizycznym czy intelektualnym, ale stara się zrozumieć, dlaczego postanowił on stworzyć zagrożenie dla bliskiego mu świata. I czasami okazuje się, że dyplomacja jest łatwiejszym sposobem na działanie, a jego przeciwnicy ogólnikowo nazywani komiksowymi łotrami wcale nie działają w intencji szeroko pojętego zła. Jego pojęcie Dobra jest altruistyczne do potęgi, co oznacza, że walczy o nie do końca w każdej sytuacji, nawet jeśli to dobro ma dotyczyć jego przeciwnika. Oczywiście, Tom Strong musi mieć również swojego arcywroga, który zdaje się intelektualną wariacją Lexa Luthora i Doktora Dooma, ale na ten moment Paul Saveen nie był dla mnie na tyle interesującą postacią, żeby zapamiętać opowiadane z nim historie.

Kolejną zaletą komiksów o Tomie Strongu są wyśmienite dialogi, które wielokrotnie ubarwiają scenariusz, wprowadzając odpowiednią dawkę humoru. Polubiłem zwłaszcza postać Salomona, małpę obdarzoną inteligencją i zawadiackim, chciałoby się powiedzieć wręcz typowo brytyjskim humorem, który widać również w jego archaicznym słowniku używanych wyrazów i stylem wyrażania w stylu cockney. Do Salomona dołącza od razu robot Pneuman, który prowadzi z nim często uszczypliwe dialogi, obaj bowiem starają się zdyskredytować inteligencję drugiego na każdym kroku. Smaczków w tym komiksie jest zresztą dużo, bo chociażby działający w Millennium City fanklub Toma Stronga z nieokrzesanymi dzieciakami na czele również potrafi doprowadzić do komicznych sytuacji.

Wspomniałem wcześniej, że Tomowi Strongowi zdarza się toczyć pojedynki w różnych wymiarach, innych przestrzeniach czasowych, a sam komiks jest w jakiś sposób hołdem Złotej i Srebrnej Ery. To widać również w warstwie graficznej, ponieważ wielokrotnie rysunki nawiązują do staromodnej kreski, którą oczywiście na potrzeby współczesnego czytelnika trochę odpicowano. Ducha przeszłości jednak czuć nad wyraz często, co więcej – zależnie od lokalizacji działań danej historii, Chris Sprouse stosuje inny styl graficzny, dzięki czemu czytelnikowi znacznie łatwiej połapać się o zmianie scenerii czasoprzestrzennej. Moim cichym faworytem jest epizod, gdy Tom Strong trafia do rzeczywistości, która dzieje się w świecie animowanych postaci w stylu Looney Tunes. Cuda na kiju i ubaw po pachy, chociaż trwał krótko.

Pierwszy tom Toma Stronga daje dużo frajdy i jak na komiks o kolejnym idealnym superbohaterze parę razy zaskakuje decyzjami podjętymi przez głównego protagonistę. Alan Moore stworzył postać z charyzmą, napisał wyśmienite dialogi, a do tego Chris Sprouse świetnie uzupełnia komiks swoimi rysunkami. Pamiętać jednak trzeba, że to komiks oparty na klasycznych zasadach narracji, więc dla fanów brutalniejszych i mroczniejszych opowieści Tom Strong może być lekturą zbyt mało interesującą.

Fot.: Egmont

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.