Zeszłoroczny Dzień Dziecka uczciliśmy na naszym portalu, publikując tekst, w którym trójka naszych redaktorów dzieliła się ukochanymi filmami pełnometrażowymi z dzieciństwa. Był to jednocześnie pierwszy na Głosie Kultury artykuł, który zapoczątkował cykl Trzy po trzy. W tym roku pomyśleliśmy, że warto również o przypomnienie oglądanych w przeszłości seriali animowanych. Chyba każdy miał jakieś swoje ulubione, prawda? Odpowiednie produkcje były emitowane (i nadal są) na wielu kanałach, nie tylko tych dedykowanych wyłącznie dzieciom – przykładowo TVP znane jest z dawnych dobranocek puszczanych równo o godzinie 19.00. W nowej odsłonie Trzy po trzy – kolejny raz stworzonej specjalnie z okazji dnia 1 czerwca – postanowiliśmy zaprezentować Wam nasze najbardziej ukochane telewizyjne animacje. Oczywiście nie zdołaliśmy umieścić wszystkich tytułów, a wybór niewątpliwie należał do bardzo trudnych. Sprawdźcie, jakie seriale wybrali Krzysztof, Marta i Sylwia!
Krzysztof Lewandowski:



Marta Nowak:
Laboratorium Dextera
Do dzisiaj moja ulubiona kreskówka, która zawsze mi udowadniała, że naukowcy muszą mieć bardzo ciekawe życie. Dexter jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że zabójczy intelekt i niesamowite wręcz przekonanie o własnej wspaniałości nie uchronią nas przed niekiedy bardzo dziwacznymi wydarzeniami. Poza tym za sprawą postaci zwariowanej Dee Dee nie dało się nudzić, a ona była tym zbawczym elementem chaosu, który pozornie irytuje bohatera, a w rzeczywistości napędza go do dalszych działań. No i jak tu nie uwielbiać matki z obsesją na punkcie czystości? Twórcy stworzyli pełną humoru, zgrabną opowieść o zwariowanej rodzince, która chwilami (a nawet dużo częściej) działa sobie na nerwy, a jednak nie sposób nie darzyć ich wszystkich sympatią. Laboratorium Dextera ogląda się równie dobrze (a może nawet lepiej) już nie jako dziecko, bo wiele humorystycznych aluzji dopiero wtedy jesteśmy w stanie naprawdę docenić. Ja od czasu do czasu lubię wrócić do małego chłopczyka w laboratoryjnym ubranku i jego zbzikowanej siostry o nieproporcjonalnie długich nogach – dobra zabawa gwarantowana.

Historia magicznych dziewczynek, które w każdej chwili ratują swoje ukochane miasto i jego mieszkańców. I na co komu superbohaterowie? Wystarczą miłe, malutkie dziewczynki stworzone ze słodkości i śliczności, które dodatkowo wzmacnia się specjalnym związkiem X. Myślę, że gdyby to było takie proste, mielibyśmy już całe fabryki atomówek na zamówienie. Każda z nich wygląda i zachowuje się inaczej, ma zupełnie inne cechy charakteru, a jednak zawsze potrafią się zjednoczyć w obliczu niebezpieczeństwa. Zawsze najbardziej lubiłam miłą i pomocną Bajkę, chociaż w zasadzie atomówki nigdy nie były moimi ulubionymi bohaterkami, bo najbardziej lubiłam Jego – wcielone, czyste, dbające o wygląd i formę zło… Najzabawniejszym bohaterem jest za to burmistrz, który kompletnie nie radzi sobie z rządzeniem miastem i ma wyjątkową słabość do swojej sekretarki. Panna Sara Bella jest z kolei podobno pięknością, ale nikt nigdy nie widział jej twarzy. Może chodzi o to, że piękno jest trudne do zdefiniowania, a w końcu gdyby ktoś uznał, że sekretarka mu się nie podoba, zniszczyłoby to zamierzony efekt. W każdym razie dla mnie największą zagadką tego serialu zostanie pytanie: Jak wygląda Sara Bella?

Co by było, gdyby Atomówki dorosły? Zamieniłyby się w agentki pracujące w tajemnicy dla amerykańskiego rządu. Co robi przeciętna licealistka? Chodzi do szkoły, na zakupy, umawia się na randki, a kiedy trzeba wkłada specjalny kombinezon i rusza do walki. Sam, Clover i Alex zostały zestawione na zasadzie przeciwieństw, choć łączy je szczera przyjaźń. Sam to ruda intelektualistka i perfekcjonistka, Alex jest wysportowana, ale też najbardziej wrażliwa i delikatna, a Clover to trzpiotka i flirciara, która za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie, wywołuje u widza wybuchy niekontrolowanego śmiechu. Odlotowe agentki opowiadają oczywiście losy nastolatek, które wyposażone w specjalny sprzęt potrafią pokonać nawet całą armię, ale w zasadzie urok tej historii polega na humorystycznym ujęciu codziennego życia nastolatek, bez moralizatorstwa i nadęcia. Jak tu się nie śmiać, kiedy Sam opracowuje specjalny algorytm pozwalający na spławienie kandydata, z którym nie masz ochoty się umówić, i w konsekwencji program odpowiada, że niestety musisz wysuszyć psa i wyprowadzić włosy. Tak, Odlotowe agentki to bardziej dojrzała i w sumie zabawniejsza wersja Atomówek. No i kto by nie chciał mieć takiego sprzętu?
Sylwia Sekret:

Czy ktoś pamięta jeszcze ten rockowy wstęp? I w ogóle tę świetną kreskówkę, której rok produkcji zbiega się z rokiem mojego urodzenia? Mam do niej ogromny sentyment i choć szczerze przyznaję, że nie pamiętam zbytnio poszczególnych odcinków, to kiedyś uwielbiałam tę bajkę i wiem, że świetnie się przy niej bawiłam. Wpadająca w ucho jest już sama piosenka rozpoczynająca animację, choć przyznam, że nigdy nie udało mi się tytułowej frazy Denver, ostatni dinozaur zaśpiewać bez fałszu, intonując zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Pozostało tak zresztą do dziś… Dość jednak o moim braku talentu muzycznego. Denver to ostatni dinozaur, którego jajo (wykluje się dopiero za chwilę) znajduje grupa przyjaciół, i który od tej pory jest nieodłącznym członkiem ich paczki. Razem z Jeremym, Wallym, Shades, Mario, Heather i Casey przeżywają przeróżne przygody i świetnie się bawią. Do tego jeżdżą na deskorolkach! Mój boże, jakże ja wtedy chciałam mieć deskorolkę! I w końcu dostałam – po moim starszym kuzynie. Chyba nawet miała rożowawy kolor podobny do tego, jakim pyszniły się kultowe okulary Denvera. Niestety… okazało się, że z jazdą na niej jest tak samo, jak ze śpiewaniem. I choć nic, z czym wiązał się Denver… mi nie wychodziło – uwielbienie do bajki pozostało. Było w niej coś szczególnego – jakaś radość i optymizm, które niesłychanie zarażały wtedy tego dzieciaka, którym byłam. Kiedy teraz z sentymentem ogromnym oglądam sobie pierwszy odcinek, dochodzę do wniosku, że świat (a zwłaszcza dziewczyny i chłopcy) wiele się nie zmienił. A już na pewno nie zmienił się Denver. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że Denver przetrwał tylko jeden sezon. Czasami do tej pory rozglądam się za jakimś pozostawionym na pastwę losu olbrzymim jajem, z którego wyklułby się dinozaur i został moim przyjacielem. Jeśli rzuci Wam się w oczy coś takiego – koniecznie dajcie znać!
Mikan – pomarańczowy kot
To kolejna bajka, której sama już piosenka rozwalała mnie zawsze na łopatki. Chociaż tym razem nie o początkowy utwór chodzi, lecz kończący animację. Zawsze zbierało mi się na płacz, kiedy go słuchałam, i coś tam nadal pozostało z tego wzruszenia, kiedy słyszę: Ten dom, sprzed lat, znów mi się śnił… Mikan, wyobraźcie sobie, to kot jak każdy inny kot… z pewnymi wyjątkami. Przygarnięty przez chłopca o imieniu Tom – jak się okazuje, Mikan właśnie tak miał kiedyś na imię – zadomowił się w nowym miejscu, ale czasem (czego echem jest wspomniany przeze mnie utwór) dopadają go wspomnienia z poprzedniego domu, z którego uciekł po śmierci swojego opiekuna, Dziadka (Mam swój dom, bliskich krąg, żyję miło i bez trosk, lecz we śnie, wzywa mnie dziadka głos….). Mikan, jak szybko przyjdzie nam się przekonać, nie tylko potrafi mówić, chodzić i pisać, ale także wykazuje niemały pociąg do… napojów wyskokowych. Sprawia to, że oglądając animację, będziemy świadkami wielu zabawnych sytuacji. W Mikanie podobała mi się również sama animacja właśnie, która, choć od jej stworzenia minęło wiele lat, wciąż potrafi w pewien sposób zauroczyć. Ta bajka ogromnie kojarzy mi się z beztroskim dzieciństwem i z przyjaciółką, z którą wtedy namiętne oglądałyśmy Mikana i – wstyd się przyznać – do tej pory zdarza nam się powspominać tego rudego łobuza i zaśpiewać z rozrzewnieniem tę kończącą każdy odcinek piosenkę. No i do tej pory po cichu uważam, że rude kociaki są najpiękniejsze (choć oczywiście wszystkie są kochane!).

Żeby nie za bardzo odstawać od mojego redakcyjnego kolegi i mojej redakcyjnej koleżanki, wypadałoby wymienić coś z nieśmiertelnych propozycji Cartoon Network. Żarty jednak żartami, ale czymże byłoby wspomnienie kreskówek z dzieciństwa bez tych emitowanych przez dziecięcą stację z czarno-białym logo? Bajki Cartoon Network to dla mnie zawsze sentymentalny powrót do wakacji, które spędzałam u mojej cioci w Nysie (łącznie z czasem powodzi w 1997 roku, kiedy ja chciałam brodzić w wodzie, a niedobra – jak mi się wtedy po dziecinnemu wydawało – ciocia utrzymywała, że to niebezpieczne i w ogóle…). W domu nie miałam wtedy Cartoon Network, dlatego wakacje w Nysie były dla mnie fantastyczne nawet wtedy, kiedy padało albo kiedy znikały wszystkie moje tamtejsze koleżanki z placu zabaw. Uwielbiałam niemal wszystkie bajki – także te wymienione przez moich przedmówców. Tym ciężej było mi się zdecydować na jeden konkretny tytuł! Jak tu wybrać z powodzi kreskówek? Był przecież wspomniany przez Krzyśka Scooby-Doo, z którego piosenkę z zapałem śpiewałam na cały blok; było Laboratorium Dextera wspomniane przez Martę i kultowe: Omlet di fhomaż albo Dexter przeholował!; byli Krowa i Kurczak i ich pokazywani zawsze od pasa w dół rodzice; był Johnny Bravo, którego – mimo jego głupoty dostrzegalnej nawet przez dziesięciolatkę – nie dało się nie lubić (Nie było ciastek, więc kupiłem zaprawę murarską). Był też Chojrak, tchórzliwy pies i to ostatecznie on trafia do tego rankingu. Wychodzi na to, że moje ulubione seriale animowane to te, w których ludzie przygarniają jakąś znajdę. Ciekawe, co powiedziałby na to mój terapeuta, gdyby takowy istniał. Jako słodka, blondwłosa dziewczynka o błękitnych oczach, która wyglądała tak, jakby w dorosłym życiu nigdy miała nie przekląć ani beknąć, uwielbiałam tę psychodeliczną i dziwną bajkę, w której tchórzliwy pies z dziurami w zębach bronił swoich opiekunów – Muriel i Eustachego Motyków – przed inwazjami kosmitów i innymi przerażającymi stworzeniami. Czy jakikolwiek odcinek tej bajki był w pełni normalny? Raczej nie. Ale za to właśnie kochałam tę produkcję. Była inna, dziwna i straszna. Poza tym pokazywała, że odwagą nie jest brak strachu, lecz stawianie mu czoła mimo wszystko. A ta wiedza przydaje mi się do dziś.
Fot.: Hanna-Barbera Productions, DreamWorks Animation, Cartoon Network Studios, Image Entertainment, Nippon Animation, Dinosaur Animation











3 Komentarze
Ulubione bajki z dzieciństwa to temat-rzeka… Ja bym wymienił na pewno kreskówki z Polonii 1: „Generał Daimos” i „Yattaman”. Oglądałem to jak głupi. A z Cartoon Network dobrych bajek było zatrzęsienie, ja dodam do tego zestawu „Ed, Edd i Eddy”. Zjedź na mydle!
1. Tsubasa 2. Gigi la Trottola 3. Gumisie/Brygada RR. Poza konkurencją: Dragon Ball, ale to nie z dzieciństwa.
„Denver morowy dinozaur, żyje sobie pośród nas jak ssak” :D Proste, że pamiętam ;).
I jeszcze uwielbiałem He-Mana i Żółwie Ninja :D