Is it future, or is it past? – David Lynch, Mark Frost – “Twin Peaks: The Return” [recenzja]

Twin Peaks

Ponad miesiąc po finale jednego z największych telewizyjnych powrotów zdecydowałem się w końcu napisać coś na temat trzeciego sezonu niebędącego w zasadzie trzecim sezonem tylko osobnym tworem. Mowa tu oczywiście o Twin Peaks: The Return. Potrzebowałem aż tyle czasu, żeby zmierzyć się z ogromem wyobraźni Davida Lyncha i Marka Frosta, a także w ogóle przetrawić to, co zobaczyłem na ekranie telewizora. Zapraszam zatem do lektury, jednocześnie przestrzegając przed spoilerami znajdującymi się w tekście.

MY LOG HAS A MESSAGE FOR YOU

Powtarzam to do znudzenia, ale pisząc na temat zjawiska, jakim jest Twin Peaks: The Return, nie sposób tego nie napisać po raz kolejny. Na powrót tego serialu czekałem dwadzieścia pięć lat, od momentu kiedy jako dziesięciolatek po raz pierwszy zobaczyłem Miasteczko Twin Peaks nadawane przez telewizję publiczną. Prawdopodobnie byłem wtedy trochę za młody, żeby oglądać tego rodzaju serial, ale kto by się tym przejmował. Ważne, że w czasach, kiedy na ekranach królowały produkcje pokroju Dynastii duet Lynch & Frost pokazał widzom zupełnie nową jakość, coś absolutnie nowatorskiego, co do dziś wyznacza standardy serialowe i bez czego prawdopodobnie nie byłoby wielu współczesnych i doskonałych tytułów. Do rzeczy jednak – czekałem te 25 lat i co? Powrót Twin Peaks w ostatecznym rozrachunku kupił mnie niemal w stu procentach. Dlaczego niemal? Bywały momenty, że mocno zwątpiłem i pogubiłem się w przepastnej (wręcz kosmicznej) wyobraźni Davida Lyncha, lecz kiedy z dystansu patrzę na to, jak na osiemnastogodzinną całość (taki zresztą był zamysł), muszę przyznać, że skubańcowi znowu się udało! Lynch po raz kolejny pokazał zupełnie nową jakość i coś, czego typowi serialożercy jeszcze nie widzieli.

THE STARS TURN AND A TIME PRESENTS ITSELF (czyli plusy i minusy Powrotu)

Plusem Twin Peaks: The Return jest niewątpliwie niepohamowana wyobraźnia Davida Lyncha. Natomiast za minus można uznać niepohamowaną wyobraźnię Davida Lyncha. Zależy, od której strony na to spojrzeć. Są w tym serialu takie momenty, że naprawdę nie byłem pewien czy jestem zachwycony, czy też zawiedziony i zniesmaczony, a najpewniej odczuwałem to wszystko naraz (szczególnie w finale). Lynch eksploruje tu tereny dobrze znane z jego najbardziej “odjechanych” dzieł (Zagubiona autostrada, Mulholland Drive, Inland Empire czy te bardziej psychodeliczne fragmenty starego Miasteczka Twin Peaks), dodając jednocześnie jeszcze więcej. Parafrazując Nigela Tufnela z zespołu Spinal Tap – David ustawił tutaj wszystkie pokrętła na “jedenastkę”. Natomiast za prawdziwy minus uznać muszę wprowadzenie wielkiej menażerii nowych i bardzo interesujących postaci, które w serialu pojawiły się zaledwie na kilka chwil, pozostawiając po sobie niedomknięte wątki i ogromny niedosyt. Podobny zarzut można zresztą wytoczyć większej części tak zwanej “starej gwardii” (Audrey!). Wzruszające były jednak pożegnania z aktorami, tak wielu z nich bowiem odeszło na przestrzeni lat, kiedy czekaliśmy na nowe Twin Peaks. Hołd im złożony możemy znaleźć w napisach końcowych większej części odcinków.

CALL FOR HELP (czyli nic nie rozumiem, ale i tak to kocham)

W zależności od tego, z której strony spojrzeć na ten serial, stwierdzić można, że jest tam całe mnóstwo dziur fabularnych. Ale też nie mają one żadnego znaczenia, bo Twin Peaks: The Return wpisuje się idealnie w poetykę snu (a właściwie koszmaru), pełne jest surrealizmu i z pozoru absurdalnych rozwiązań, na które pozwolić sobie może chyba tylko David Lynch. Twórcy dają wiele odpowiedzi na pytania nagromadzone przez wszystkie te lata, ale w zamian stawiają jeszcze więcej nowych. Jakby tego było mało, reżyser doskonale bawi się z nami, a to opóźniając do granic możliwości powrót „prawdziwego” Agenta Coopera czy Audrey (której wątek, kiedy w końcu się pojawił, nie wyjaśnił absolutnie nic, a tylko sfrustrował), a to niemiłosiernie przeciągając ujęcia i długość niektórych scen (słynna scena zamiatania podłogi, czy finałowa podróż samochodem z Odessy do Twin Peaks, trwająca prawie 20 minut ekranowych, podczas których nie dzieje się praktycznie nic) czy mieszając świat serialowy z rzeczywistością (chociażby sen Cole’a z Moniką Bellucci w roli głównej). We live inside a dream oznajmia ogromna twarz Coopera w finałowych odcinkach, jednocześnie informując nas, żeby nie wszystko, co widzimy, brać dosłownie. Wszyscy wspólnie śnimy ten sen, jakim jest powrót Twin Peaks i podobnie jak we śnie – nie wszystko tutaj ma sens, nie wszystkie wątki zostają rozwiązane; pojawiają się różne przypadkowe postacie, wygrzebane gdzieś z najgłębszych zakamarków naszej podświadomości. Twin Peaks: The Return było tego rodzaju snem, za którym tęskni się po przebudzeniu i którego skrawki zostają w naszej głowie jeszcze przez długi czas.

GOTTA LIGHT? (czyli co grało…?)

Co było najlepsze w The Return? Nie będę chyba oryginalny, wskazując tutaj odcinek ósmy, zatytułowany Gotta light?, będący prawdziwym momentem przełomowym, ostatecznie dzielącym widzów pomiędzy fanów starego Miasteczka Twin Peaks, którzy chyba do dziś nie mogą się otrząsnąć z traumy, a fanów Davida Lyncha (w jego najbardziej ekscentrycznej wersji), którzy w ekstazie chłonęli każdą minutę. Wcześniejsze siedem odcinków pozwalało się jeszcze wahać, ale Gotta light? rozwiało wszelkie wątpliwości. To była prawdziwa jazda bez trzymanki – największe odloty Lyncha połączone z najbardziej mrocznymi odjazdami Terrence’a Malicka i Stanleya Kubricka, podczas gdy wędrujemy poprzez eksplozję bomby atomowej, poznając genezę BOBa i narodziny zła. Jakby tego było mało, cały ten kosmiczny spektakl otwiera występ zespołu “The” Nine Inch Nails na deskach Roadhouse’u, a zamyka wywołująca ciarki deklamacja (godny następca Fire walk with me), w wykonaniu równie przerażającego Woodsmana, którego z braku lepszego tłumaczenia nazwać można Leśnym Dziadkiem.

Bardzo podobały mi się też pewne pojedyncze sceny, które mógłbym oglądać w nieskończoność. Do ścisłej czołówki na pewno zalicza się bardzo długo wyczekiwany i wytęskniony powrót prawdziwego Agenta Coopera, który dopiero w odcinku 16 budzi się katatonicznego stanu zwanego “Dougie Jones” i staje się w stu procentach sobą. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem dumnie wypowiedziane słowa I am the FBI, radości nie było końca.

THE PAST DICTATES THE FUTURE (…a co ssało?)

Do niechlubnej czołówki najgorszych scen zalicza się z kolei finałowa walka z BOBem. Byłem nieco zawiedziony rozwiązaniem, w którym człowiek znikąd, posiadający “magiczną” gumową rękawicę, naparza z pięści latającą kulę zawierającą BOBa. Wyglądało to niczym jakaś psychodeliczna gra w pinballa, zabrakło mi w tym momencie dramatyzmu i gdzieś zapodział się terror, który samą swoją obecnością wywoływał BOB (przynajmniej w starej serii). Zamiast tego patrzyłem na całą tę scenę z politowaniem. Aczkolwiek to, co stało się tuż przed nią i zaraz po niej, nieco łagodzi odbiór całości i wynagradza chwile, kiedy musiałem patrzeć na twarz Franka Silvy komputerowo zamkniętą w kuli.

WE ARE LIKE THE DREAMER (czyli wspaniała obsada, nowa i stara)

Prawdziwy popis aktorstwa dał tutaj Kyle MacLachlan, który wcielił się w aż cztery różne osobowości Coopera. Był więc zły sobowtór Coopera, zwany Misterem C lub DoppelCooperem i nieco autystyczny DougieCoop, czyli Dale, który wcielił się w życie Dougiego Jonesa, coś jednak poszło nie tak podczas jego transferu z Czarnej Chaty. Te dwie iteracje Agenta Coopera poznajemy najlepiej, otrzymały bowiem najwięcej czasu ekranowego. Jest też prawdziwy Dougie Jones, który mimo swojej krótkiej sceny kradnie ją w całości. Jest stonowany i małomówny Agent Cooper przemieszczający się poprzez płaszczyzny i przestrzenie zaświatów (lub, jak kto woli, “chat”), który ostatecznie staje się dobrze nam znanym Coopem w momencie, kiedy niemal wszyscy już stracili nadzieję, że ten moment w ogóle nadejdzie. I wreszcie, w finałowym odcinku pojawia się… Richard – postać łącząca w sobie wszystkie osobowości Coopera, która skutecznie je wykorzystuje w poszukiwaniu Laury Palmer.

A skoro już o Laurze mowa, ona także powróciła i – mimo że na przestrzeni osiemnastu odcinków nie pojawia się często – Sheryl Lee zdecydowanie dała radę i udało jej się udźwignąć ciężar roli, która zdefiniowała ją jako aktorkę. Także pozostała część starej obsady pokazała się z jak najlepszej strony. Bardzo miło było zobaczyć, co porabiają teraz Andy (Harry Goaz) i Lucy (Kimmy Robertson), Hawk (Michael Horse), Duży Ed (Everett McGill), Norma (Peggy Lipton), Shelly (Mädchen Amick) czy Bobby (Dana Ashbrook), którego życie dokonało chyba największej rewolucji, bowiem przez minione 25 lat przekształcił się ze zbuntowanego i zamieszanego w handel narkotykami młodzieńca, w jednego z najlepszych zastępców szeryfa Twin Peaks. Dość surrealistycznym, aczkolwiek bardzo humorystycznym akcentem okazał się Jerry Horne (David Patrick Kelly), zagubiony w lesie i wiecznie na haju. Doskonale wypada też klasyczny duet agentów FBI – Gordon Cole (David Lynch) i niezastąpiony Albert Rosenfield (Miguel Ferrer), któremu czas nie przytępił ciętego języka. Swoją dawną postać Carla Rodda do perfekcji doprowadził nieodżałowany Harry Dean Stanton, który zaledwie przed paroma dniami od nas odszedł. Równie doskonale sprawdziła się Grace Zabriskie w roli Sary Palmer, której demoniczny występ do tej pory wywołuje u mnie ciarki. Niezwykłą okazję do pożegnania miała umierająca na raka Catherine Coulson, która w roli Pieńkowej Damy wypowiedziała swoje ostatnie słowa, jednocześnie wywołując potok łez wśród widzów, w chyba najbardziej wzruszającej scenie całego serialu.

Powrót Twin Peaks to także cała plejada zupełnie nowych postaci, wśród których można się wręcz pogubić. Niektóre z nich pojawiają się zaledwie na chwilę, inne zostają z nami na dłużej. Wśród nowych twarzy na większą uwagę na pewno zasługują Janey-E (Naomi Watts) – nieustraszona małżonka Dougiego, Richard Horne (Eamon Farren) – podły i zły do szpiku kości potomek Audrey (i prawdopodobnie złego Coopera), Hutch (Tim Roth) i Chantal (Jennifer Jason Leigh) – para nieco wieśniackich, lecz niezwykle skutecznych zabójców, oraz najlepszy w tej serii duet (jeśli chodzi o nowe postacie) – bracia Mitchum (James Belushi i Robert Knepper) – właściciele kasyna w Las Vegas i gangsterzy o sercach ze złota. Chemia między nimi a Dougiem, wspólne dialogi i interakcje – prawdziwe mistrzostwo. I kto by pomyślał, że Belushi potrafi tak dobrze grać? No i przede wszystkim stara-nowa postać, do której Agent Cooper w Miasteczku Twin Peaks kierował wszystkie swoje nagrywane na dyktafon wiadomości. Mowa tu oczywiście o dotychczas bezcielesnej Diane (co do istnienia której niektórzy mieli wątpliwości), która w końcu zyskała ciało i to nie byle jakie, wcieliła się w nią bowiem genialna Laura Dern.

LET’S ROCK (czyli there’s always music in the air)

Kolejnym bardzo ważnym elementem nowego Twin Peaks jest niewątpliwie muzyka. I tutaj Lynch postanowił zastosować swego rodzaju eksperyment i zrezygnował całkowicie z sentymentu, jaki zapewne wielu z nas czuje do ścieżki dźwiękowej autorstwa Angelo Badalamentiego. Doskonale nam znany temat przewodni usłyszymy oczywiście w czołówce, ale poza nim starej muzyki w The Return jest zaskakująco mało. Zamiast niej niemal każdy odcinek kończy się występem jakiegoś zespołu na deskach baru Bang-Bang (znanego lepiej jako Roadhouse), gdzie usłyszymy takie gwiazdy jak wspomniane już Nine Inch Nails, The Veils, Lissie, Eddiego Veddera czy Chromatics. Część sentymentu jednak została, nie zabrakło bowiem Julee Cruise, której występ wieńczył całą serię. Był to zabieg dość ryzykowny, gdyż muzyka Badalamentiego zawsze stanowiła jeden z najmocniejszych punktów starych sezonów, udał się jednak w stu procentach. Nowe Twin Peaks na nowe czasy, okraszone zostało zupełnie nową ścieżką dźwiękową, od czasu do czasu tylko uderzając w dobrze nam znane tony.

THERE’S SOME FEAR IN LETTING GO

Niezależnie od tego, czy komuś podobał się powrót Twin Peaks, czy też całkowicie rozczarował, nie sposób odmówić mu tego, że po raz kolejny było to zjawisko, jakiego telewizja do tej pory nie widziała. Swoboda artystyczna i zaufanie, które Lynch i Frost dostali od stacji Showtime, opłaciły się, a twórcy dali nam coś wyjątkowego i oryginalnego. Jeśli jednak ktoś liczył na to, że pozna odpowiedź na pytanie z finału drugiego sezonu (How’s Annie?), to może się rozczarować. Zamiast tego otrzymaliśmy zupełnie nowe finałowe pytanie (What year is this?), które zapewne będzie prześladować fanów jeszcze przez wiele lat. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy finał Twin Peaks: The Return mi się podobał. Z jednej strony idealnym rozwiązaniem byłoby dla mnie zakończenie tego serialu na odcinku siedemnastym, który (poza kilkoma drobnymi mankamentami) jest idealnym, wręcz wymarzonym finałem (kolejna wspaniała scena – wymazania morderstwa Laury Palmer z historii i hołd dla zmarłego Jacka Nance’a, który nareszcie w spokoju mógł pójść na ryby, nie niepokojony przez leżące na brzegu ciało). Ale Lynch nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił do kotła jeszcze czegoś od siebie. Prawdziwy finałowy odcinek bowiem przewraca wszystko do góry nogami, serwując nam rozwiązanie rodem z Zagubionej autostrady. Analiza tego wszystkiego to temat na osobny, obszerny artykuł, który zdecydowanie powinien napisać ktoś mądrzejszy ode mnie. Jednak po przetrawieniu całości Twin Peaks: The Return i spojrzeniu na nią z dystansu, uważam ten powrót za bardzo udany i na pewno będzie mi brakowało tego serialu. Poniedziałkowe wieczory są teraz wyjątkowo puste i pustki tej nie potrafią zapełnić emitowane tego dnia seriale. W Twin Peaks bowiem był ten element zaskoczenia, nieobecny w innych produkcjach. Ten absurd i surrealizm, uczucie, że mimo pewnych domysłów, tak naprawdę nie masz zielonego pojęcia, co wydarzy się dalej, a każda kolejna scena jest całkowicie zaskakującą niespodzianką. Jak powiedziała Pieńkowa Dama w jednej ze swoich ostatnich scen – There’s some fear in letting go. Tym razem jednak trzeba będzie odpuścić i pożegnać Twin Peaks. Tym bowiem jest The Return – pożegnaniem, którego odmówiono twórcom 25 lat temu, anulując produkcję serialu. Pożegnaniem z zaludniającymi ten świat postaciami, z aktorami, którzy odeszli, i przede wszystkim z nami – widzami.

Fot.: Showtime, HBO Polska


Twin Peaks: The Return obejrzycie na kanałach HBO oraz w serwisie HBO GO

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *