Muzyka,Publicystyka,Trzy po trzy

Trzy po trzy #19: Albumy, które towarzyszą nam wiele lat… przez przypadek!

Albumy
Albumy

Muzyka towarzyszy nam przez całe życie. Większość zespołów, wokalistów czy nawet gatunków muzycznych wybieramy sami – czyjeś dzieło trafia w nasz gust, zaczynamy interesować się pozostałymi dokonaniami danego muzyka, bądź nawet szukamy wykonawców, którzy w jakiś sposób są podobni do naszych ulubionych. Tym sposobem stale powiększamy naszą personalną bibliotekę muzyczną i jest to proces w pełni świadomy i kontrolowany. Oczywiście w trakcie tego wieloletniego procesu część płyt słuchamy kilka razy i zapominamy o nich na długie lata bądź nawet na zawsze. A co z sytuacją, gdy przez kompletny przypadek jakaś piosenka znalazła się w Waszym życiu? Usłyszeliście ją w radiu, którego przecież z reguły nie słuchacie albo puścił ją Wam kolega? Pomyśleliśmy o sytuacjach, w których to czyste zrządzenie losu sprawiło, że wśród naszych muzycznych ulubieńców jest akurat ten wykonawca, ta płyta, ta piosenka… i dzięki temu zrodził się temat, który prezentujemy Waszej uwadze.

Czy na Waszej muzycznej drodze zdarzyły się płyty, które przez zupełny przypadek wpadły Wam w uszy, wywarły na Was tak duże wrażenie, że zostały z Wami na długie lata? Trójka naszych redaktorów postanawia podzielić się płytami, które pasują do powyższego zdania, przytaczając przy okazji sytuacje, w których usłyszeli je po raz pierwszy. Czy Wy także macie takie płyty? Jeśli tak, podzielcie się z nami swoimi historiami!  


Mateusz Cyra

The Runaway Found The Veils (2004)

Grupa The Veils to chyba moje największe odkrycie muzyczne w życiu. Jeszcze nie zdarzyło się, bym jakąkolwiek ich płytę ocenił niżej niż “dobra”, od momentu, w którym ich odkryłem, przewijają się na moich odbiornikach regularnie, a liczba przesłuchanych utworów liczona jest już w tysiącach. Jedna z piosenek jest moim dzwonkiem w telefonie (Calliope!), natomiast Vicious Traditions z pewnością znalazłby się w top 10 najważniejszych utworów mojego życia, gdybym kiedykolwiek takie zestawienie stworzył.

The Veils to zespół grający alternatywnego/indie rocka. Lider grupy, Finn Andrews, ma ogromną charyzmę, bardzo dobre, trafiające w sedno teksty i niebanalny głos potrafiący roznieść scenę, ale także wpędzić w meandry melancholii. Londyński artysta to syn Barry’ego Andrewsa, który grał z Iggym Popem i Davidem Bowiem. Chociaż Finna Andrews urodził się w Anglii – swoją młodość i większość życia spędził w Nowej Zelandii, dlatego grupa The Veils częściej określana jest mianem nowozelandzkiej kapeli.

Od czego się to wszystko zaczęło? Oczywiście od splotu różnych zdarzeń oraz właśnie od przypadku. W połowie 2007 roku przeżywałem przerwę w karierze mojego muzycznego idola Eminema dość mocno. Od miesięcy towarzyszył mi stan muzycznego odrętwienia, spowodowany znużeniem materiałem, którego dotąd słuchałem. Usilnie potrzebowałem nowych bodźców muzycznych, ale ilekroć próbowałem słuchać polecanych przez znajomych płyt – każdorazowo odbijałem się z łoskotem, wiedząc, że to nie to. Objawienie przyszło wraz z filmem Mr. Brooks. W ostatniej scenie filmu pojawia się piosenka Vicious Traditions, której brzmienie na sali kinowej zelektryzowało mnie tak, że miałem na całym ciele ciarki. To było to! Oczywiście wtedy nie miałem pojęcia, jaki zespół odpowiada za powstanie tej piosenki i ileż gimnastyki wymagało ode mnie odkrycie, że to właśnie The Veils. Dopiero na zagranicznym forum ktoś podał mi tę nazwę i, bogatszy w niezbędną wiedzę, po prostu popłynąłem. Najpierw niemiłosiernie długo katowalem sam utwór Vicious Traditions, rozkładając go na czynniki pierwsze, by następnie zakochać się w  płycie The Runaway Found. I chociaż dziś uważam, że Veilsi mają w swoim dorobku lepsze krążki, tak właśnie ich debiutancki album jest dla mnie swoistą perełką, wehikułem czasu i taką muzyczną pamiątką.

The Veils – Vicious Traditions


Let Love In Goo Goo Dolls (2006)

Ponownie na liście przypadkowo przesłuchanych albumów znalazło się miejsce dla grupy wykonującej rock alternatywny. Przypadek? Ja chyba po prostu bardzo lubię takie mniej lub bardziej znane (w przypadku tego zespołu raczej te bardziej znane, choć też nie te mainstreamowe) kapele, które z reguły mają prosty przekaz, miłą melodię i sprawdzają się zaskakująco dobrze jako muzyka w tle oraz coś do uważnego słuchania na słuchawkach. Oczywiście nie jest tak, że łykam jak pelikan każdy napotkany na swojej muzycznej drodze zespół tego typu – żebym się przywiązał na lata, musi temu towarzyszyć jakieś ważne wydarzenie lub niezapomniane wspomnienie.

Oczywiście tak jest też z ósmym studyjnym albumem Goo Goo Dolls. Amerykańska kapela z Buffallo swój początek datuje na 1986 rok, dała się poznać całemu światu w 1998 roku za sprawą nieśmiertelnej piosenki Angel z filmu Miasto Aniołów z Meg Ryan i Nicolasem Cagem w rolach głównych, jednak ja poznałem ich za sprawą piosenki Better Days właśnie z płyty Let Love In. Był rok 2006, na fali był serial LOST (o którym pisałem zresztą słów kilka, gdy omawialiśmy fikcyjne miejsca, które chcielibyśmy odwiedzić), a w Internecie królowały serialowe montaże, tworzone przez zapalonych fanów.

Jednym z takich filmików dotyczących Zagubionych był kompilacją scen z pilotażowego odcinka serialu, a jako tło i jednocześnie wypełniacz posłużyła piosenka Better Days. I chociaż ten montaż wcale do wybitnych nie należy –  tak mi się szalenie podobało dopasowanie niektórych scen z tekstem piosenki, że postanowiłem po jakimś czasie sięgnąć po cały album grupy Goo Goo Dolls, już bez skojarzenia z serialem. I ponownie jak w przypadku płyty The Veils – poszczególne utwory są przyjemne, a wspólnie składają się w sensowną całość poświęconą w mniejszym lub większym stopniu miłości i bardzo dobrze mi się tego słucha, i wcale nie przeszkadza mi fakt, że niektóre piosenki to tak naprawdę pop-rock. Niestety Goo Goo Dolls nie podzieliło losów The Veils i poza płytą Let Love In, kapela nie znalazła miejsca w moim sercu.

LOST – Better Days


Armageddon Gigolo Spiritual Front (2006)

Ostatnia płyta z tego zestawienia to prawdopodobnie pierwsza i jedyna zakończona pełnym sukcesem przygoda z neofolkiem w moim wykonaniu. Próbowalem eksperymentować z Ulverem oraz Sol Invictus, jednak każda z tych prób zakończyła się fiaskiem. Prawdopodobnie wynika to z tego, że Spiritual Front byli pierwsi i to na fali ich Armageddon Gigolo postanowiłem rozeznać się głębiej: o co w tym całym neofolku chodzi, a spotkanie z włoską grupą Spiritual Front było naturalne, przypadkowe i odświeżające.

W 2010 roku spędzałem samodzielnie nadany sobie czas wolny od studiów w małej miejscowości pod Poznaniem u zaprzyjaźnionej pary. Któryś z kolei wieczór umilała nam fajka wodna, przyjemnie tańczący ogień z kominka, merdające psie ogony, rozmowy do godzin porannych, gry planszowe i… muzyka. Czas spędzony u późniejszego autora książki Szepty Kamieni. Historie z opuszczonej Islandii był dla mnie niezapomnianą kopalnią odkryć muzycznych, filmowych, literackich i popkulturowych w ogóle i był to taki moment mojego życia, który, mimo tego iż był szalenie burzliwy, to ukształtował obecnego mnie.

I właśnie któregoś wieczora Piter włączył płytę Armageddon Gigolo, a ja odpłynąłem właściwie jeszcze przed tym, gdy wokalista zaczął intonować

I’m a slave to who gave a name to my body and form to my filth soul…

Uwielbiam ten krążek po dziś dzień. Nawet nie wiem, czy dziś nie lubię go bardziej niż w momencie jego odkrycia. Z prostej przyczyny – dziś znam go na wylot, łapię w lot wszystkie niuanse (te muzyczne oraz tekstowe), zaśpiewuję razem z Simonem Salvatorim konkretne frazy, użalając się nad sobą i kondycją świata.

Armageddon Gigolo aż ocieka dekadentyzmem. Mroczne, nihilistyczne momentami wersy przeplatają się z bogatą warstwą muzyczną, wypełnioną instrumentami smyczkowymi, gitarowymi i perkusyjnymi. Niektóre piosenki świetnie budują napięcie, by rozładować je naprawdę w genialny sposób. Jednak to, co rozbraja mnie najbardziej, to ciężkie i wymagające teksty, ukryte pod płaszczem muzycznych ballad. Świetny zabieg. Każde przesłuchanie tej płyty to czysta przyjemność już od wielu lat.

Spiritual Front – Slave


Jakub Pożarowszczyk

Touch By The Crimson King Demons & Wizards  (2005)

Album ten poznałem w czasach nastoletnich, gdzie płyty zdobywało się pokątnie, nie zawsze w legalny sposób. Oczywiście obrońcy moralności mogą się oburzyć, sugerując mi, że jawnie przyznaje się do piractwa. No cóż, dla nastolatka ze wschodniej Polski, gdzie sensowny sklep płytowy był oddalony o 60 km, a ceny były zaporowe, nie bardzo były jakieś alternatywy, a głód poznawania muzyki był wielki. No dobra, kończę ten antysentymentalny wstęp i mówię krótko, skąd tutaj przypadek? Ano, to miał być jakiś album King Crimson, ale mój serdeczny, bardzo dobry kolega się nieco pomylił i “załatwił” mi ten właśnie album. Znałem już wówczas nieco Crimsonów i byłem srogo zaskoczony, gdy zaatakował mnie ostry, kąśliwy heavy metalowy riff z operowo-orkiestrowymi wstawkami. Nie powiem, lekkie “zdziwko” mnie ogarnęło. Posłuchałem jednak do końca i album kupił mnie do końca z miejsca i rzecz jasna zrozumiałem, że nie mam do czynienia z ekipą Roberta Frippa, tylko całkowicie innym tworem. Z czasem, dzięki “Teraz Rockowi” odkryłem z czym mam do czynienia. Tak, wtedy “Teraz Rock” dało się jeszcze czytać i nie nazywało się “Teraz Wąs”.

Po dziś dzień sięgam regularnie po ten krążek, bo dla mnie wspólne dzieło Hansi Kürscha (wokalista Blind Guardian) i Jona Shaffera (gitarzysta i założyciel Iced Earth) to album wizytówka, jeśli chodzi o gatunek heavy/power metal. Pomimo że okładka zestarzała się fatalnie i trąci myszką, to muzyka stworzona przez duet Kursch/Shaffer dalej ma w sobie niezmierzone pokłady mocy i twórczej inwencji. Zasadniczo śmiem stwierdzić, że gatunek, który panowie przez lata uprawiali na swoich płytach w macierzystych zespołach, został na Touch By The Crimson King doprowadzony do ściany. Szkoda, że projekt ten nie doczekał się kontynuacji, chociaż muzycy nieśmiało go zapowiadali w swoich wywiadach, to jednak po dziś dzień jest głucha cisza (chociaż nadzieję wlały we mnie zapowiedziane koncerty festiwalowe na 2019 rok). Nie dziwię się temu trochę, bo dwójka Demons & Wizards w moim przekonaniu przebija cały dorobek Blind Guardian i Iced Earth. A te dwa zespoły istnieją, grają koncerty i mają się nieźle, więc trochę głupio podkopywać swoje główne źródło dochodu, co nie?

Demons & Wizards – Touched By The Crimson King [Full Album]


Neptune With Fire Ancestors  (2008)

Kolejny album, który pokochałem w życiu, nie do końca poznałem przez przypadek. A może i przez przypadek? To zależy, jak definiujemy przypadek. Pierwszy raz o tym zespole usłyszałem w 2008 roku, gdy przypadkowo (aby na pewno?) wcześniej wróciłem z wieczornych wędrówek po moim miasteczku z powodu przypadkowego (aby na pewno?) deszczu. Pamiętam, że był to niedzielny wieczór, a wtedy jazdą obowiązkową dla mnie była audycja Minimax nadawana przez radiową Trójkę i prowadzona przez legendę mikrofonu Piotra Kaczkowskiego, który sam często twierdził, że nie ma przypadków.

Nie jest to zbyt skomplikowana historia – odpaliłem radio i zostałem ogłuszony ciężkimi, zwalistymi, doom/stoner metalowymi riffami, które napędzane były przez powolną, ale i potężną sekcję rytmiczną. Uwielbiałem wówczas to w audycji Piotra Kaczkowskiego, że potrafił on wyłuskać skądś taką perełkę, której raczej w Polsce nikt inny by nie zauważył. 2008 rok był czasem, gdy YouTube raczej raczkował, a różne bandcampy, spotifaje i inne tym podobne były melodią najbliższej, ale jednak przyszłości. Więc nasze poznawanie muzyki, a na pewno moje, było uzależnione od autorytetów, często tych dziennikarskich.

Kaczkowski odtworzył kawałek z debiutanckiej płyty Ancestorsów – Neptune With Fire. Trwał on… 17 minut. Drugi z utworów na płycie trwa jeszcze dłużej. Zasadniczo zespół wówczas nie miał wiele do zaoferowania. To był typowy doom/stoner metal z domieszką psychodeli, który jednak hipnotyzował i hipnotyzuje po dziś dzień jak cholera. I chyba mnie to kupiło. Wtedy uwielbiałem klasycznego prog rocka i takie długaśne kompozycje mnie nie odrzucały, wręcz przeciwnie. Żeby było jasne, to nie jest tak, że zespół przez 17 minut grał wariację na temat tego samego riffu, powodując głuchotę u słuchacza. Środek kompozycji Orcus’ Avarice to już klimaty space rockowe. Panowie z Ancestors wiedzieli już na początku drogi scenicznej, jak pisać dobre kawałki.

Zespół na kolejnych płytach został wierny swoim korzeniom, ale z każdą płytą w muzyce Ancerstors pojawiło się więcej elementów klasycznego prog rocka i post rocka. Do dziś zespół nie wyszedł jednak ze swojej niszy pod względem popularności. A szkoda.

Ancestors – Neptune with Fire (2008) [FULL ALBUM]


Never Turn Your Back on a Friend Budgie (1973)

Kolejny album i kolejna historia z dzieciństwa. I to z czasów przedinternertowych (dla mnie przynajmniej). Był to maj roku 2004, a dokładniej początek maja. Jak wszyscy dobrze wiemy, Polska świętowała wówczas wstąpienie do Unii Europejskiej. Dla mnie, dla trzynastolatka, był to jednak dzień jak co dzień, natomiast pamiętam, że w tym dniu usilnie próbowałem naprawić skutecznie popularne wówczas stare radyjko z budzikiem. Brzmienie tego radia było fatalne, ale było. Niemniej udało mi się jakoś uruchomić to radyjko i szukając stacji, jakiejkolwiek stacji radiowej, natrafiłem na audycję Jerzego Janiszewskiego w Radiu Lublin, który z miejsca stał się moim ulubionym prezenterem i regularnie zasłuchiwałem się w jego w piątkowej Liście Utworów Ponadczasowych, w której raczej odtwarzał mniej oczywiste rzeczy, jak Queen, Dire Straits czy Led Zeppelin. To tam po raz pierwszy poznałem kompozycje Alana Parsonsa, Manfred Mann czy Barclay James Harvest. Pan Jerzy miał też audycję w niedzielę po 15.00 i właśnie na tę audycję trafiłem tego dnia i wtedy poznałem po raz pierwszy Budgie z pierdzącego, kulawego radyjka, ale i to wystarczyło, abym pokochał ten zespół.

Nieprzypadkowo Janiszewski odtworzył Budgie, bo dzień wcześniej zespół ten zagrał koncert właśnie w Lublinie, na lotnisku w Radawcu z okazji wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Prezenter Radia Lublin odtworzył utwór-wizytówkę Budgie, czyli Parents. Pamiętam, że nie zapamiętałem wówczas angielskiej nazwy, a zapamiętałem jedynie jej tłumaczenie, czyli “papużka”. Niestety, mój ówczesny słownik angielskiego podpowiadał, że papużka, to jednak “parrot” a wiedziałem, że ten band jednak inaczej się nazywa… Pewnego dnia mój brat przyniósł od przyjaciela płytę Budgie – Squawk. Wtedy mnie olśniło . Wiedziałem już na czym stoję i czym prędzej skombinowałem sobie płytę Never Turn Your Back on a Friend, która w całości jest sztosem. Zawsze mnie dziwiło, że Budgie było drugą ligą hard rocka. Żaden zespół nie ma takiego riffu, jaki serwuje nam Tony Bourge w kawałku Breadfan. Nikt inny nie przerabiał tak standardów bluesowych, jak właśnie Budgie w Baby Please Don’t Go. Żodyn, powtarzam żodyn band nie tworzył takich cudownych, akustycznych minaturek, jak You Know I’ll Always Love You. No i rzecz jasna, nikt nie miał tak odjechanych nazw piosenek, jak właśnie Budgie (In the Grip of a Tyrefitter’s Hand, You’re the Biggest Thing Since Powdered Milk).

Dlaczego Budgie pozostałą przez całą karierę w drugiej lidze? No cóż, pochodzili z walijskiego Cardiff i zapewne zabrakło dobrego managmentu. Niemniej jednak pierwsze cztery płyty to dzisiaj klasyka rocka. O zespole pamięta się na świecie dzięki bandom takim jak Iron Maiden czy Metallica, które publikowały covery walijczyków, wskazując ich jako główną inspirację. W Polsce swego czasu zespół był megagwiazdą. W 1982 zagrali nawet trasę koncertową składającą się z… 17 występów. Wracali jeszcze później do nas, po reaktywacji. W 2010 roku mieli zaplanowaną kolejną trasę, lecz Burke Shelley, lider i wokalista, zaraz po przyjeździe do Polski ciężko zachorował. Uratowali go polscy lekarze, jednak trasę przerwano, a o Budgie słuch zaginął.

Budgie…Breadfan


Przemek Kowalski

Bad Michael Jackson  (1987)

Zakrawałoby na zbrodnię, gdyby choć jeden z jego albumów nie znalazł się w dzisiejszym zestawieniu, bo chociaż postać to kontrowersyjna zarówno pod względem samej twórczości, jak i – przede wszystkim – życia prywatnego, nie da się nie zauważyć, jak wielki miał wpływ na rozwój światowej muzyki oraz rozrywki, czy jak ważną postacią popkultury jest w ogóle. O kim mowa? Rzecz jasna o Michaelu Jacksonie. Tyle że spośród wszystkich wydanych przez Amerykanina krążków nie wybieram do dzisiejszego Trzy po trzy, tego o statusie najlepiej sprzedającego się albumu w historii, czyli Thrillera, a wydanego pięć lat później (i zajmującego 11. pozycję zestawienia najlepiej sprzedających się) Bad.

Zacznę może od tego, że Michael Jackson był moją pierwszą muzyczną fascynacją. I nie chcę zabrzmieć tu niczym przedwieczna skamielina, jednak jeśli urodziliście się w latach 80., dostęp do światowych trendów był – najdelikatniej mówiąc – ograniczony. Dopiero w następnej dekadzie rodzimy rynek zaczął poznawać hity chociażby zza Oceanu, w tej też dekadzie mając już lat ponad 10, sam zacząłem się nią interesować w nieco większym i bardziej rozumnym stopniu. Jak nietrudno się domyślić, jednym z pierwszych artystów, którego podchwyciły moje uszy, był Król Popu właśnie. I trafiło. Trafiło za pierwszym razem, trafiało 15 lat później, trafia i dziś.

Jeśli chodzi o sam album, to trudno jest tu cokolwiek napisać, no bo cóż można napisać o kultowej płycie sprzed ponad trzydziestu lat, czego już nie napisano? Albo się to czuje, albo nie. Wystarczy jednak spojrzeć na tracklistę i chyba wszystko staje się jasne: Bad, The Way You Make Me Feel, Liberian Girl, Smooth Criminal, Man In The Mirror, Dirty Diana… wymieniać dalej? Przebój pogania przebój, a sam krążek to dosłownie 100% Michaela Jacksona w Michaelu Jacksonie. Nie ma absolutnie żadnej możliwości, aby Bad kiedykolwiek mi się znudziło! I tylko jedno pytanie wciąż kłębi się gdzieś z tyłu głowy: Aniu, czy wszystko ok?

Michael Jackson – Smooth Criminal (Single Version) HD


Illmatic Nas  (1994)

O ile Michael Jackson stanowił pierwszą muzyczną fascynację, o tyle z biegiem lat uświadomiłem sobie, iż najbardziej trafia do mnie „czarna muzyka”, czyli słodkie kojące głosy pokroju Jill Scott, Lauryn Hill, Erykah Badu czy Alicii Keys oraz klasyczny rap. Tak się szczęśliwie złożyło, że mniej więcej w połowie lat 90. w moje ręce trafiła kaseta (tak, kaseta!) będąca zarazem jednym z najlepszych (najlepszym?) debiutów na amerykańskiej scenie rapowej w historii! Nasty Nas, Escobar lub po prostu Nas, czyli Nasir Jones – nowojorczyk, którego wydane w 1994 roku Illmatic po dziś dzień uważane jest za klasykę gatunku i jeden z kamieni milowych pod względem popularyzacji tego nurtu muzycznego.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy polskie radia podbijali „raperzy” w stylu Vanilla Ice czy MC Hammera, zaledwie 21-letni chłopak z Queens wydał zawierający dziesięć kawałków krążek, który wstrząsnął całym hip-hopowym środowiskiem; krążek przemyślany, refleksyjny, nad wyraz szczery oraz – co zadziwiające, zwłaszcza zważywszy na wiek autora – niezwykle dojrzały. I choć w trakcie trwającej już przeszło 20 lat karierze scenicznej Nas znacząco rozwinął swoje umiejętności, już to pierwsze Illmatic pokazało, co od zawsze wyróżniało go spośród większości raperów. Przez wielu nazywany jest „ulicznym poetą” i choć brzmi to jak banał, nie ma tu krzty przesady. Generalnie niełatwo wytłumaczyć to komuś, kto nie interesuje się rymami. To trochę tak, jak pojawienie się wśród bokserów Muhammada Ali. Wszyscy wielcy mistrzowie wagi ciężkiej przed nim to rośli faceci liczący na wyprowadzenie jednego porządnego ciosu nokautującego, tymczasem pojawia się nagle taki Ali i „tańczy” na ringu, jest poza zasięgiem pozostałych. Tak samo właśnie w roku 1994 „tańczył” Nasir Jones, obecnie jedna z największych legend rapu. Co ciekawe, album, który do dzisiaj wymieniany jest przez wszystkich związanych ze środowiskiem „czarnej” muzyki (tak producentów, fanów jak i „przeciwników” Nasa) jako klasyk wśród klasyków, w chwili wydania nie osiągnął spektakularnego sukcesu komercyjnego, ba, prędzej można by to nazwać klapą. Cóż jednak z tego, skoro dwadzieścia lat później Illmatic wciąż skrywa tajemnice i posiada duszę, jak mało który muzyczny twór. I choć nie jest to najlepszy numer tego wydawnictwa to…

Nasty Nas in your area, about to cause mass hysteria…

Nas – Halftime Uncensored HQ


Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water Limp Bizkit (2000)

Ostatni z wybranych przeze mnie do dzisiejszego zestawienia album jest zarazem najmłodszym, a także najdłuższym z „mojej trójki”. Nie towarzyszył mi przez całe życie, a dopiero (patrząc obecnie) od jego połowy. Kojarzycie przełom wieków? Obawy związane z „pluskwą milenijną”? Wszystkie komputery miały oszaleć, zegarki stanąć w miejscu, a świat miał wywrócić się do góry nogami. Właśnie w tych latach uczęszczałem do liceum, wpadając w ten cudowny wiek, kiedy wydaje ci się, że jesteś już dorosły (choć tak naprawdę wciąż jesteś gówniarzem) i pozjadałeś wszelkie rozumy. Próbujesz nowych rzeczy i szukasz gdzieś ujścia tego wewnętrznego buntu, niekiedy w domu, niekiedy na ulicy, często przy pomocy muzyki. Krążkiem, który mnie kojarzy się z takimi czasami, jest Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water, dzięki któremu wywodząca się z Jacksonville ekipa Limp Bizkit doświadczyła swoich pięciu minut sławy.

Czy jest to dobra płyta? Zdania zarówno w roku 2000, jak i dziś są podzielone. Dla wielu C.S.a.t.H.D.F.W. to pozycja kultowa, inni z kolei uważają album za skok na kasę, a frontmana Limp Bizkit, Freda Dursta, za zwykłego pajaca. Nie da się jednak ukryć, że każdy z pięciu wydanych singli bez trudu zdobywał szczyty list przebojów, w tym jeden – Take a Look Around – jako składowa ścieżki dźwiękowej do kolejnej z odsłon Mission Impossible, dosłownie podbił świat.

Jest szybko, energetycznie i niejednokrotnie agresywnie, a sam album trzyma zadziwiająco równy poziom (co nie jest wcale łatwe przy piętnastu numerach). Fani ciężkiego grania mogą na Limp Bizkit parsknąć śmiechem, jednak mnie na czas młodzieńczego buntu wystarczało. Mało tego, po dziś dzień kiedy zdarzy mi się w trakcie jazdy samochodem odświeżyć Chocolate Starfish… stopa robi się coraz cięższa, wciskając mocniej pedał gazu.

Limp bizkit – take a look around

Fot.: Interscope Records, Epic Records, Columbia, MCA, North Atlantic Soul, SPV/Steamhammer, Sinnamon Records, TRISOL, Warner Bros. Records