Twierdza

Naziści i transylwański wampir w oparach nostalgii – F. Paul Wilson – „Twierdza” [recenzja]

Twierdza to jedna z książek mojej młodości. Czasy II Wojny Światowej, naziści, zombie, wampiry, nieśmiertelni i klimatyczna sceneria Transylwanii – czegóż chcieć więcej od rasowego, pulpowego horroru z lat osiemdziesiątych? Będąc nastolatkiem, zaczytywałem się w mocno przechodzonym, broszurowym wydaniu tej powieści (wydanej w ramach pamiętnej serii „Amber Horror”), ale jakoś tak się złożyło, że na długie lata zapomniałem o Twierdzy. Teraz, dzięki wydawnictwu Vesper i pięknemu wznowieniu w twardej oprawie, miałem szansę powrócić do tego świata i poczuć powiew nostalgii.

Akcja Twierdzy rozpoczyna się w momencie, kiedy Erich Kaempfer – bezwzględny major SS, otrzymuje rozkaz bezzwłocznego wyruszenia do Rumunii, w okolice przełęczy Dinu, gdzie znajduje się strategicznie położona kamienna budowla, zwana przez miejscowych po prostu Twierdzą. To właśnie tam, kilka dni wcześniej, zadekował się oddział Wehrmachtu pod dowództwem kapitana Woermanna. Teraz centrala otrzymała jego dramatyczną prośbę o pomoc i przysłanie posiłków, gdyż „coś morduje jego ludzi”. Kaempfer wyrusza w drogę wraz ze swoim Einsatzkommando i jest świadomy, że od powodzenia misji zależy jego „być albo nie być” i kariera dowódcy pierwszego obozu śmierci na rumuńskiej ziemi.

Tymczasem dowiadujemy się, co właściwie doprowadziło kapitana Wehrmachtu do tak dziwnie sformułowanego apelu o pomoc. Autor od samego początku pokazuje nam Twierdzę jako wyjątkowo ponure i opuszczone miejsce, w którym nie można uświadczyć nawet obecności ptaków. Dziwaczności dodaje fakt, że mury budowli wysadzane są tysiącami krzyży, które nie do końca wyglądają jak krzyże. Kiedy wprowadza się tam niemieckie wojsko i nic nie robi sobie z ostrzeżeń miejscowych, atmosfera powoli zagęszcza się coraz bardziej. W końcu górę bierze chciwość jednego z szeregowców, który szukając skarbów, uwalnia zło drzemiące w podziemiach Twierdzy. Od tego momentu każdego wieczoru ginie przynajmniej jeden z żołnierzy, a tajemnicza tożsamość zabójcy, napierająca zewsząd ciemność i niemal namacalne zło, zaczynają doprowadzać resztę do szaleństwa.

F. Paul Wilson powoli odkrywa karty, budując coraz większe napięcie, lecz im więcej elementów układanki zaczyna wskakiwać na swoje miejsca, tym bardziej powieść wędruje od atmosfery autentycznej grozy w okolice horroru klasy B – lecz właśnie w tym tkwi cały urok tej książki. Wraz z pojawianiem się kolejnych postaci czuć wyraźną zmianę rytmu opowieści, która od klimatów rodem z H.P. Lovecrafta, poprzez Brama Stokera przechodzi coraz bardziej w Roberta E. Howarda. Mamy tu więc, poza samymi nazistami, dawnego profesora historii wraz z opiekującą się nim córką, których hitlerowcy sprowadzają, dowiedziawszy się, że ów profesor zna historię Twierdzy lepiej niż ktokolwiek inny (mimo faktu, że jest on pochodzenia żydowskiego); tajemniczego rudowłosego mężczyznę, który w momencie uwolnienia zła, rzuca wszystko i z drugiego krańca Europy natychmiast rusza w drogę ku przełęczy Dinu, i wreszcie antagonistę – demonicznego Molasara, który początkowo przedstawia się jako wampir, lecz z biegiem czasu okazuje się, że mamy tutaj do czynienia z czymś więcej. Autor płynnie przechodzi od tajemnicy i dławiącej grozy do naładowanej akcją finałowej, epickiej walki dwóch przeciwstawnych mocy.

Jak na debiutancką powieść, Twierdza jest bardzo spójną i przemyślaną książką. Wilson napisał ją w 1981 roku (jest więc w tym samym wieku co ja) i mimo prawie czterdziestu lat na karku (czy raczej powinienem napisać – grzbiecie), czytanie tej historii nadal sprawia ogromną frajdę. Do Polski Twierdza zawędrowała niemal dekadę później i również u nas to właśnie ten tytuł pozostaje najbardziej rozpoznawalną książką Wilsona, mimo pojawienia się na rynku jeszcze kilku pozycji tego autora. Cieszę się, że mogłem sobie przypomnieć Twierdzę, tym bardziej, że w odświeżonym wydaniu zdecydowano się na zupełnie nowe tłumaczenie Marka Króla, dodatkowo wzbogacone pasującymi do klimatu komiksowymi ilustracjami Mariusza Gandzela.

Oczywiście do Twierdzy należy zabierać się z odpowiednim podejściem, dystansem i świadomością, że nie jest to książka, która zmieniła oblicze literatury czy chociażby gatunku. F. Paul Wilson dał nam przepełniony akcją i horrorem produkt – klasyczne ejtisowe (w naszym przypadku najntisowe) czytadło, które w zasadzie czyta się samo. I już sam fakt obecności nazistów i transylwańskiego wampira na kartach jednej historii powinien odpowiednio nastroić czytelnika. Osobiście postrzegam Twierdzę na dodatkowym, sentymentalnym poziomie, co nie pozwala mi jej obiektywnie opisać, nie mniej jednak jest to bardzo solidna powieść, która posiada wszystkie te cechy, które powinien posiadać wciągający horror. Wielbiciele gatunku nie poczują się zawiedzeni, a wycieczka do wnętrza Twierdzy na pewno nie będzie czasem straconym.

Fot.: Vesper

Twierdza

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.