Trzy po trzy #2: Zakończone seriale, za którymi tęsknimy

Już prawie od dekady seriale zdobywają serca milionów widzów, nierzadko będąc wygodniejszą bądź po prostu ciekawszą alternatywą dla filmów, w których w żaden sposób nie doświadczymy tak głębokiego zżycia z ekranowymi bohaterami, jak ma to miejsce w serialach. To oczywiście jedna z morza zalet, dzięki którym według wielu ludzi seriale są górą. Przeciętna długość jednego odcinka danego serialu to około 42 minuty, a cały sezon przeważnie liczy sobie mniej więcej 13 odcinków. Jakby tego było mało, najlepsze serialowe produkcje mają nawet po 10 sezonów. Dlatego też nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać, na czym polega siła rozrywki w takim wydaniu.  W dzisiejszym odcinku Trzy po trzy chcieliśmy skupić się na tych serialach, które niestety już się skończyły, ale my nie potrafimy o nich zapomnieć i z największą chęcią zaczęlibyśmy przygodę z nimi od nowa.

 

Mateusz Cyra:

Zagubieni (2004-2010)

Śmiało mogę powiedzieć, że ta produkcja w pewien sposób mnie ukształtowała. Był to pierwszy serial, który w pełni świadomie i chętnie oglądałem tydzień po tygodniu, praktycznie cały czas czekając z wypiekami na twarzy na to, co będzie dalej. Od odcinka pilotażowego, którego wyprodukowanie kosztowało zawrotne 14 milionów dolarów (co chyba po dziś dzień stanowi rekord w serialowym świecie) zakochałem się w stworzonym przez twórców uniwersum i właściwie nie przestałem darzyć rozbitków z feralnego lotu 815 olbrzymią sympatią aż do wielkiego finału. Chociaż wiele osób powie, że LOST skończył się po 3 sezonie, a dalej było już tylko gorzej, nie wspominając już o ostatnim odcinku, który najbardziej podzielił fanów, ja jestem jednym z tych nielicznych, da których mimo wad, które zauważam, jest to produkcja idealna, z której za każdym razem wyławiam coś nowego, na co dotychczas nie zwróciłem uwagi.

Zagubieni, poza niebanalnymi rozwiązaniami fabularnymi oraz licznymi zagadkami, mogą się również pochwalić imponującą liczbą bohaterów, z grona których widz mógł bez większych problemów utożsamić się z jednym z nich, bądź najzwyczajniej w świecie mógł kibicować swoim ulubieńcom. Jakby tego było mało, serial pchnął mnie (zresztą nie tylko mnie, o czym świadczy mnogość for internetowych oraz stron poświęconych bohaterom, teoriom czy poszczególnym wątkom na temat kultowego dziś LOST) do wyrażania swoich opinii w internecie, a to z kolei przyczyniło się do ogromu zmian w moim życiu, dzięki którym w sumie jestem dziś tu, gdzie jestem.

Kiedy myslę o tym serialu (a myslę o nim naprawdę często), nie mogę nie wspomnieć o moim ulubionym fikcyjnym bohaterze, którego do tej pory nie zdołał przebić żaden inny – ci z Was, którzy mnie znają, już uśmiechają się na samą myśl, a tym, którzy nie wiedzą, o kim mowa, już śpieszę z odpowiedzią – James “Sawyer” Ford. Fenomenalna postać, brawurowo odegrana przez Josha Hollowaya, która na lata wyznaczyła ścieżkę dla bohaterów, którzy są mi niezwykle bliscy. Zagubionych obejrzałem w całości w sumie 3 razy, ostatnio rok temu i mówiąc szczerze – już teraz z chęcią wróciłbym na najbardziej popularną “bezludną” wyspę w popkulturze, nawet kosztem serialowych nowości.  Jeśli jeszcze ktokolwiek nie widział, czy potrzebuje lepszej rekomendacji?

lost

Sześć stóp pod ziemią (2001-2005)

Długo zastanawiałem się nad tym, czy w tym miejscu nie powinni znaleźć się jednak Przyjaciele, których bezapalacyjnie uważam za najlepszy serial komediowy, ale część redakcji uparła się, by nie dublować tytułów, zwłaszcza gdy serialowy świat ma tak wiele do zaoferowania widzowi. Stwierdziłem, że coś w tym jest, dlatego tym razem mój wybór padł na kontrowersyjny, ciężki i słodko-gorzki serial dramatyczny, opowiadający o losach rodziny Fisherów, która prowadzi zakład pogrzebowy. Codzienna bliskość śmierci pozwala im z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na otaczającą ich rzeczywistość oraz na magię życia. Sześć stóp pod ziemią to jeden z tych seriali, który będąc zupełnie niepozornym obrazem, już po kilku odcinkach na tyle hipnotyzuje widza, by ten nie rozstał się z rodziną Fisherów do ostatniego odcinka, który to w moim mniemaniu jest najlepszym finałem, jaki można obejrzeć w produkcji telewizyjnej. Oczywiście nic nie zdradzę, ale finał to taki wulkan emocji, że nie wyjdziecie z niego w jednym kawałku, ale takie rzeczy właśnie zapamiętuje się najlepiej. Mimo tego, że jest to momentami niezwykle ciążący na psychice widza serial, tęsknię za nim, bo tego typu produkcja pobudziła we mnie pragnienie oglądania zwyczajnych-niezwyczajnych  historii. Po produkcji Sześć stóp pod ziemią było kilka “tasiemców”, które w równie niepozorny sposób próbowały zaangażować odbiorcę, jednak jakoś nie jestem w stanie przywołać w tej chwili jakiegokolwiek równie dobrego, który w tak dobrze wyważony sposób ukazywałby prozę życia wraz ze wszystkimi jego elementami.

six-feet-under-pilot-1024

Detektyw: Sezon 1. (2014)

Tak, tak wiem. Przecież Detektyw wcale się nie skończył, a za kilkanaście dni będzie premiera drugiego sezonu! Tyle tylko, że jest to jeden z tych seriali, który w całym sezonie oferuje widzowi jedną, kompletną oraz zamkniętą historię. A dzieło Nica Pizzolatto to nie dość, że fenomenalny kryminał z nietypowymi, zapadającymi w głębokie zakamarki umysłu postaciami, ale przede wszystkim brawurowy popis aktorstwa, który powinien być puszczany uczniom wszystkich szkół aktorskich każdego zakątku świata.

Fabularnie serial może nie zachwycić, gdyż Luizjana to takie miejsce na ziemi, które rządzi się swoimi prawami, przez co akcja dla niektórych może być tak senna i ociężała, że może posłużyć jako terapia zwalczająca bezsenność… Jednak dla tych, którzy nie potrzebują od kryminału zawrotnej prędkości akcji i są choć odrobinę cierpliwi, twórcy zgotowali taką wizualno-emocjonalną gratkę, że właściwie zaraz po ukończeniu ostatniego odcinka chcemy włączyć od nowa ten pierwszy…

Duet Woody Harrelson & Matthew McConaughey to klasa sama w sobie, kunszt aktorski w każdym calu. Nie ujmując nic poczciwemu Woody’emu, trzeba jednak przyznać, że serial skradł mu hipnotyzujący Matthew, który dostał tak idealnie pasującą do niego rolę, że zwyczajnie zmiażdżył w drobny mak aktorów wszystkich seriali nawet i w ostatniej dekadzie (wliczam w to Kevina Spacey’a). Rust Cohle w jego wykonaniu to facet fascynujący samym tylko wyglądem, a kiedy Cohle zaczyna mówić… wtedy na ekranie dzieje się magia. Pierwszy sezon ma 8 odcinków i jest to arcydzieło od pierwszej do ostatniej minuty. Dlatego też z całym szacunkiem dla sezonu 2. – wcale na niego nie czekam, bo chciałbym dostać jednak kontynuację tego, co otrzymałem w sezonie 1.

det1

Agata Zubala:

Przyjaciele (1994-2004)

Osoby, które mnie znają, nie będą zdziwione moim pierwszym wyborem. Każda z nich doskonale zdaje sobie sprawę, jakim uwielbieniem darzę ten serial. Pierwszy raz oglądałam go krótko przed maturą (a więc już ładnych parę lat temu) i nie muszę chyba mówić, na co poświęcałam więcej czasu ;). Pamiętam, że nie mogłam się od niego oderwać, byłam absolutnie zachwycona fabułą, humorem i aktorstwem. O rolach Aniston, Cox, Kudrow, Perry’ego, LeBlanca i Schwimmera można pisać poematy, ja postaram się krótko: mistrzostwo! Tu nie ma mowy o nienaturalności, którą można często spotkać w komediowych sitcomach – oni totalnie wczuli się w swoje postaci, nadając im charakteru i wkładając w nie dużo serca.

Cudowne w Przyjaciołach jest to, że oprócz świetnego humoru, który niejednokrotnie doprowadzał mnie do długiego i szczerego śmiechu, serial ten dostarcza również sporo wzruszeń, porusza wiele życiowych tematów. Przez dziesięć lat można było obserwować, jak z sezonu na sezon bohaterowie się zmieniają, zarówno wizualnie jak i wewnętrznie i myślę, że głównie za to pokochałam ten serial. Rachel, Monica, Phoebe, Chandler, Joey i Ross są mi niesamowicie bliscy, każdą z tych postaci bardzo lubię, ale gdybym miała wybrać jedną ulubioną, to byłby to Chandler. Obydwoje cechujemy się sarkastycznym żartem, którego niestety dość często nie łapią inni ludzie, co skutkuje naprawdę różnymi reakcjami.

Przyjaciele to mój niekwestionowany faworyt w serialowym światku i nie sądzę, by jakakolwiek inna produkcja zajęła jego miejsce. Całość oglądałam niezliczoną ilość razy (mówimy tu o dwucyfrowej liczbie), a tradycją jest, by po wywołującym łzy finałowym odcinku włączyć pilota, żeby odgonić od siebie wrażenie że to już koniec i nie ma już nic.

friends

Gotowe na wszystko (2004-2012)

Zawsze bagatelizowałam seriale. Oglądałam namiętnie PrzyjaciółSeks w wielkim mieście i mimo dużej sympatii do nich, żyłam w przeświadczeniu że po „tasiemce”, nie warto sięgać. Gotowe na wszystko to zmieniły. Włączyłam z nudów jeden odcinek i wsiąknęłam – nie spodziewałam się, że może być tak interesująco i… niebanalnie. Pewnie prędzej czy później i tak bym zaczęła je oglądać, ale sentymentalna dziewucha jestem i dlatego ta produkcja zajmuje specjalne miejsce w moim rankingu. Nie jest to jednak jedyny powód, dla którego tak cenię ten serial; po prostu nie sposób nie polubić głównych bohaterek: Susan, Bree, Gabrielle i Lynette. Mieszkają w dzielnicy domków jednorodzinnych i z pozoru prowadzą szczęśliwe, uporządkowane życie, jednak gdy przyjrzymy im się bliżej, okazuje się, że nie jest ono takie doskonałe. Poznajemy je w dniu, kiedy jedna z ich przyjaciółek – Mary Alice – popełnia samobójstwo, co dla kobiet jest zupełnie niezrozumiałe. Postanawiają za wszelką cenę dowiedzieć się, co doprowadziło ich koleżankę do tak drastycznego kroku. Opowieść o gospodyniach domowych ze szczyptą thrilleru – nie brzmi to dobrze, a jednak takie jest! Każdy sezon ma inny wątek z dreszczykiem, a w międzyczasie poznajemy bliżej mieszkanców ulicy Wisteria Lane. Z ogromną przyjemnością śledziłam losy czterech przyjaciółek, ale szczerze polubiłam również inne postaci, także w ogólnym rozrachunku na Wisteria Lane czułam się jak w domu. Gotowe na wszystko dostarczają sporo rozrywki; jest humor, są dramaty, łzy wzruszenia i pełne napięcia sceny, a całość przedstawia się bardzo sympatycznie i ciepło. Mówi się, że to babski serial, ale nie byłabym tego taka pewna. Z tego co się orientuję, wielu panów chętnie oglądało perypetie czterech uroczych kobietek i wcale im się nie dziwię! Ja z pewnością nie raz wrócę na przedmieścia miasteczka Fairview, a i Wam radzę to samo!

gotowe-na-wszystko

Synowie Anarchii (2008-2014)

Ach! To była miłość od pierwszego spojrzenia! I nie, nie mam tu na myśli Charliego Hunnama, odtwórcy głównej roli ;). Zawsze lubiłam klimaty rockowe/motocyklowe, dlatego pierwsza scena, kiedy Jax jedzie na swoim Harley’u, z utworem Black Keys w tle, całkowicie mnie kupiła. Synowie Anarchii przenoszą nas do świata rządzącego się swoimi prawami, bezwzględnego i pełnego przemocy, a członkowie tytułowego gangu to prawdziwi niegrzeczni chłopcy. Kurt Sutter zaserwował nam 7 sezonów, w których nie zabrakło adrenaliny i dużej dawki emocji – akcja niemal bezustannie pędzi na łeb na szyję, nie dając nawet chwili wytchnienia. To co mnie oczarowało to sposób, w jaki zostało przedstawione połączenie dwóch zupełnie niepasujących do siebie obszarów życia: z jednej strony członkowstwo w klubie i lojalność względem „braci’, ciągłe ryzyko i igranie z wymiarem sprawiedliwości, a z drugiej obowiązki rodzinne, dzieci i żony, które oczekiwałyby spokojniejszego trybu życia. Nie muszę chyba mówić, jak wybuchową mieszankę stanowi takie zestawienie, i ile kłopotów przysporzy ono właścicielom maszyn na dwóch kółkach ;).

Sporo widzów było rozczarowanych finałowym odcinkiem i ogólnie ostatnim sezonem. Muszę przynajmniej trochę się z nimi zgodzić, gdyż do ostatniej serii poziom był bardzo wysoki i wyrównany, a produkcja praktycznie bez wad. Niestety siódma odsłona była słabsza, ale nadal oglądało się świetnie i nie przyłączę się do głosów, że psuje ona cały serial! Od finału minęło raptem kilka miesięcy, a już teraz tęsknię za bohaterami Synów Anarchii i bez wątpienia szybko do nich powrócę, by w ryku pędzących motocykli i z wypiekami na twarzy ponownie obserwować, jak bad boye w skórzanych kamizelkach rządzą się w Charming.

soa 1

Przemek Kowalski:

Dexter (2006-2013)

Czy ktoś, kto choć odrobinę interesuje się serialowym światkiem, mógł nie słyszeć o Dexterze? Nie sądzę. Dla mnie, prywatnie, jest to produkcja, od której zacząłem przygodę z serialami, albo inaczej – to Dex sprawił, że seriale pokochałem. Na całe szczęście, kiedy „odkryłem” produkcję Showtime, nie musiałem czekać tydzień na kolejny odcinek – byłem 4 sezony do tyłu. Cztery razy 12 epizodów, każdy po około 50 minut. Wiecie, ile to wieczorów i zarwanych nocek? Nie zamieniłbym ich na nic.

Jeśli ktoś jakimś dziwnym zbiegem okoliczności nie wie, o czym opowiada Dexter, spieszę z wyjaśnieniem. Tytułowy Dexter Morgan z zawodu jest specjalistą ds. krwi w departamencie policji (cenionym zresztą); z zamiłowania zaś jest… seryjnym mordercą. I tu już pomysł wyjściowy mnie oczarował, przyglądamy się bowiem niezwykle inteligentnemu, wbrew pozorom ciepłemu człowiekowi, który prowadzi podwójne życie. Z jednej strony pomaga policji, z drugiej jest jednym z tych, których owa policja z założenia stara się dopaść; jest to bohater zdolny zrobić wszystko dla swej przybranej siostry, którą kocha, z drugiej potrafi bez mrugnięcia okiem pokroić ofiarę na kawałeczki piłą mechaniczną. A właśnie – Dexter zabija tylko „tych złych”, typów spod ciemnej gwiazdy, którym udało się uniknąć wymiaru sprawiedliwości; sprawiedliwość więc wymierza im Dexter Morgan. Dylematy moralne bohatera, bezpośrednio wpływają na widza, który poznając Morgana, zaczyna kibicować mordercy!

Wciągający od samego początku (dosłownie od pierwszych scen), świetnie zagrany i nie mówię tu tylko o Michaelu C. Hallu (fenomenalny!). Na uwagę zasługują także C.S. Lee wcielający się w rolę Masuki czy też David Zayas jako detektyw Angel Batista. To co dla mnie wyróżnia dodatkowo hit Showtime, to najlepszy sezon, jaki widziałem, odkąd oglądam seriale (a sporo ich już obejrzałem), a także najlepsza scena oraz zarazem zakończenie danego sezonu w historii telewizji. Mowa tu o sezonie czwartym, który po prostu wbija w fotel i to tak, że ciężko wstać.

Niestety – nawet jako fan – przyznać muszę, iż trzy ostatnie odsłony spuściły z tonu i nie dało się nie zauważyć spadku poziomu, przez co z sezonu na sezon było tylko coraz gorzej. Nie przeszkadza mi to jednak uznać Dextera za jeden z moich ulubionych seriali, bo takich emocji jak on, nie dostarczyła mi do tej pory żadna inna produkcja.

dex 1

Breaking Bad (2008-2013)

Dwa Złote Globy, osiem nagród Emmy, rzesza fanów na całym świecie oraz status jednej z najlepszych produkcji w historii telewizji – Breaking Bad. Podobnie jak w przypadku Dextera obserwujemy tu losy człowieka, któremu chce się kibicować (przynajmniej większość chce) mimo tego, iż to co robi, powszechnie w społeczeństwie uważane jest za złe. Walter White to znudzony życiem nauczyciel chemii, zwykły facet, z wyglądu – typowy podstarzały belfer. Pewnego dnia Walter dowiaduje się, że zachorował na raka i nie zostało mu już prawdopodobnie wiele czasu. W tym momencie, również dzięki przypadkowi, całkowicie zmienia się jego życie, a on sam zaczyna produkować najczystszą metaamfetaminę, jaką świat widział.

Przemiana, jaka dokonuje się w bohaterze, jest pradopodobnie największą, jaką widział serialowy światek, w czym duża zasługa nie tylko twórców serialu, lecz przede wszystkim Bryana Cransona, który odegrał tu rolę życia! Pomijając już nawet zmiany wizerunku samej postaci, jaką był Walter White, to jak Cranson wcielił się w postać narkotykowego bossa, zasługuje na burzę oklasków!

Na wyróżnienie zasługują także Aaron Paul jako Jessie Pinkman (wspólnik White’a), Dean Norris wcielający się w porucznika Hanka Schradera (prywatnie jest szwagrem Waltera) oraz Bob Odenkirk, który wypadł tak znakomicie jako szemrany prawnik głównego bohatera, że doczekał się własnego serialu, spinn-offu Breaking Bad pod tytułem Better call Saul.

To co wyróżnia Breaking Bad na tle innych produkcji, to stały, a nawet coraz wyższy poziom każdego kolejnego sezonu. Malkontenci zarzucają nudę, zbytnie rozwlekanie wątków czy scen, jednak to, co ich kłuje w oczy, jest tym, co fani uważają za niepodważalny atut. W hicie AMC akcja nie pędzi na łeb na szyję – wszystko dzieję się w swoim określonym, rzekłbym „normalnym”, tempie.

Kapitalne zwroty akcji, aktorstwo na wysokim poziomie oraz niezwykle silne emocje – wszystko to zaliczyć można jako plusy Breaking Bad. Ah, no i jeszcze zakończenie – jeden z najlepszych serialowych finałów w historii to kolejny powód, by tęsknić za Walterem Whitem oraz by za jakiś czas powrócić do tej fascynującej, niezwykle życiowej historii.

bb1

Dochodzenie (2011-2014)

Dochodzenie to najmniej znany, a zarazem najkrótszy (zaledwie cztery sezony, w tym ostatni wyprodukowany przez inną stację) z wymienionych przeze mnie seriali. Jak nie trudno się domyślić jest to serial kryminalny/detektywistyczny, w którym to dwójka detektywów próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa młodziutkiej Rossie Larsen (oczywiście mówię tu o pierwszym sezonie, rzecz jasna nie rozwiązują jednej zagadki cztery lata ;) ).

Przede wszystkim klimat jest tym, co sprawia, że The Killing jest aż tak udaną produkcją. Mroczne, deszczowe, ponure Seattle to idealny wybór na kręcenie tego typu serialu. Serialu, który momentami aż przygniata ciężarem pesymizmu, w czym duży udział miały na pewno niezwykle przekonujące kreacje Mireille Enos oraz Joela Kinnamana wcielających się odpowiednio w detektywów Linden oraz Holdera. Nawiasem mówiąc, Pani Enos raczej nie można nazwać pięknością, jednak jej specyficzna uroda oraz mimika to był strzał w dziesiątkę ekipy przeprowadzającej casting – detektyw Linden w dziwny, niewyjaśniony sposób przyciąga widza przed ekran. Poza tym same zagadki nie są sztampowe, nic nie jest tu naciągane, nikomu tak naprawdę nie można ufać.

Jak wspomniałem na początku, ostatni sezon serialu został wyprodukowany przez inną stację telewizyjną, oczywiście z powodu dość niskiej oglądalności; widać opychający się cheeseburgerami przeciętny Amerykanin nie mógł ogarnąć poziomu Dochodzenia. Na całe szczęście ostatnia odsłona nie odbiegała od trzech poprzednich, dostarczono nam kolejny ciekawy wątek, pozamykano sprawy, które pozamykane zostać powinny, a wszystko to okraszono, być może nie spektakularnym, jednak zdecydowanie pasującym do całości serialu, zakończeniem. The Killing to produkcja, którą rok po zakończeniu wspominam bardzo ciepło i jestem przekonany, że za jakiś czas do niej powrócę. Dwójka detektywów godna jest tego, by co najmniej raz jeszcze przejść się z nimi ulicami ponurego, deszczowego Seattle.

kill 1

Fot.:  PRASHANT GUPTA, Showtime Networks Inc., Ursula Coyote/AMC,  Frank Ockenfels/AMC, NBC Universal, Inc., Jim Bridges/HBO, American Broadcasting Companies, Inc., Mario Perez/American Broadcasting Companies, Inc., Home Box Office.

Write a Review

Opublikowane przez

Agata Zubala

Nałogowo czyta i kolekcjonuje książki, głównie kryminały i thrillery, ale chętnie i regularnie sięga po inne gatunki. Uwielbia oglądać filmy i seriale wszelkiej maści. Sporo czasu poświęca na aktywność fizyczną, a do ulubionych form zalicza jazdę na rowerze, bieganie i pływanie.

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

2 Komentarze

  • Długo się zastanawiałem jakie trzy tytuły ja bym wymienił. Oczywiście pomijając te wymienione przez Was, jako że większość z nich również zaliczam do grona moich ulubionych seriali. Na pewno wymienił bym „Miasteczko Twin Peaks”, ale od niedawna przestał to być serial zakończony ;). Wymienił bym „24 godziny”, ale tutaj nigdy nie wiadomo, niby serial był definitywnie zakończony, ale jednak po kilku latach powstał kolejny sezon i twórcy nie wykluczają kolejnego. Wobec tego pozostaje mi polecić trzy inne genialne seriale, które warto znać i często do nich wracać: „Rodzina Soprano” – dla mnie serial totalny, doskonale przedstawiony mafijny półswiatek New Jersey; „Carnivale” – serial, który niestety został anulowany po dwóch sezonach i wielka szkoda! No i na koniec, przebój moich młodych lat – „Robin z Sherwood”, najlepsza i najbardziej klimatyczna opowieść o Robin Hoodzie jaka kiedykolwiek powstała.

  • Nic Pizzolatto to geniusz. Czy deszczowe Seattle z The Killing, czy duszna Luizjana z True Detective, klimat wylewa się z ekranu. Pewnie nawet ze wsi pod Warszawą zrobiłby dobre podłoże pod kryminał.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *