Filmy,Trzy po trzy

Trzy po trzy #25: Najlepsze filmy pierwszego półrocza 2019 roku

filmy pierwszego półrocza 2019
filmy pierwszego półrocza 2019

Ta piękna, upalna niedziela to jednocześnie ostatni dzień czerwca, a co za tym idzie – jutro zacznie się drugie półrocze 2019 roku! Jesteśmy lekko zszokowani, że tyle czasu minęło tak szybko! 

Zwykle podsumowania wszelkiej maści robimy na koniec roku, ale tym razem postanowiliśmy w prostej i przyjemnej formie cyklu Trzy po trzy wymienić dziewięć najlepszych naszym zdaniem filmów pierwszego półrocza 2019 roku. Pod uwagę braliśmy filmy, które widzieliśmy w tym roku w kinie.  

A jakie filmy kinowe skradły Wasze serca w pierwszym półroczu 2019 roku?


Mateusz Cyra

ÁgaÁga – reż. Milko Lazarov

Film, który miał swoją premierę kinową w styczniu 2019 roku, po dziś dzień siedzi bardzo mocno w mojej głowie. Obraz Milko Lazarova zauroczył mnie nieziemskimi zdjęciami (w recenzji pisałem, że to jedna z tych produkcji, która ma zdjęcia godne najważniejszych nagród filmowych) i prawdę mówiąc od tamtej pory nie widziałem filmu, który chociaż zbliżyłby się poziomem zdjęć do pracy wykonanej przez Kaloyana Bozhilova. Ága to hołd złożony czasom, które nieodwracalnie przeminęły; to ruchoma pocztówka z dawnych lat, zwyczajów i nadziei, gdy człowiek z powodzeniem żył bez wszędobylskiej technologii i maszynerii, którą dziś tak namiętnie się otacza.

To przede wszystkim dzieło dojmująco smutne, pokazujące kilka prawd o nas jako gatunku. Ága bardzo silnie oddziałuje na emocje, dlatego też wymaga od widza skupienia, w zamian dając bardzo wiele. Z pewnością film ten znajdzie się w mojej ścisłej czołówce za kinowy rok 2019.

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Aga 

powrótPowrót – reż. Magdalena Łazarkiewicz 

Dla mnie Powrót to najlepszy (dotąd) film polski w 2019 roku. W zasadzie tym pierwszym zdaniem mógłbym zamknąć temat i zakończyć wszelakie wyjaśnienia, ale warto napisać kilka słów więcej. Dzieło Magdaleny Łazarkiewicz ma ogromną siłę rażenia – emocje aż wylewają się z ekranu, a – często to powtarzam – to właśnie emocje są dla mnie głównym kryterium odbioru i oceny filmu. Nawet najpiękniejsza wizualnie uczta będzie dla mnie niczym, jeśli nie zagrają tam dla mnie emocje. Cała siła tego filmu tkwi właśnie w emocjach i niesamowitym aktorstwie. Zresztą – co tu dużo mówić – dzięki tej produkcji zostałem fanem Sandry Drzymalskiej i trzymam kciuki, żeby w dalszym ciągu robiła to, co robi, i nie pozwoliła sobie rozmienić na drobne talentu i intuicji, które posiada w olbrzymich ilościach.

Powrót może pochwalić się także tym, jak w świetny sposób w skali mikro rozprawia się z naszym ogólnonarodowym podejściem do religii, do naszego najbliższego otoczenia oraz jak podchodzimy do tego, “co ludzie pomyślą” i jak przez to sami zakładamy sobie na ręce kajdany. To dzieło ambitne, niespieszne i trudne, ale niesamowicie dobre.

Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Powrót

green bookGreen Book – reż. Peter Farrelly 

Na koniec film zdecydowanie najbardziej lekki konwencją, ale absolutnie nieodstający poziomem artystycznym od innych przedstawionym tu filmów i nie mogło zabraknąć go w zestawieniu. Zdobywca Oscara za najlepszy film 2018 roku wkurzył wielu ludzi tym… że został uznany najlepszym filmem. A ja szczerze powiem, że bardzo mnie cieszy, że doceniono dzieło Farrelly’ego i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że od długiego czasu tak bardzo nie zgadzałem się z wyborem Akademii. Jasne, można krzyczeć, że Oscary nie obchodzą dziś już nikogo, można zarzucać naprawdę wiele samej instytucji, sposobom oraz kryteriom przyznawania nagród, ale Oscary wciąż jedno robią perfekcyjnie – mają ogromną siłę przebicia, pozwalając dotrzeć filmom do milionów widzów na całym świecie. A prawda jest taka, że historia przedstawiona w Green Booku jest historią cholernie ważną i potrzebną. Bo takie opowieści trzeba tłuc ludziom do głów do skutku, a twórcom tego filmu udało się znaleźć złoty środek między lekkością a powagą, co dodatkowo ułatwia przemycenie pewnych treści.

No i kurde – Green Book to film, w którym człowiek po prostu się zakochuje, a Mortensen i Ali tworzą duet, który zapisze się w historii kina.

Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Green Book


Klaudia Rudzka

filmy pierwszego półrocza 2019Heavy Trip – reż. Juuso Laatio, Jukka Vidgren

Idąc na ten film, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Skandynawska komedia opowiadająca o metalowym zespole muzycznym, który od 12 lat nigdy nie wystąpił na prawdziwej scenie – zapowiadało się przeciętnie. Robiąc rachunek zysków i strat, zdecydowałam się obejrzeć owo dzieło. W końcu Skandynawia poniekąd równa się metal, więc podążając w duchu dewizy “raz się żyje” – wybrałam się na film. Pierwsze minuty seansu rozwiały moje wszelkie obawy, czy oby na pewno film nie otrze się o lekki poziom żenujących żartów. Humor początkowych scen, dialogi, wspaniałe, przerysowane wręcz, aktorstwo i groteskowe, acz ukazane z szacunkiem nawiązania do subkultury metalowej sprawiły, że z ręką na sercu mogę powiedzieć, że była to najlepsza komedia, którą widziałam na przestrzeni ostatnich lat. To prawda, że filmów o podobnej tematyce było wiele i śmiało można wymienić lepsze produkcje, rozkładając fińską historię na czynniki pierwsze. Niemniej jednak to, co urzekło mnie w Heavy Trip, to inteligentny, niebanalny humor, absurd i mądrość, która mimo wszystko zawarta jest w fabule. Trudno nie poddać się urokowi poczciwych chłopaków, którzy są największą siłą filmu i w momencie pojawienia się na scenie porażają makijażem, kręcą włosami, których może pozazdrościć niejedna dziewczyna, popisują się muzyczną wirtuozerią, strzelając gitarowymi riffami. Heavy Trip oglądałam z lekką dozą nostalgii, bowiem kto nie chciał w dzieciństwie choć przez moment grać w podobnej kapeli? Niech pierwszy rzuci kamieniem.  Nie jest to może kino sztuki wysokiej, z którego płynie górnolotny morał, nie jest to również produkcja, która szczególnie wyróżnia się pod kątem technicznym (pomijając oczywiście muzykę). Jest to natomiast szalone kino pełne absurdów i wybitnego, prostego humoru, w którym tkwił pomysł, a ja do dziś pamiętam salwy śmiechu z sali kinowej.

Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Heavy Trip

szczęśliwy lazzaroSzczęśliwy Lazzaro – reż. Alice Rohrwacher

Bez wątpienia zasługuje na miano najlepszego filmu ostatniego półrocza. Jest to bowiem prawdziwe arcydzieło sztuki filmowej. Kino, którego nie powstydziliby się wielcy autorzy włoskiego kina jak Roberto Rossellini czy Michelangelo Antonioni. Alice Rohrwacher znana między innymi dzięki ciepło przyjętemu w Cannes Ciału niebieskiemu, udowodniła, że jest prawdziwą artystką obdarzoną niezwykłym talentem i ogromną wrażliwością. Można by powiedzieć – właściwy człowiek we właściwym miejscu i czasie. To, co urzekło mnie w Szczęśliwym Lazzaro, to przede wszystkim senny, baśniowy klimat, kompozycja kadru oraz przemyślana, mądra symbolika odnosząca się do czasów współczesnych. Konstrukcja składa się z dwóch części – pierwsza dotyczy pracy i życia w Inviolacie – surowej, włoskiej wiosce, w której panuje system feudalny oraz zbiorowa nieświadomość. Bohaterowie nie otrzymują wynagrodzenia za swą pracę, przekonani o narastających długach, wykorzystują siebie nawzajem, są wyrachowani i pozbawieni skrupułów, żyją z dnia na dzień, szczęśliwi w swojej doczesności. Druga część filmu dotyczy życia dawnych mieszkańców Inviolaty w industrialnej przestrzeni miejskiej. W czym tkwi siła twórczości Alice Rohrwacher? Reżyserka bardzo płynnie łączy stare z nowym, świat współczesny ze światem, wydawałoby się, minionym. Łącznikiem tych dwóch płaszczyzn jest tytułowy Lazzaro uosabiający czystość duszy i serca. Szczęśliwy Lazzaro to kino społeczne niepozbawione w żadnym przypadku głębi. Mnóstwo w nim trafnych odniesień i symboli. Temat etyki warunkowanej przez ludzkie czyny i podejmowane decyzje daje do myślenia i pozostawia pole do własnych przemyśleń. Jest to filmowa przypowieść o człowieku i generowanych przez niego problemach współczesnego świata takich jak materializm, podziały społeczne, kłamstwo czy konsumpcjonizm. Za pomocą narracji i symboliki reżyserka otrzymuje efekt z gatunku realizmu magicznego, który znamy chociażby z Felliniego. Pod kątem technicznym również jest to dzieło wielkie – malarskie kadry Hélène Louvart przypominają płótna Vincenta Van Gogha czy twórczość Henriego Rousseau.

Melancholijny i jednocześnie ukazujący prozę współczesnego świata, ciepły i wyważony, a jednocześnie niestroniący od subtelnych aluzji i wyrafinowany. Afirmujący piękno świata i jednocześnie krytyczny. Pełnymi garściami czerpiący z włoskich klasyków kina. Taki właśnie jest Szczęśliwy Lazzaro – dzieło wybitne, poruszające i zapadające w pamięć.

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Szczęśliwy Lazzaro

filmy pierwszego półrocza 2019Girl – reż. Lukas Dhont

Girl to film bardzo ważny, ukazujący problem zmiany płci w sposób nowatorski i bardzo potrzebny. Bez wątpienia mógłby stanowić seans obowiązkowy w szkołach średnich, a nawet gimnazjach. Jest to według mnie jeden z najlepszych filmów tego półrocza zważywszy na fakt, że był to debiut reżyserski Lukasa Dhonta. Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowiadająca historię Lary – nastolatki uwięzionej w ciele chłopca, marzącej o karierze tancerki baletowej, to na wskroś przeszywający portret wewnętrznych rozterek, przeżywanych radości, wzlotów i upadków. Girl to debiut bardzo odważny, świeży, przedstawiający temat dobrze znany i prezentowany w kinematografii wielokrotnie. Jednakże tym, co odróżnia go od innych tego rodzaju produkcji, jest autentyczny, wręcz przenikający, ból i cierpienie fizyczne, które czujemy na własnej skórze. To także obraz przedstawiający jednocześnie tolerancyjny i obojętny świat, w którym żyjemy. To lekcja pokory ukazująca, że głęboko skrywane problemy często mimo wsparcia najbliższych bolą najbardziej i bardzo trudno je przezwyciężyć. Tym, co najbardziej poruszyło mnie w Girl, jest przede wszystkim intymna relacja, jaką reżyser nawiązuje z odbiorcą. Towarzyszymy bohaterce i obserwujemy jej zauroczenie, czas dojrzewania i ogromny ból, którego doświadcza zarówno na zewnątrz – okaleczając swoje ciało, jak i wewnątrz samej siebie. Pomijając aspekt fabularny – Lukas Dhont doskonale dobrał aktorów. Victor Polster w roli Lary jest autentyczny i przekonujący, a jego kreacja na długo pozostaje w pamięci. Girl to kino wyraziste, dosadnie obrazujące problem i uświadamiające, że pozory mylą.

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Girl 


Michał Mielnik

Sny wędrownych ptaków – reż. Ciro Guerra, Cristina Gallego

Film ów miał już swoją polską premierę w styczniu tego roku, a zatem pamięć o szczegółach fabuły zdążyła się już nieco zatrzeć w mojej głowie, zwłaszcza w kontekście epickiego rozmachu opowieści inkrustowanego rozlicznymi detalami, niemniej z uwagi na ogólną wymowę dzieła, niebanalne gatunkowe ulokowanie i plastyczną urodę, wciąż pozostaję pod jego nieodpartym wrażeniem. O pomstę do nieba woła fakt, że obraz ten nie otarł się nawet o Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny, ustępując miejsca obrazom słabszym, wśród których jest także tegoroczny laureat, a także inny reprezentant kina latynoamerykańskiego, tj. Roma. Snom wędrownych ptaków łatwo przypiąć łatkę swoistego prequela do serialu Narcos, skoro jest on genezą narkobiznesu w Kolumbii, ale byłaby to interpretacja trywializująca wagę dzieła Ciro Guerry i Cristiny Gallego. Ascetyczna gra aktorska i nienachalna reżyseria wskazują raczej na etnograficzną prowieniencję miast utrwalonego toposu o wzlocie i upadku gangstera, która staje się w tym miejscu tylko pretekstem do ukazania głębokich procesów społecznych. Twórców bardziej interesuje atrofia tradycyjnej kultury indiańskiej, co sygnalizuje już otwierająca film niezwykła sceneria plemiennego rytuału, a w rezultacie okcydentalizacja na amerykańską modłę. Pierwotne mechanizmy zostają zastąpione przez brutalną ekonomię pieniądza. Obraz jednak ani na chwilę nie staje się przez to banalną antykapitalistyczną agitką, zachowując jednak zakodowaną lewicową wymowę, w czym upatruję jego największej siły.

Przeczytaj także:

 Recenzja filmu Sny wędrownych ptaków

Vox Lux – reż. Brady Corbet

Vox Lux w reżyserii Brady’ego Corbeta to filmowa kampowa petarda i doznanie na miarę jednego z moich ulubionych obrazów, tj. Spring breakers. Bezceremonialnie narcystyczna i samoświadomie pretensjonalna wizja spazmów współczesnej masowej kultury przerabiającej wszystko na modłę zuniformizowanego wspólnotowego doznania to jedno z moich największych olśnień mijającego właśnie pierwszego półrocza 2019 r. w kinie. Twórca, który wcześniej był szerzej nieznanym aktorem odtwarzającym na planie skądinąd znanych obrazów utytułowanych twórców drugie plany (vide amerykańska recepcja Funny Games Michaela Haneke), oferuje widzom w tym miejscu może nie do końca odkrywczą, ale jednak olśniewającą wizualnie całościową perspektywę popkultury produkującej świeckich cielesnych bożków, a to wszystko paradoksalnie w akompaniamencie głosu wszechwiedzącego narratora (komentatora?, stwórcy,? Boga?), w którego wciela się Willem Dafoe. Swoim kolejnym obrazem, po nierównym, aczkolwiek intrygującym Dzieciństwie wodza, tworzy zgrabną klamrę zamykającą dwudziesty wiek. O ile bowiem rzeczony tytuł wskazuje na narodziny totalitaryzmów u zarania stulecia, to Vox Lux ze swoim symptomatycznym tytułem definiuje moment głębokich postnowoczesnych przeobrażeń kulturowych ukierunkowanych na dyktat uśrednionych konsumpcyjnych gustów. Na uwagę zasługuje wybitna kreacja Natalie Portman, ale w szczególności popis młodziutkiej Raffey Cassidy znanej wcześniej z Zabicia świętego jelenia, Lantimosa, jak również partytura zmarłego niedawno Scotta Walkera. Poniżej, dla odmiany krytyczna opinia redakcyjnej koleżanki.

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Vox Lux 

filmy pierwszego półrocza 2019Gdyby ulica Beale umiała mówić – reż. Barry Jenkins 

Barry Jenkins to jeden z nielicznych obecnie reżyserów (obok Lantimosa), który ma swój indywidualny, spójny, konsekwentny język filmowy. Gdyby ulica Beale umiała mówić to kolejne po Moonlight wybitne dzieło tego twórcy, gdzie znalazł on idealny audioowizualny ekwiwalent dla prozy Jamesa Baldwina. Rozlewająca się w każdym kadrze literackość filmu, a tym samym jego pewna samoświadoma sztuczność, wcale mi nie przeszkadza, kreując wręcz unikatowy klimat teatralnego przerysowania z charakterystycznym dla tego medium emfatycznym deklamowaniem fraz, w czym główny udział ma słusznie nagrodzona Oscarem Regina King. Zwykle oceniam taką formę prowadzenia narracji jako anachroniczną, tutaj jednak w symbiozie z rozświetlonymi słońcem kadrami, dość bliskimi jednak, bo portretującymi twarze, tworzy to jednak nową jakość. W tym filmie podobało mi się wszystko, począwszy od “leniwej” pracy autora zdjęć cyzelującego każdy gest, grę aktorską całego zespołu, aż po zjawiskową muzykę Nicholasa Brittela, który współpracował już z reżyserem na planie oscarowego Moonlight. Od czasu seansu dokumentu Nie jestem twoim Murzynem będącego biografią Baldwina, czekałem na tę premierę i miałem w związku z tym pewne obawy, czy komukolwiek uda się zakreślić na ekranie wzajemne przenikanie się wątków społecznych odwołujących się do rasowego wykluczenia Afroamerykanów oraz intymnej relacji o romantycznej miłości dwojga ludzi, którzy pragną tworzyć podstawową komórkę. Owa trwoga okazała się być doznaniem mocno na wyrost. Jenkins swoim kolejnym filmem uzupełnia afroamerykańską narrację w kinie, jaką wcześniej zaproponowała Dee Rees w Mudbound, gdzie film jest fabularnie prostą recepcją prozy, niemniej jednak naznaczoną tym, co jest symptomatyczne dla X Muzy.

Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Gdyby ulica Beale umiała mówić

Fot: Aurora Films, Mayfly, Holly Pictures, United International Pictures,  Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, M2 Films, Against Gravity