Filmy,Recenzje

Jest dobrze – Sam Hargrave – “Tyler Rake: Ocalenie” [recenzja]

tyler rake
tyler rake

Dobre filmy akcji mają to do siebie, że człowiek chętnie do nich wraca. Tak po prostu. Bo lubimy głównego bohatera i jego suche powiedzonka (Z “Yippee-ki-yay” na czele), bo podobają nam się sceny walk, bo lubimy opowiedzianą historię czy wreszcie, dlatego że mają w sobie tę epickość, w której zawiera się magia kina. Przygotowując się do poniższego tekstu, zdałem sobie sprawę, że tylko kilka filmów sensacyjnych może się poszczycić mianem takich, do których chętnie powracam. Wspomnę jedynie o kilku z nich: Szklana pułapka, John Wick, Uprowadzona, trylogia Bourne’a czy Człowiek w ogniu. Dostępny od dziś na Netflixie Tyler Rake: Ocalenie ma wszystkie atuty, aby być jedną z tego typu produkcji.

Tyler Rake niegdyś był żołnierzem, dziś jest najemnikiem. Wykonuje najbardziej niebezpieczne zlecenia i ma w głębokim poważaniu swoje życie. Gdy otrzymuje od swojej wspólniczki zlecenie, niemal niewykonalne (odbicie z rąk jednego bossa narkotykowego uprowadzonego syna konkurującego bossa), przyjmuje je bez zastanowienia. W tym celu Tyler Rake udaje się do Bangladeszu i po ustaleniu wszelkich szczegółów przystępuje do wypełnienia misji. Początkowo stosunkowo prosta misja szybko przybiera nieoczekiwany dla Tylera oraz jego ekipy obrót, a sprawy znacząco się komplikują…

Producentami filmu są Joe Russo, Anthony Russo, Mike Larocca, Chris Hemsworth, Eric Gitter i Peter Schwerin, a więc po części ekipa, która w większości zna się doskonale, ponieważ współpracują ze sobą od czasów Avengers: Wojna bez granic. Scenariusz tej historii jest adaptacją komiksu Ciudad, autorstwa braci Russo. Na stanowisku reżysera obsadzono Sama Hargrave’a, który dotąd ma na koncie autorską krótkometrażówkę, ale jako aktor z pewnością nabierał szlifów, chociażby na planie Deadpoola 2 czy Atomic Blonde, więc pojęcie o kręceniu sekwencji akcji z pewnością ma, co zresztą udowodnił pięknie filmem Tyler Rake: Ocalenie. Swoją drogą, polski tytuł uważam za zbyt dosłowny i niepotrzebny, wystarczyło przetłumaczyć oryginalny. Chyba, że tłumaczowi przyświecał jakiś zamysł, o którym w tym momencie nie mamy pojęcia.

Bardzo miło było zobaczyć Chrisa Hemswortha w innej stylizacji, bez blond włosów, marvelowskiego stroju i młota. I z miejsca mamy pozytywne zaskoczenie: Hemsworth czuje swojego bohatera, fajnie gra przy użyciu minimalnych środków, ale w kluczowych momentach potrafi dokręcić śrubę i co ważniejsze – nie przerysowuje bohatera w żadną ze stron. Dzięki temu Tyler Rake jest doskonale wyszkolonym twardzielem, zmagającym się z potworną przeszłością i nie jest przy tym ani bezuczuciową machiną do zabijania, ani ckliwą pierdołą. Towarzyszący mu na ekranie młody Rudhraksh Jaiswal naprawdę dał radę. Pełnoprawnie partneruje Hemsworthowi, często nadając odpowiedni ton poszczególnym scenom. Miłośników Davida Harboura ucieszy fakt, że aktor najbadziej znany z roli Komendanta Jima Hoppera z serialu Stranger Things zaliczył tu kilkunastominutowy występ, dostarczając solidny kawał rozrywki.

Dziełu Sama Hargrave’a udało się to, czego nie udało się rok temu Potrójnej granicy, która zapowiadała się dobrze, a okazała się być zaledwie przeciętna i to tylko dla tych bardziej wyrozumiałych widzów. Tyler Rake: Ocalenie ma znacznie lepiej rozpisaną akcję, twórcy nie popadli w przesadę z suchymi dowcipami i samego humoru jest tutaj naprawdę niewiele, a gdy się pojawia – na szczęście – nie wywołuje załamywania rąk. To samo tyczy się choreografii walk, która momentami potrafi naprawdę wywołać spore wrażenie. Chris Hemsworth podobno w większości scen nie korzystał z usług dublera, dlatego tym lepiej to wygląda na ekrania. Tym bardziej, że układy poszczególnych walk są tak pomysłowe i rozbudowane, że przywodzą na myśl Johna Wicka. Sama sekwencja starcia między Tylerem a depczącym mu po piętach Saju w ciasnych, brudnych i zapuszczonych budynkach, na zatłoczonych ulicach pełnych samochodów to istna perełka wizualna tego filmu, będąca kilkunastominutowym master shotem (bądź zręcznie ten zabieg imitująca).

Oczywiście nie jest też tak, że nie ma się tu do czego przyczepić. Drażnić mogą przebitki z przeszłości Rake’a, oczywiście odpowiednio zamglone i zmontowane tak, że z miejsca kojarzą się z majakami Maximusa z Gladiatora. Zabieg ten ma swoje uzasadnienie fabularne, ale zrozumiem tych, którzy będą kręcić nosem na te sceny. Przeszłość głównego bohatera można było zarysować w nieco mniej patetyczny sposób. Jest jeszcze kwestia raczej oczywista, ale mimo wszystko postanowiłem o niej wspomnieć – Tyler Rake: Ocalenie to film akcji, dlatego też należy oczekiwać, że będziemy mieć do czyninia z momentami drewnianymi dialogami, suchymi żartami, niebywałą umiejętnością unikania kul przez głównego bohatera przy jednoczesnej, niemal stuprocentowej celności w jego wykonaniu. To jednak są tego typu “głupotki”, które łatwo jesteśmy w stanie puścić w niepamięć, tym bardziej, że film ten perfekcyjnie robi to, do czego został stworzony – dostarcza świetnej rozrywki, jest wypełniony porządną akcją i daje widzowi poczucie satysfakcji po skończonym seansie.

Tyler Rake: Ocalenie | Oficjalny zwiastun | Netflix

Fot.: Netflix 

Podobne wpisy:

Reżyseria7
Scenariusz7
Aktorstwo7.5
Kwestie techniczne8
Muzyka5.5
Emocje8
7.2Ocena ogólna
Avatar

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *