najlepsze książki na jesień

Trzy po trzy #14: Najlepsze książki na jesień

Jesień w pełni. Jest szaro, wietrznie, deszczowo i ogólnie aura nie sprzyja temu, żeby tryskać energią. W dodatku za nami zmiana czasu i ciemno robi się już przed siedemnastą, a to z kolei sprzyja czytaniu książek. Co do tego nie mamy najmniejszych wątpliwości. Może się jednak zdarzyć tak, że będziecie mieć wątpliwości co do tego, co przeczytać w te zimne i skłaniające do siedzenia w domu dni i wieczory. Mamy nadzieję, że z pomocą przyjdzie Wam niniejsze zestawienie, w którym wybraliśmy dziewięć książek wartych przeczytania w te jesienne godziny. Rok temu pisaliśmy o tytułach, które towarzyszą nam jesienią – opisaliśmy tam dzieła popkultury, po które sięgamy chętniej właśnie o tej porze roku, jednak tegoroczne zestawienie skupia się tylko na dziełach literackich. Wśród wymienionych tytułów znajdziecie kilka powieści obyczajowych, zbiór esejów poświęconych pewnemu miastu, biografię sportowca oraz jedną z najlepszych powieści Króla Horroru. Zapraszamy do czternastej odsłony cyklu Trzy po trzy; tym razem swoje typy przybliżają Przemek, Marta i Mateusz. 


[avatar user=”Stebbins” size=”50″ /] Przemek Kowalski

winoSłoneczne wino  Ray Bradbury

No dobra, pora wycisnąć cytrynkę do kubka z herbatą, zarzucić kocyk na nogi i ruszamy z najlepszymi książkami na jesienne wieczory. Kiedy po raz pierwszy próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie literackie dzieło nadawałoby się tutaj najlepiej, nie potrwało nawet pół minuty, a doznałem olśnienia. Jak to jakie? To, które jeszcze raz, na kilka chwil, cofnie czas o te dwa, trzy miesiące i pozwoli nam cieszyć się letnim słońcem. Wspomnień czar, nostalgia i inne bajery. Po doznanym olśnieniu wybór samego tytułu był już oczywisty i niepodlegający dyskusji, padło na Słoneczne wino.

Ray Bradbury, wielki mistrz literatury z gatunku science fiction oraz fantasy (z naciskiem na to pierwsze), wzór dla wielu debiutujących po nim pisarzy (w tym chociażby dla Stephena Kinga), autor m.in. 451º Fahrenheita czy Kronik marsjańskich, który zazwyczaj osadzał akcję swych dzieł w przyszłości, tym razem zaskakuje i … cofa się w czasie. Podczas gdy historia opowiadana w Kronikach… rozpoczyna się w roku 1999 (autor pierwsze powieści wydawał w latach 50. ubiegłego stulecia), a w najpopularniejszym jego obrazie po niebie latają odrzutowce z głowicami atomowymi, tutaj – surprise, surprise! – cofamy się do roku 1928. Słońce poczęło wstawać. Założył ręce i uśmiechnął się uśmiechem czarnoksiężnika. Proszę bardzo – pomyślał – na mój rozkaz każdy skacze, każdy biegnie. To będzie piękne lato. Prawdopodobnie najmniej znana (bo trudno powiedzieć, że niedoceniana, skoro oceny nielicznych czytelników przebijają te z wymienionych już i bardziej poczytnych tytułów autora) powieść Bradbury’ego to tworzący spójną całość zlepek historyjek opisujących lato 1928 roku, widziane oczyma dwunastoletniego Douglasa. Dwa pierwsze słowa, jakie narzucają się, by w skrócie opisać tę książkę, to “piękna” oraz “magiczna”. Piękna chociażby ze względu na sam język, jakiego używa tu autor; magiczna, ponieważ opisuje wszystko to, co symbolizuje lato, a czego jesienią może nam brakować. Pełno w Słonecznym winie emocji, uczuć i tego charakterystycznego dla minionej pory roku beztroskiego chwytania chwili i cieszenia się nią. Same opowiadania, choć spójne, są na szczęście zróżnicowane, znajdziemy tu wszystko – od zbierania malin, przez tajemniczego mordercę kobiet, po gotującą przepyszne obiady dla całej rodziny niewidomą babcię. Lektura hipnotyzuje, przenosząc czytelnika w piękny, słoneczny świat dziecka pełnego wiary i ciekawych spostrzeżeń; dziecka, które widzi to, na co dorośli nie zwracają już uwagi. Na koniec, jako ciekawostkę, dodam jeszcze, że na cześć pisarza jeden z kraterów na Księżycu otrzymał nazwę Krater Dandelion od tytułu polecanej właśnie powieści (tytuł oryginalny to Dandelion Wine).

to-to-toTo  Stephen King

Przy wyborze drugiej polecanej w tym tekście książki nastawiałem się na thriller, najlepiej jakiś skandynawski. Wiadomo – zimno, wietrznie i dwie opcje do wyboru: trzeszczący pod stopami bohaterów śnieg lub fruwające w powietrzu wielobarwne jesienne liście połączone z pluchą. Nie ma to jak Skandynawia i jej urokliwa pogoda w stylu wieczna jesień łamane na  mroźna zima. Naprawdę, aż się prosiło o tego typu lekturę z dreszczykiem. Jednak… chwila, chwila, po co zadowalać się półśrodkami i serwować sobie na chłodny październikowy czy listopadowy wieczór namiastkę grozy w postaci kryminału lub thrillera? Przecież lepiej już chyba iść na całość i przywalić z grubej rury – horrorem. A czyj horror byłby na tę okazję najlepszy? Chyba sami wiecie. Nie dość że najlepszy, to jeszcze taki, którego nie skończycie w dwa dni, pewnie nawet nie w tydzień, ponieważ To, Stephena Kinga, liczy ponad 1000 stron. Przenieśmy się zatem na te kilka pogodowo niezbyt korzystnych wieczorów do małego miasteczka Derry.

Nazywanie Stephena Kinga „Królem horroru” od dawna już wydaje mi się w stosunku do samego pisarza krzywdzące (inna sprawa, że z marketingowego punktu widzenia brzmi to świetnie). Miałem przyjemność zapoznania się ze zdecydowaną większością dzieł Kinga i co jak co, ale rasowe, czystej wody horrory wśród mniej więcej siedemdziesięciu pozycji, które wydał, policzyłbym na palcach jednej ręki. Na szczęście To znalazłoby się w tym wąskim gronie bez dwóch zdań. Autor w swym wydanym po raz pierwszy 30 lat temu dziele serwuje nam wszystko to, dzięki czemu jego obecna pozycja w literackim świecie jest taka, jaka jest, czyli wysoka. Małe miasteczko – jest; duszny, mroczny klimat – jest; bohaterami (w znacznej części książki) są dzieci – jest; stopniowe budowanie napięcia – jest; „lanie wody” – jest; jedna z najbardziej przerażających postaci w historii (obojętnie czy mówimy o literaturze, czy filmie) horroru – jest; no i niestety: zakończenie, które powinno być lepsze – jest. Classic King. Nie ma jednak co płakać nad zakończeniem, fakt, można by je podrasować, ale pal to licho, w końcu dostajemy powieść, która wciąga na maksa, a my przewracamy kartki nawet późną ciemną nocą, nawet wtedy, kiedy zapala się w głowie ostrzegawcza lampa, a nad nią wielki napis ODŁÓŻ TO (;)) BO NIE ZAŚNIESZ. Po przeczytaniu tej powieści jedni boją się klaunów, inni balonów, mnie z kolei jeszcze przez chyba rok od zakończonej lektury żadna siła nie zmusiłaby, żebym sam zszedł po coś do piwnicy. Świetnie napisana, typowo Kingowa historia, obok której nie przechodzi się obojętnie. Jako że, jak wspomniałem, książka debiutowała trzy dekady temu, prawdopodobnie większość z osób czytających ten tekst, ma już jej lekturę za sobą, jednak czy nie byłoby dobrym pomysłem znów popłynąć z Królem? Ci natomiast, którzy nie mieli jeszcze z Tym do czynienia, powinni czym prędzej udać się do najbliższej księgarni lub biblioteki i sprawić sobie trochę mrożącej krew w żyłach frajdy.

 

IversonIverson. Życie to nie gra  Kent Babb

Na sam koniec nowość na naszym rodzimym rynku wydawniczym, Iverson. Życie to nie gra (recenzja TUTAJ), autorstwa dziennikarza „The Washington Post”, Kenta Babba. Ktoś mógłby w tym momencie spytać: No dobra, koleś, spoko, ale z czym ty tutaj wyskakujesz? Co to za koleżka na okładce? Co to ma wspólnego z jesienią? Spieszę więc z odpowiedziami: gość z okładki to jeden z najwybitniejszych indywidualnie koszykarzy ostatnich kilkudziesięciu lat (może nawet w całej historii tej gry), a jesień jest najlepszą porą, by poczytać o jego losach, ponieważ to właśnie na jesieni (w tym roku zaczęły się kilka dni temu, 25 października) stratują rozgrywki najlepszej koszykarskiej ligi na świecie.

Jeśli komuś chciało się kliknąć w link powyżej i przeczytać recenzję polecanej właśnie książki, ten wie już, że uznaję ją za najlepszą biografię, jaką w życiu czytałem; ów ktoś wie także, dlaczego tak właśnie jest. Jednak jeśli nie kliknęliście w link, to jeszcze chwilę Was pomęczę, w skrócie uzasadniając wybór tej konkretnej pozycji. Przede wszystkim Iverson. Życie to nie gra to książka niezwykle szczera i intymna, odsłaniająca „nagą prawdę” na temat życia jednej z najjaśniejszych gwiazd świata sportu przełomu wieków. Allen Iverson był ulubieńcem kibiców NBA na całym świecie. Niski (183 cm), jak na panujące w lidze warunki, walczył z powodzeniem z dużo bardziej rosłymi rywalami, nigdy nie odpuszczał, zawsze chciał być najlepszy. I był. Co prawda nie zdobył nigdy mistrzostwa NBA (wielu, prawdopodobnie słusznie, twierdzi, że jego egoizm i kłótliwy charakter zabijały od środka każdą drużynę, w której grał), jednak indywidualnie zgarnął wszystko, co było do zgarnięcia – Najlepszy Debiutant NBA, MVP (Najbardziej wartościowy zawodnik) sezonu, MVP Meczu Gwiazd NBA, kilkukrotnie najlepszy strzelec całej ligi. Mało tego, właśnie ze względu na wzrost i wrodzony bunt młodzież na całym świecie identyfikowała się z nim, naśladując charakterystyczne dla zawodnika zagrania, styl ubierania się, a nawet fryzurę. Śmiało można powiedzieć, że Allen Iverson był swego czasu ikoną na światową skalę. Wychowany w getcie w zasadzie przez ulicę, bo ani matka alkoholiczka i ćpunka, ani tym bardziej zamknięty w więzieniu ojciec, którego sam Iverson poznał (oczywiście w więzieniu) dopiero jako nastolatek, nie stanowili żadnego wzoru dla młodego chłopaka. Szlajał się więc z podejrzanymi typkami po slumsach Hampton w Wirginii i dla zabicia czasu grał w kosza. Grał tak dobrze, że, jak chyba widać, trafił na sam szczyt. Szczyt, z którego spadł. Wyniósł się z dzielnicy biedy i jako zarabiająca setki milionów dolarów gwiazda opływał w luksusy, tyle tylko, że od zawsze zmagał się z uzależnieniami od alkoholu i hazardu, a gorący temperament narobił mu w środowisku więcej wrogów aniżeli przyjaciół. Wywiady z najbliższym otoczeniem koszykarza, cytaty ze sprawy rozwodowej, zapiski z zakrapianych (delikatnie mówiąc) nocy w barach, które były czymś normalnym (nawet w trakcie rozgrywania najlepszych sezonów w NBA) dla chłopaka, który z piekła trafił do nieba – to tylko część z tego, co otrzymacie w publikacji Kenta Babba. Książka szokuje i wywołuje niedowierzanie w autentyczność opisywanych wydarzeń. Takie jednak właśnie było życie jednego z najlepszych koszykarzy (i sportowców) naszych czasów. Jeśli chcecie poznać więcej szczegółów, zdecydowanie musicie tej jesieni sięgnąć po książkę Iverson. Życie to nie gra.


[avatar user=”Audrey” size=”50″ /] Marta Nowak

Trzy wiedźmy  Terry Pratchett

swiat-dysku-tom-6-trzy-wiedzmy-b-iext43934821

Jesień to dla mnie jedna z bardziej ponurych pór roku, dni stają się coraz krótsze, dostajemy mniej słońca, a do tego szkolne obowiązki dają o sobie znać. Dla większości ludzi kończy się też sezon urlopowy, więc przyda się coś na poprawę nastroju. Terry Pratchett to moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy w ogóle, a na pewno jego poczucie humoru nie ma sobie równych i mogłabym polecić wiele tomów ze Świata Dysku, ale Trzy wiedźmy lubię szczególnie.

Przede wszystkim kojarzą mi się bardzo szekspirowsko, a wizja Makbeta targanego wyrzutami sumienia i rozważającego morderstwo króla idealnie pasuje mi do wizji długiego, jesiennego wieczoru. Trzy wiedźmy to jednak przede wszystkim bardzo dobrze pomyślana i przezabawna opowieść o losach wiedźm, które w pewnym momencie muszą zaopiekować się małym księciem i zadbać o to, aby spisek “tego złego” się nie udał. W tej książce nie ma złych fragmentów, gdyż od samego początku stajemy po stronie zamordowanego króla, który nie do końca potrafi pogodzić się z myślą, że duchy nie jedzą, oraz jego syna. Jak nie kochać błazna, któremu nic nie wychodzi i to NAPRAWDĘ nie wychodzi, a nie dlatego, że ma nie wyjść? No i zostają jeszcze wiedźmy tak bardzo przerysowane i sztuczne, że aż naprawdę kochane i sympatyczne.

Tym razem Babcia Weatherwax i jej mały kłótliwy sabat mają pełne ręce roboty niczym pilni uczniowie na początku roku szkolnego, ale warto pozwolić im działać dla samej przyjemności obserwowania, co tym razem wydarzy się w Lancre. Poza tym kto inny mógłby zorganizować mroczny sabat czarownic z herbatką i ciasteczkami? Właśnie. Jeśli do tego dodamy Babcię Weatherwax, niepoprawnie śmieszną Nianię Ogg (z jeżem) oraz Magrat i problemy z myciem włosów, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko chwycić książkę. Problemem może być jedynie fakt, że Pratchett ma rzadki talent kondensowania treści, więc prawdopodobnie książka wystarczy nam na jeden, maksymalnie dwa wieczory.


bmzBez mojej zgody – Jodi Picoult

Skoro Pratchett zajmie nas na krótko, to pora znaleźć coś na resztę wieczorów i tutaj sprawdzi się opowieść o Annie, której teoretycznie nic nie dolega, ale w praktyce dziewczyna stale przechodzi kolejne operacje i oddaje krew, żeby pomóc swojej starszej siostrze. Kate zapadła na białaczkę już jako mała dziewczynka, a Annie została poczęta w sztuczny sposób tak, aby jej tkanki wskazywały pełną zgodność z tkankami siostry. Annie powoli zaczyna dojrzewać, szuka własnego miejsca w świecie i chce dowiedzieć się, czy jest kimś poza żywym zbiorem idealnie dopasowanych organów.

Powieść ukazuje trudny problem z kilku perspektyw i to jest największa zaleta tej książki. Dzięki temu wiemy, jak sprawę widzą: Kate, Annie, ich starszy brat, rodzice, a nawet kurator i adwokat. Problem na pewno nie jest łatwy, ponieważ tylko pozornie można powiedzieć, że rodzice dziewczynek nie zasłużyli na takie miano, jeśli sprowadzili córkę do roli nośnika organów. Czy ktoś zna jednak rodziców, którzy nie walczyliby za wszelką cenę o życie swojego dziecka, i jak zdesperowani muszą być ludzie, decydujący się na takie działanie? W tle znajdziemy równie ciekawe problemy rodziny, której życie koncentruje się wokół walki z chorobą jednej z córek i nawet ona mówi, że jest jak słoń. Można dookoła wyczyniać różne sztuczki i wyprawiać cuda, ale nikt nie zwróci na ciebie uwagi skoro w pobliżu zawsze będzie ktoś, kto krzyknie: “patrzcie, słoń”. Dramat zdaje się polegać na tym, że w pewnym momencie choroba przytłoczyła wszystkich i sprawiła, że w końcu są rodziną grającą do jednej bramki. Najbardziej wzruszająca jest rola ojca, ponieważ w przeciwieństwie do wybijającej się, wiecznie gotowej do walki matki, on zostaje gdzieś w tle i stara się wszystko jakoś poukładać. W pewnym momencie sam zaczyna wątpić w słuszność podjętych z żoną decyzji, ale jak sam mówi, co innego miał zrobić. Gdyby było jakiekolwiek inne rozwiązanie pozwalające utrzymać jego córkę przy życiu, na pewno by z niego skorzystał.

Powieść Jodi Picoult warto przeczytać dla rozgrywającego się tam dramatu i łączących się z nim dylematów, bo chociaż powieść doczekała się ekranizacji, to film nie oddaje nawet części zawiłego problemu. Poza tym to jedna z tych powieści, które zostają z czytelnikiem jeszcze jakiś czas po odłożeniu tomu na półkę.


27.pieter.27 pięter  Bradley Somer

Na długie jesienne wieczory najlepiej zaopatrzyć się w książki, które poza wciągającą fabułą zapewnią nam dawkę pozytywnej energii. Jedną z takich opowieści jest powieść Bradleya Somera 27 pięter (recenzję znajdziecie TUTAJ) – historia odważnej złotej rybki, która pewnego dnia postanawia wyskoczyć z akwarium, by przeżyć prawdziwą przygodę. Brzmi nieprawdopodobnie, a jednak Ian naprawdę opuszcza szklaną kulę i leci przez 27 pięter bloku Sewilla na Roxy.

Wbrew pozorom najważniejszej roli nie odgrywa tutaj jednak ani rybka, ani wysoki blok, lecz ludzie zamieszkujący kolejne mieszkania. Pozornie łączy ich jedynie czas i przestrzeń, ale pewnego popołudnia losy każdego zwiną się w swego rodzaju wyjątkowy węzeł, a oni będą musieli podjąć ważne decyzje. Podobno człowiek zawsze decyduje, tylko często sobie tego nie uświadamia, bo w końcu nawet to, że wstajemy rano z łóżka, jest jakimś wyborem. Tym razem będzie chodziło o dużo istotniejsze kwestie niż opuszczenie ciepłej pościeli (chociaż jesienią już nie jest to łatwe), a kolejne kroki doprowadzą bohaterów do bardzo istotnych zmian w życiu. Trudno wyobrazić sobie w jednym utworze erotomana, wrażliwą, zakochaną dziewczynę, femme fatale, robotnika budowlanego z tajemniczą paczką, kobietę cierpiącą na agorafobię (a przy okazji owładniętą manią sprzątania) i jedenastoletniego podróżnika w czasie. Jednak w myśl zasady, że literatura musi być prawdopodobna, a życie niekoniecznie, powieść jest jedną z najbardziej prawdziwych, jakie można sobie wyobrazić. Pisarz wybrał ciekawy sposób narracji, w którym prowadzi czytelnika od bohatera do bohatera i stopniowo prezentuje kolejne wydarzenia z życia każdej postaci. Dzięki temu odnosimy wrażenie, że czas się zapętla, a my znaleźliśmy się w centrum pędzących wydarzeń. Jednocześnie nie ma tutaj gonitwy na łeb na szyję, jakbyśmy jednocześnie mieli odnieść wrażenie, że wszystko zmierza we właściwym kierunku, a porządek został z góry ustalony. W końcu niezależnie od tego, że kobieta właśnie rodzi, a nie ma jak wezwać pomocy, nie oznacza, że coś jest nie w porządku. Musimy przecież wrócić jeszcze do Iana, który na koniec wyskoczy z okna, bo chociaż wiemy o tym od początku, a narrator dodatkowo przypomina nam ten fakt, to sam skok jest ostatnią rzeczą, o jakiej przeczytamy. Warto sięgnąć po tę książkę chociażby ze względu na nietypowe ludzkie życiorysy i postaci, których nie da się nie lubić, nawet jeśli zachowują się czasami głupio i niezrozumiale. Poza tym niewielu pisarzy potrafi pisać tak lekko i ironicznie o ludzkich dylematach i największych rozterkach.


[avatar user=”Mandriell” size=”50″ /] Mateusz Cyra

Rzymianami bendącRzymianami bendąc  Matthew Kneale

Nie lubię jesieni i będzie to z mojej strony naprawdę łagodne określenie na to, jaki mam stosunek do tej pory roku. Praktycznie non stop wieje, temperatura w najpiękniejsze dni osiąga zawrotne kilkanaście stopni, by później zatrzymać się w okolicy 5℃ i męczyć człowieka nieprzyjazną aurą. Na pogodowe występki dobrym rozwiązaniem będzie podróż, a jak podróż, to Matthew Kneale, który zabierze nas wprost do gorącego Rzymu za sprawą powieści Rzymianami bendąc, którą to objęliśmy patronatem medialnym i o której szerzej możecie poczytać TUTAJ.

Od razu zaznaczam: nie jest to długa powieść, którą spokojnie połkniecie w jeden wieczór, ale w sumie o to mi też chodziło – o coś, co będzie na tyle świetne, że nie będziecie w stanie się od tego oderwać, oraz co będzie na tyle krótkie, by poświęcić temu kilka godzin. W powieści Rzymianami bendąc narratorem oraz głównym bohaterem jest dziewięcioletni Lawrence, który wraz z młodszą siostrą, mamą i ukochanym chomikiem Hermannem wyjeżdżają do Rzymu, gdzie kilka lat temu jego mama przeżywała najpiękniejszy czas w swoim życiu. I z pozoru może się wydawać, że jest to dzieło dość proste i niewyszukane – jednak nic bardziej mylnego. Okazuje się, że nic nie jest tak proste, jak mogłoby się początkowo wydawać, a pewnym novum jest chociażby sposób narracji – Matthew Kneale oddał “stery” dziewięcioletniemu chłopcu, który jest niezwykle bystry i mądry (jak na swój wiek) i który widzi znacznie więcej, niż mogą myśleć dorośli. Jego relacja jest może i naszpikowana błędami ortograficznymi i neologizmami, do tego jest prosta, ale co za tym idzie – jest wolna od fałszu i manipulacji. Lawrence opisuje wszystko tak, jak widzi oraz czuje i jeśli coś mu nie odpowiada – najzupełniej szczerze to podkreśla. A czas i pewne wydarzenia udowodnią, że podróż do Włoch to coś znacznie głębszego niż wizyta w pięknej stolicy tego państwa i zwiedzanie rzymskich zabytków. Urzekła mnie ta historia z wielu względów, choćby przez to, że autorowi udało się oddać dramat rodziny widziany oczami dziecka. Nie wdając się w głębsze spoilery – to zdecydowanie powieść, która zalicza się w poczet tych, które określamy “ucztą dla czytelnika”. Rzymianami bendąc udowadnia, że świat dziecka jest równie skomplikowany, co świat dorosłego, jeśli nie bardziej, ponieważ co w momencie, gdy dorosły, który jest dla dziecka całym światem, opoką i jedną z niewielu “niezmiennych” w życiu, okazuje się wcale taki nie być? Gwarantuję, ze dzieło Kneale’a długo nie wyparuje z Waszych głów. Kto wie, może nawet pokusicie się, by przeczytać książkę dwa razy?

[Przez najbliższe kilkanaście dni macie szansę, aby zgarnąć tę ksiażkę w naszym konkursie, który znajdziecie TUTAJ – przyp.red.]


13-powodowTrzynaście powodów – Jay Asher

Powieść Jaya Ashera nie jest może zbyt oczywistym wyborem, ale postanowiłem ją umieścić w niniejszym zestawieniu z prostej przyczyny – jest to jedna z moich absolutnie ukochanych książek, którą darzę niezwykłym sentymentem i jest z nią związanych wiele ciepłych uczuć. Zresztą – powieść Ashera opowiada o nastolatkach, a te jak wiadomo chodzą do szkoły, a początek szkoły kojarzy się nieuchronnie z jesienią. Do dziś nie pamiętam, żeby przytrafiło się dzieło literackie, które byłoby w stanie w większym stopniu wywołać we mnie szok, niedowierzanie i pogłębiający się smutek, spowodowany bezmiarem ludzkiego zła i podłości. Od dłuższego czasu planowana jest ekranizacja Trzynastu powodów, ale w moim mniemaniu nie jest to zbyt dobry pomysł – jasne, jest to jak najbardziej nośny temat na film, ale obawiam się, że twórcy coś sknocą i spłycą istotne wątki. 

Przejdźmy jednak do sedna. W moim mniemaniu Trzynaście powodów to idealna książka właśnie na jesienne dni i wieczory – klimatem idealnie wpasowuje się w krajobraz za oknem oraz w to, co może siedzieć w niektórych z nas w te ponure dni. Powieść Ashera opowiada o młodym chłopaku, Clayu Jensenie, który wraca pewnego dnia ze szkoły do domu i odkrywa tajemniczy pakunek, w którym zajduje się kilka taśm magnetofonowych nagranych przez jego koleżankę ze szkoły –  Hannah. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Hannah… popełniła samobójstwo kilka tygodni temu. Na wspomnianych taśmach dziewczyna wyjaśnia trzynaście powodów, które sprawiły, żę targnęła się na swoje życie. Okazuje się, że Clay jest jednym z nich. Żeby dowiedzieć się, co takiego zrobił, że dziewczyna uznała go za współwinnego jej śmierci, musi przesłuchać wszystkie taśmy… To, czego się z nich dowie, wywróci jego światopogląd do góry nogami. Relacja Hanhah wywróciła także mój światopogląd. Autentycznie mną pozamiatało i przez długi czas nie mogłem pozbierać się z mentalnej podłogi. Jak już zresztą wspomniałem – debiut Jaya Ashera nie znalazł godnego następcy czy też przeciwnika na liście moich lektur. To wciąż najbardziej poruszająca powieść, jaką czytałem, i na jesień będzie pasować, jak znalazł.


Barcelona stolica PolskiBarcelona. Stolica Polski  – Ewa Wysocka

Podobnie jak Przemek – uważam, że nic tak dobrze nie wpływa na jesienną chandrę, jak możliwość podróży (choćby tylko tej na kartach powieści i we własnej głowie) w miejsce ciepłe, nasłonecznione i w jakiś sposób nam bliskie. A tak się składa, że Katalonia może być bliska dla naprawdę wielu Polaków. Dlaczego? To już w swoim zbiorze esejów na temat Barceony wyjaśnia autorka, Ewa Wysocka (TUTAJ nasza recenzja).

Barcelona. Stolica Polski to książka, w której autorka – wieloletnia korespondentka Radiowej Jedynki z Barcelony – stawia tezę, że to właśnie Barcelona, miasto położone ponad dwa tysiące kilometrów od Polski, jest miejscem Polakom bliskim na tyle, że spokojnie może pretendować do miana stolicy naszego pięknego (zwłaszcza jesienią) kraju. Ta niezbyt obszerna książka ma w sobie tyle różnorakich historii, że jestem absolutnie pewien, iż każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Nie trzeba być ani sportowym zapaleńcem (jak ja), ani szczególnie interesować się historią lub tym konkretnym rejonem geograficznym, żeby czerpać przyjemność z lektury książki pani Ewy Wysockiej. Autorka zebrała w jednym dziele prawdopodobnie wszystkie historie, w których Polska, polskość oraz mniej lub bardziej znani Polacy odcisnęli swój ślad na Barcelonie, Katalonii oraz na Katalończykach w ogóle. Każdym kolejnym reportażem udowadniała tezę zawartą w tytule swojej książki. I faktycznie – po lekturze można uwierzyć w to, że Barcelona to stolica Polski. To zdecydowanie pozycja dla osób głodnych wiedzy i ciekawych ludzkich historii, których przecież w jednym mieście jest multum.

Fot.: Prószyńsk i S-ka, Czytelnik, Marginesy, Rebis, Wiatr od Morza, SQN, Albatros

najlepsze książki na jesień

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Marta Nowak

Doktorantka na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Pilnie śledzi wszystkie zmiany zachodzące w sferze literatury i kultury. Książkoholiczka, która ma słabość do dobrej literatury dla dzieci, a od czasu do czasu zajmuje się analizowaniem przekładu literackiego. Uważnie śledzi rozwój polskiej kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

1 Komentarz

  • Ja pozwolę sobie dodać cykl pod tytułem ,,Dziennik o-błędnik” Anity Sumi. Znakomity antydepresant na długie jesienne wieczory.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.