Zdarza się rzadko, żebym po seansie miał ochotę nie tyle „polecić film”, co potrząsnąć znajomych za ramiona i powiedzieć: obejrzyjcie to, ale nic o tym nie czytajcie. Towarzysz zrobił mi właśnie coś takiego. Trafiłem na niego przypadkiem, po instagramowej polecajce od Horrorversum na Instagramie, odpaliłem go wieczorem na HBO Max i… dostałem najlepszą filmową niespodziankę tego roku. Nie dlatego, że to jakieś filmowe arcydzieło, tylko dlatego, że to kino rozrywkowe, które ma zęby, ma charakter i ma w sobie odwagę, by śmiać się człowiekowi prosto w twarz — a chwilę później zapytać, czy na pewno rozumie, z czego się śmieje. Tu rządzi pomysł, tempo i fenomenalny scenariusz, a Sophie Thatcher jest absolutnie zjawiskowa.
Towarzysz to jest jeden z tych filmów, w których największą grzecznością wobec widza jest milczenie. Punkt wyjścia jest na pozór prosty: Iris, dziewczyna w nowym środowisku, jedzie na weekendowy wypad, żeby poznać znajomych swojego chłopaka. Atmosfera od pierwszych minut jest delikatnie „nie taka” — niby normalne rozmowy, niby uprzejmości, niby dom jak z katalogu, a jednak w kadrze czai się napięcie, jakby ktoś włączył tryb demonstracyjny idealnego życia, ale zapomniał, że prawdziwi ludzie mają rysy na duszy. Tyle Wam wystarczy. Reszta działa najlepiej, kiedy nie wiecie nic więcej. Serio: jeśli trafiliście na to dzieło przez polecajkę, to zróbcie sobie prezent i nie dokarmiajcie ciekawości trailerami. To ten typ filmu, któremu marketing potrafi zrobić krzywdę, bo zdradza za dużo i za wcześnie.
Największy komplement, jaki mogę dać Towarzyszowi, brzmi: w końcu od dawna jakiś film mnie autentycznie zaskoczył. I nie chodzi wyłącznie o samą fabularną żonglerkę (choć ta jest prowadzona z pewnością ręki chirurga), tylko o to, jak ten tytuł bawi się konwencją. Drew Hancock nie bierze jednego gatunku „na poważnie” i nie próbuje robić z niego świętości. Zamiast tego skleja hybrydę: czarną komedię, satyrę, thriller, science fiction i dramat relacyjny w proporcjach, które zmieniają się w locie — i, co kluczowe, nie rozwalają filmu na kawałki. Czasem czujesz, jak film puszcza do ciebie oko — jakby mówił: „tak, wiem, że to brzmi jak klasyczny schemat, poczekaj sekundę” — po czym odpala scenę z energią kina, które kocha przesadę, ale kontroluje ją jak kierowca rajdowy na zakręcie. I to jest ten rodzaj zabawy, który kocham najbardziej: rozrywkowej, ale nie głupiej; efektownej, ale nie pustej; bezczelnej, ale nie cynicznej. I właśnie dlatego Towarzysz wydaje mi się unikatowy. On ma własny rytm, własną temperaturę, a jego żarty są podszyte czymś mrocznym i boleśnie znajomym. To kino, które rozumie, że najlepszy dowcip jest wtedy, kiedy śmiech przychodzi ci odruchowo, a dopiero potem dociera: „chwila, to wcale nie jest takie zabawne, to jest o mnie, o nas, o tym, jak dzisiaj potrafimy traktować bliskość jak produkt”. Dzięki temu Hancock może wbijać szpilki głębiej, a my i tak oglądamy to z wypiekami na twarzy.
Scenariusz Towarzysza uważam za fenomenalny — nie dlatego, że to jakaś poetycka rozprawa o kondycji człowieka, tylko dlatego, że działa jak sprytnie skonstruowana pułapka. Najpierw daje nam coś znajomego, wręcz komfortowego, a potem zaczyna zadawać pytania, których wcale nie mamy ochoty usłyszeć. O współczesnych związkach. O tym, jak łatwo mylimy miłość z posiadaniem. O tym, jak często „dbanie o relację” jest w praktyce cichą próbą ustawienia drugiej osoby pod własną wygodę. I wreszcie: o tym, jak szybko potrafimy się zezwierzęcić, kiedy czujemy, że wszystko nam wolno — bo przecież „to tylko funkcja”, „to tylko układ”. Jest też w tym filmie satyra na romantyczność w czasach, gdy telefon stał się przedłużeniem ręki, a komunikacja bywa bardziej performansem niż spotkaniem dwóch ludzi. Hancock kładzie palec na kilku ranach naraz: uprzedmiotowienie, władza w intymności, dehumanizacja, problem zgody i granic, a także to, jak technologia potrafi stać się wymówką. Bo przecież łatwo jest powiedzieć: „to tylko narzędzie”. Łatwo jest ukryć egoizm pod hasłem „nowoczesności”. Łatwo jest wmówić sobie, że jeśli coś da się zaprogramować, to znaczy, że wolno tym sterować. Tylko że Towarzysz pyta: a co, jeśli w tym wszystkim nie chodzi o technologię, tylko o człowieka? O to, że kiedy dostajesz możliwość absolutnej kontroli, to wreszcie wychodzi z ciebie to, co zwykle maskujesz kulturą, dobrym wychowaniem i autoprezentacją? I jeszcze jedno: Towarzysz jest niepokojąco aktualny, bo dotyka tej naszej współczesnej pokusy, żeby emocje „usprawniać”. Żeby bliskość skroić pod siebie. Żeby od drugiej osoby wymagać, żeby była jednocześnie bezpieczna, przewidywalna, ekscytująca, zawsze dostępna i jeszcze najlepiej bez własnych potrzeb. Film pyta wprost: czy my naprawdę chcemy partnera, czy chcemy produktu udającego partnera? I to pytanie siedzi w głowie długo po napisach końcowych.
Nie da się uczciwie pisać o Towarzyszu i nie poświęcić osobnego akapitu Sophie Thatcher. Ona jest tutaj zjawiskowa. Rewelacyjna. Fenomenalna. I nie mówię tego w trybie „hype’u roku”, tylko w trybie: ta aktorka ma coś, co trudno wyćwiczyć — absolutną kontrolę nad tonem sceny. Potrafi być jednocześnie krucha i niebezpieczna, potrafi w sekundę zmienić temperaturę emocji, a przede wszystkim umie zagrać przemianę tak, żebyśmy czuli ją pod skórą, a nie tylko „rozumieli fabularnie”. Wróżę jej naprawdę ciekawą przyszłość, jeśli dalej będzie wybierać tak odważne, nieoczywiste projekty. Thatcher niesamowicie buduje drobne pęknięcia: spojrzeniem, mikrogestem, zmianą oddechu, tym jednym zawieszeniem głosu, które mówi więcej niż monolog. Partneruje jej Jack Quaid, a cały drugi plan jest zaskakująco skuteczny w budowaniu napięcia między postaciami — bo to nie jest film, w którym ludzie stoją jak słupy i czekają na kolejny twist. Tutaj relacje są brudne, pełne niedopowiedzeń, ego, gier statusu. Dzięki temu, kiedy sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli, to nie oglądamy „mechanizmu fabularnego”, tylko grupę osób, które w stresie pokazują najgorsze wersje siebie.
Nie będę udawał, że nie miałem w głowie pewnych skojarzeń. Jeśli kochacie serial Czarne lustro, to Towarzysz działa na podobnej częstotliwości: bierze współczesny lęk, podkręca go o kilka stopni i pokazuje, że najstraszniejsze wcale nie jest „to nowe”, tylko nasze stare, prymitywne odruchy w nowym opakowaniu. I dlatego, mimo że w teorii to „tylko” świetnie zrobiona rozrywka, ja wyszedłem z seansu z poczuciem, że obejrzałem coś więcej niż sprawnie nakręcony thriller. Obejrzałem lustro. Krzywe, satyryczne, chwilami krwawe, ale boleśnie prawdziwe. To nadal kino „tylko” rozrywkowe — ale bawi tak dobrze, tak sprytnie, tak bezczelnie, że ręce same składają się do oklasków. I jasne: gdybym miał udawać chłodnego analityka, pewnie powiedziałbym, że to materiał na bardzo solidne 7/10, bo można się przyczepić do kilku uproszczeń. Tylko że ja nie chcę się przyczepiać. Ja chcę docenić pomysł, przebojowość, dystans, timing, dowcip i to uczucie, że wreszcie dostałem film, który nie klepie mnie po plecach, tylko wbija szpilę i jeszcze każe mi się z tego śmiać. Dla mnie to najlepszy film, jaki widziałem do tej pory w tym roku — i nie mam potrzeby tego odszczekiwać.
Fot.: Warner Bros Media















