Ulubieńcy miesiąca: Maj 2018

Kolejny miesiąc znów minął niepostrzeżenie, w dodatku podobnie sprawa ma się z kolejnym – czerwiec już zbliża się do końca, a nam dopiero teraz udało się zebrać naszych ulubieńców maja. Na szczęście z tymi ulubieńcami sprawa wygląda tak, że nieważne, jak późno o nich napiszemy – większość z nich jest wciąż aktualna i tylko czeka na kolejnych entuzjastów. Tym razem znów jest różnorodnie – opowiadamy między innymi o malarstwie, o serialach, o filmach, o wydarzeniach związanych z e-sportem, o książkach, o muzyce… Nie ma co ukrywać, że dominują seriale, ale i gry komputerowe znalazły w maju swoje miejsce w naszych sercach. Liczymy na to, że wymienione poniżej pozycje choć trochę Was zainteresują, a kto wie, może już większość z nich znacie? Być może wybierzecie któryś serial lub film, z tytułów, które oczarowały naszych redaktorów, i skryjecie się wraz z nim przed upałami, których ani maj, ani czerwiec nam nie skąpią? Może książka, o której wspomina jedna z redaktorek, zachęci Was na tyle, że jeszcze dziś skusicie się na jej zakup lub wypożyczenie (ktoś wciąż jeszcze to robi?). Może muzyka proponowana przez naszego fana cięższych brzmień przemówi także i do Was? Kto wie, może za namową Małgosi wybierzecie się do amsterdamskiego muzeum? Taki obrót spraw z pewnościa by nas ucieszył, dlatego kończymy ten wstęp i zapraszamy po prostu do lektury Ulubieńców Maja – nie zapomnijcie również podzielić się swoimi faworytami!


 

Sylwia Sekret

Tym razem, wyjątkowo, ulubieńców mam aż dwóch. Jednym z nich jest wydarzenie, które miało miejsce w drugim tygodniu maja, a drugim audiobook, którego skończyłam słuchać już pod sam koniec minionego miesiąca, ale ponieważ powieść ta niewiarygodnie uprzyjemniła mi kilka majowych dni, muszę o niej wspomnieć. Są to dwa kompletnie inne światy kulturalne, ale obydwa odwiedziłam bardzo chętnie.

Pierwszym ulubieńcem maja 2018, który przeszedł już w zasadzie do historii (maj, nie ulubieniec), są finały Overwatch Contenders, które odbywały się w Polsce w studiu filmowym w Alwerni. Uwielbiam tę grę i poświęcam jej mnóstwo czasu… a dla zainteresowanych krytyką, potwierdzam: tak, jestem babą. Co więcej: jestem babą, gram w strzelankę na konsoli, a do tego upodobałam sobie snajperów (chociaż wiadomo – D.Va forever). Kiedy więc okazało się, że finały odbywają się w naszym kraju, a bilety wcale nie są drogie, w dodatku do miejscowości położonej pomiędzy Krakowem a Katowicami nie jest daleko – decyzja została podjęta szybko. I umówmy się – nie były to finały Overwatch League, wiadomo, ale zobaczyć na żywo to wszystko, co do tej pory oglądałam tylko na ekranie laptopa lub telewizora, siedzieć na widowni, podpatrywać od kuchni, jak tworzone jest coś takiego, a także znajdować się wśród osób, które również ekscytują się świetnie puszczonym ultem, nieprawdopodobnym headshotem czy genialnym zgraniem drużyny – naprawdę było warto. Trochę co prawda zawiodło mnie to, że oprócz samych rozgrywek zabrakło czegoś więcej – jakiś konkurs na cosplay, jakiś sklepik Blizzarda, choćby z pierdołami – czegoś, na czym można by zawiesić oko pomiędzy meczam. Ale nawet bez tego było to naprawdę coś wyjątkowego i fajnie było kibicować drużynom, siedząc dosłownie kilka kroków od nich. Miło było zobaczyć starszą panią na widowni, która z uporem maniaka wpatrywała się w ekran i gołym okiem było widać, że nie ma pojęcia, co tam się dzieje, ale co chwila zerkała na swojego zachwyconego wnuka – oby więcej takich babć :). Teraz tylko czekać aż Liga Overwatch będzie do obejrzenia w Polsce – wtedy na pewno również się wybiorę, a póki co, pozostaje Twitch.

Moim kolejnym ulubieńcem jest natomiast powieść Pozdrawiam i przepraszam autorstwa Fredrika Bakcmana, o której dość obszernie pisałam TUTAJ. Co prawda ja zapoznałam się z nią w formie audiobooka, ale w ulubieńcach niech funkcjonuje po prostu jako powieść. Nieważne bowiem, w jakiej formie się z nią zapoznacie – ważne, że w ogóle. Nie chodzi o to, że ta historia zmieni diametralnie Wasze myślenie albo uważam ją za najważniejszą książkę wszech czasów opowiadającą o niesłychanie ważnych sprawach. Jest jednak tak przepiękna, tak urokliwa i oczywiście mądra, będąc przy tym zabawną i wzruszającą, że naprawdę nie wiem, kim trzeba by było być, aby jej nie docenić i nie obdarzyć sympatią. W Pozdrawiam i przepraszam poznajemy siedmioletną (prawie ośmioletnią) Elsę, której najlepszą przyjaciółką jest jej babcia. I jeśli wyobrażacie sobie teraz staruszkę i jej wnuczkę, które robią razem na drutach lub pichcą konfitury wiśniowe, to grubo – oj, bardzo grubo – się mylicie. Zamiast tego wyobraźcie sobie babcię, która rzuca znalezioną w ZOO kupą prosto w policjanta… i jej wnuczkę, która na komisariacie zaczyna się ze wspomnianą babcią wykłócać przy wtórze przewracającej oczami funkcjonariuszki. Wyobraźcie sobie staruszkę, która zakopuje się w śniegu na długie godziny tylko po to, by wyskoczyć na swoją sąsiadkę i śmiertelnie ją wystarszyć, i jej wnuczkę, która, jak śmiem przypuszczać, jest mądrzejsza od większości z nas. Ale babcia Elsy to nie tylko awanturniczka i huncwot, ale także – a raczej: przede wszystkim – superbohaterka. Jak to? – spytacie; dlaczego? – zdziwicie się… Jednak na te pytania niech odpowie Wam sama książka. Pozdrawiam i przepraszam to póki co najlepsza powieść, jaką czytałam w tym roku, i jedna z moich – już teraz – najukochańszych; tuż obok Kingowego To i McCammonowych Magicznych lat. Przeczytajcie koniecznie!


Paulina Markowska

Maj nie zaznaczył się jakoś szczególnie w moim kulturowym życiu. Ani żadnych ciekawych teledysków, ani równie interesujących książek, które miałam okazję przeczytać. Słabiutko… Ale przecież wypada coś tu napisać. Choćby krótko, ale jednak. Siedzę i myślę, ale mam całkowitą pustkę w głowie. Włączam Spotify i szukam tam jakiejkolwiek inspiracji. I wiecie co? Znalazłam.

Myślę, że jednym z ważniejszych majowych wydarzeń jest informacja o koncercie Shawna Mendesa w Polsce, a następnie ukazanie się jego kolejnej płyty. Piosenkarz szalenie szybko robi karierę muzyczną, a przy tym daje się poznać jako zwyczajny i skromny chłopak. Jednak kiedy bierze gitarę do ręki, porywa tłumy. Teledysk do utworu In my blood w tej chwili (kiedy to piszę) ma już 96 milionów wyświetleń. Na płytę Shawna czekałam od momentu, kiedy usłyszałam właśnie In my blood. Odnoszę wrażenie, że jego najnowszy krążek jest dojrzalszy niż poprzednie. Więcej tu wolniejszych nut, ale i jeszcze piękniejszych tekstów. Z niecierpliwością czekam na kolejny teledysk, bo Shawn zawsze zaskakuje mnie ich prostotą. Jestem ciekawa, co wymyśli tym razem.

Shawn Mendes – In My Blood


Marla Magdalena

Cały maj był u mnie serialowo zdominowany przez amerykańską wersję The Office. Wcześniej wiedziałam o nim jedynie tyle, że gra tam niezwykle lubiany przeze mnie Steve Carell, serial jest dość stary i ma format mockumentu, czyli satyrycznego “udawacza” filmu dokumentalnego (z powodzeniem stosowany również np. w Chłopakach z baraków). Serial przypomniał mi się zupełnie przypadkowo, okazało się, że jeden odcinek (nie licząc odcinków specjalnych) to jedynie ok. 20 minut, więc będzie idealny do zjedzenia obiadu lub wieczornego seansu, kiedy 90 minut było niemal dosłownym gwoździem do trumny dla zmęczenia. No i przepadłam. Ten serial jest tak ciepły, zabawny i niesamowicie poprowadzony, że wcale już nie dziwią mnie opinie, że oprócz Przyjaciół jest to jeden z najlepszych seriali na świecie. Myślę, że dużą zasługą takiego przywiązania się do bohaterów (abstrahując już od tego, że serial dzieje się od 2003 do 2015 roku), jest ich niesamowita charyzma. Każda z postaci serialu, który opowiada o niczym innym, jak o codziennej pracy firmy zajmującej się sprzedażą papieru, jest tak niezwykle charakterystyczny, że trudno nie uśmiechać się przez cały serial. Ba! W niektórych przypadkach możemy nawet przewidywać kolejne losy bohaterów (które i tak niejednokrotnie nas zaskakują), zmiany relacji pomiędzy nimi czy nadciągające katastrofy. Dużym odkryciem był fakt, że za brytyjską wersję tego serialu odpowiedzialny jest Ricky Gervais (który grał tam również główną rolę, odpowiednik Carella), a dodatkowo jest również jednym z twórców wersji amerykańskiej. Ricky jest dla mnie wyznacznikiem klasy humoru, nie zawsze prostego i łatwego w odbiorze (polecam jego serial Derek o niepełnosprawnym mężczyźnie udzielającym się w domu opieki), więc ta informacja była ostatnim puzzlem w tej układance. The Office to cudowny, niesamowity i zapadający w serduszko serial, więc wszystkim, którzy jeszcze go nie widzieli – serdecznie polecam! Nie dajcie się zwieść spokojnemu wprowadzeniu, przed Wami ogrom wzruszeń, bolący od śmiechu brzuch i świetny humor do końca dnia po każdym odcinku!


Mateusz Cyra

Tak się składa, że na finałach Overwatch Contenders, rozgrywanych w Alwerni, byliśmy z Sylwią razem. I podobnie jak u niej – wydarzenie to zdominowało mój maj i na dobrą sprawę po dziś dzień wracam do tamtych emocji i przeżywania swojej ulubionej gry w kompletnie odmiennej formie. Nie od dziś na łamach Głosu Kultury wspominam, że Overwatch to moja ulubiona gra i – co ciekawe – w ciągu tych dwóch lat kompletnie nic się w tej dziedzinie nie zmieniło, a gra Blizzarda jedynie umocniła swoją pozycję w mojej głowie, moim sercu i dzień w dzień, miesiąc w miesiąc z wielkimi sukcesami kradnie mój czas wolny. Nie dość, że gram w to nałogowo, to jeszcze poświęcam sporo czasu na oglądanie streamów na Twitchu oraz filmików na YouTube. Mam zresztą ulubionych twórców/zawodników, których kanały subskrybuję, jednak głównie są to kanały zagraniczne (Hoshizora, just stevo, custa, DJXyanyde), jest jednak jeden wyjątek z polskiego podwórka, którego oglądanie sprawia mi prawdziwą przyjemność (Falc00n).

Jakby tego było mało, twórcy gry od początku tego roku z dużym powodzeniem weszli w e-sport, tworząc Overwatch League oraz rozgrywki Overwatch Contenders, co dla osób, które nie są wtajemniczone, można porównać do piłkarskiej Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy UEFA. O ile regularnie śledzę wyniki OWL i mam tam ulubioną drużynę (Los Angeles Valiant) oraz ulubionych zawodników (Custa, Soon), o tyle OWC interesuje mnie średnio. Kiedy jednak mój ulubiony polski youtuber (pozdro Falc00n ;)) zorganizował konkurs, w którym do wygrania były bilety na finały Contenders w Alwerni, stwierdziłem, że taka okazja prędko się nie powtórzy. Konkurs wygrałem i tydzień później byliśmy już w drodze do Alvernia Studios, gdzie rozgrywane były finały dywizji Europejskiej oraz Ameryki Północnej. Już samo miejsce sprawiało ogromne wrażenie, a ekipa Blizzarda dołożyła do tego swoje trzy grosze, w efekcie czego te pierwsze minuty i wejście schodami w górę na salę, w której już trwało pierwsze spotkanie, zapamiętam chyba na całe życie. Wiedziałem, czego się spodziewać po transmisjach z Twitcha, ale jednak oglądanie tego na żywo to kompletnie inna bajka. Możliwość oglądania pracy wszystkich osób zaangażowanych (kamerzystów, operatorów, dźwiękowców, informatyków, sędziów, komentatorów, prowadzących, ochrony) w to, żeby ta dwunastka graczy mogła bez przeszkód walczyć o zwycięstwo dla swojej drużyny – bezcenne. Oglądanie na dużym ekranie zmagań poszczególnych teamów, kibicowanie oraz przyglądanie się ułamkowi polskiej społeczności zaangażowanej w tę grę – także bezcenne. Jednak mimo wszystko chyba najlepszym punktem całego tego weekendu była możliwość spotkania i przetarcia szlaków znajomości z Falc00nem, którego twórczość, wiedzę o grze oraz ogromną samoświadomość strasznie cenię. Naprawdę niewielu jest twórców (a jeszcze mniej tych z Polski), którzy nie dość, że nie mają większych oporów przed wrzucaniem swoich filmików z gier, które nie zawsze są wygrane, to jeszcze jak coś nie idzie, to mają cywilną odwagę przyznać w trakcie nagrania “słuchajcie, ale to spierniczyłem”. Jednak 99% sytuacji, gdy komuś nie idzie, kończy się obwinianiem drużyny, zwalaniem na zły celownik czy błędy gry, co z reguły prowadzi do idiotycznych zagrań, irytacji i wybierania bohaterów kompletnie niepasujących do aktualnego przebiegu walki. U Falc00na tego nie ma – facet ma naprawdę fenomenalne wyczucie i wspomnianą już samoświadomość – jeśli coś spieprzy, nie zawaha się powiedzieć tego wprost i zawsze stara się dopasować do drużyny w jednym, prostym celu – żeby spróbować wygrać. A do tego jest straszną gadułą, ale opowiada w taki sposób, że chce się go słuchać. Dlatego też spotkanie na żywo, wymiana zdań i generalnie wspólne emocjonowanie się Overwatchem było naprawdę świetną sprawą i nie miałem najmniejszych wątpliwości, co będzie moim ulubieńcem maja.


Małgosia Kilijanek

Już na początku maja wiedziałam, kogo mogę mianować ulubieńcami tego miesiąca, wybierając kategorię: malarstwo. Stało się to podczas podziwiania z bliska dzieł Vincenta van Gogha w amsterdamskim Muzeum Van Gogha oraz w Rijksmuseum, czyli holenderskim muzeum narodowym (mam nadzieję, iż oglądaliście Twojego Vincenta w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmanna – jeśli nie, zapraszam do lektury recenzji i nadrobienia zaległości ;)). W pierwszym z wymienionych miejsc obowiązuje zakaz fotografowania dzieł mistrza, co należałoby przyjąć z entuzjazmem i skupić się na przyglądaniu pociągnięciom pędzla, a nie patrzeniu na nie przez ekrany telefonów i aparatów (choć w turystycznych grupach nie brak odważnych, którzy za cel najwyższy stawiają sobie bliskie spotkanie z obrazami uwiecznić w formacie jpg). Całą kolekcję można oglądać na internetowej stronie muzeum, więc by powrócić do nich, wcale nie trzeba posiadać fotografii z ukrycia. Wystawa stała to chronologiczne skomponowanie etapów życia malarza, określanych nazwami miejsc, w których żył i tworzył (takie jak Paryż, Arles, Saint-Remy i Auvers-sur-Oise), a największy zbiór obrazów stanowią egzemplarze, które pierwotnie należały do Theo, młodszego brata Vincenta. Najdłuższe przystanki w wędrówce przez ekspozycję zapewniają tytuły Jedzący kartofle (jedno z najcenniejszych dzieł sztuki eksponowanych w muzeum), Dom Vincenta w Arles, Autoportret w szarym kapeluszu, jeden obraz z cyklu Słoneczników oraz Pole pszenicy z krukami, który uznawany jest za ostatni namalowany przed śmiercią artysty. Wystawie stałej towarzyszyła także czasowa, czyli Van Gogh & Japan, prezentująca japońskie inspiracje malarza i jego interpretacje kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Wyjątkowym było zmierzenie się ze słowami artysty, które umieścił w liście do brata: Obowiązkiem malarza jest całkowicie pogrążyć się w przyrodzie, przelać w swoje dzieło całą inteligencję i wszystkie swoje uczucia, aby stało się ono zrozumiałe dla innych.

W Rijksmusem można  przyjrzeć się za to z bliska Autoportretowi Van Gogha z 1887 roku. Muzeum narodowe w Amsterdamie słynie jednak przede wszystkim z dzieł Rembrandta (Straż nocna, Żydowska narzeczona, Syndycy cechu sukienników) oraz Jana Vermeera (Mleczarka, List miłosny). Kolekcja gromadzi ponad pięć tysięcy obrazów reprezentujących malarstwo holenderskie i światowe XV-XIX wieku oraz sztukę azjatycką. Spacer po trzech kondygnacjach, by wszystkiemu się przyjrzeć, zaliczyć można do męczących, jednak muzeum oferuje możliwość wielokrotnego korzystania z biletu przez cały dzień, więc w przerwie zwiedzania gmachu odwiedzający mają możliwość odpocząć w parku czy przy urokliwych kanałach. Kolejnym malarskim faworytem z Rijks mogę określić Melchiora de Hondecoetera, holenderskiego przedstawiciela baroku, który z niebywałą precyzją malował ptaki – zarówno te egzotyczne, jak i drób (Menażeria, Torba myśliwska na tarasie). Nazywano go nawet Rafaelem Ptaków. Warto wspomnieć, iż jego nazwisko znalazło się w najnowszym zbiorze opowiadań Olgi Tokarczuk – Opowiadania bizarne, w Prawdziwej historii. Tę pozycję literacką również chętnie umieściłabym w majowych ulubieńcach, ale zasługuje ona na dłuższy opis, którym z pewnością wkrótce się podzielę.


Metal Gear Solid V: The Phantom PainMichał Bębenek

W moim przypadku maj upłynął pod znakiem słońca, plaży i dobrego piwa… Ale kiedy już wieczorami zaszywałem się w swojej jaskini nietoperza i odpalałem konsolę, wcielałem się w Big Bossa, znanego też jako Snake – czyli bohatera gier z serii Metal Gear Solid. Dlatego też jako majowego ulubieńca zaliczam najnowszy tytuł cyklu autorstwa Hideo Kojimy – Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że z serią MGS ostatni raz miałem do czynienia kilkanaście lat temu, kiedy to zagrywałem się w pierwszym Metal Gear Solid, jeszcze na konsoli PSX i na tej jednej części właściwie zamyka się moja znajomość historii Snake’a. Co prawda przed rozgrywką The Phantom Pain obejrzałem sobie na YouTube kilka filmików skrótowo opisujących fabułę poprzednich gier z serii, lecz cała ta opowieść jest tak skomplikowana, że ogarnięcie jej przez kogoś, kto w te gry nie grał, jest niemal niemożliwe. Mimo tego, najnowsza odsłona MGS-a sprawiła mi wielką frajdę (i nadal sprawia, bo daleko mi jeszcze do końca) – wystarczy pobieżna znajomość “mitologii” Kojimy, żeby cieszyć się rozgrywką (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że pewnie przez to ominęło mnie sporo easter-eggów i odniesień do wcześniejszych części), nadal bowiem jest to jedna z najlepszych “skradanek” na rynku. Do tego akcja The Phantom Pain rozgrywa się w latach 80., w Afganistanie w czasie radzieckiej okupacji – wobec tego mamy do czynienia z pięknymi pustynnymi plenerami, wśród których możemy bezkarnie eliminować złych Sowietów. A jakby tego było jeszcze mało – Snake przemawia głosem Kiefera Sutherlanda, którego nie sposób pomylić z nikim innym (wielbiciele serialu 24 godziny będą zachwyceni, słysząc Jacka Bauera). Posiadacze konsol Xbox ONE i abonamentu Gold jeszcze do połowy czerwca mogą pobrać sobie The Phantom Pain zupełnie za darmo, w ramach usługi Games with Gold, jest to więc świetna okazja, żeby zapoznać się z tym tytułem.


Iwona Mózgowiec

Jestem zwolenniczką teorii, że największe oczarowania dopadają człowieka znienacka i biorą się z braku oczekiwań. I tak było z ulubieńcem maja – komedią  Pozycja obowiązkowa w reżyserii Billa Holdermana. Na ten frywolny, zabawny film poszłam bardziej jako osoba towarzysząca niż jako widz właściwy. I z miejsca oczarowały mnie Jane Fonda (Vivian), Diane Keaton (Diane), Candice Bergen (Sharon) i Mary Streenburgen (Carol) w rolach dojrzałych członkiń klubu czytelniczego, które od lat spotykają się w tym samym towarzystwie, by przy lampce wina omawiać obowiązkowe pozycje literackie. Do tego wszystkiego zaskoczyła mnie obecność Andy’ego Garcii w takim gronie (wiedzieliście, że on ma już 62 lata?). Wydawałoby się, że scenariusz oparty na przygodach nie najmłodszych już pań, które dorwały się do lektury Pięcdziesiąt twarzy Greya, raczej niczym nie zaskoczy. Tymczasem błyskotliwie poprowadzone dialogi i wyśmienita gra aktorska wspomnianych wyżej gwiazd 60+ wystarczyły, by z mało obiecującego filmu stworzyć wyciskacz łez. Oczywiście łez śmiechu. Zadanie trochę karkołomne, bo tak drażliwy temat jak seks w jesieni wieku mógł wywoływać u widza zażenowanie, niesmak, a w najgorszym przypadku również przerażenie (“mam tak samo!”). Twórcom filmu udało się jednak nie przeszarżować z gagami i przaśnymi tekstami. I szczęśliwie nie wszystko zostało wyśmiane, wyszydzone i strywializowane. Choć niektóre zabiegi i starania bohaterów wydają się groteskowe, to jednak happy endy wszystkich historii (przewidywalne) pokazują, że kluczem udanej relacji jest po prostu zaufanie i rozmowa. W efekcie można bez obaw oglądać film z mamą, nie ryzykując krępującej ciszy po seansie. Serdecznie polecam!


Magda Kwaśniok

Maj – miesiąc, w którym kwitną kasztany, a biedni maturzyści nie mają czasu myśleć o tym, jaki serial Netflixa zacząć oglądać w następnej kolejności. Na szczęście z pomocą przyszli moi znajomi. Gdy pod koniec miesiąca wszystkie egzaminy miałam już za sobą i rozpoczęłam najdłuższe wakacje w moim życiu, dobrze wiedziałam, od której produkcji je zacznę – La casa de papel, czyli Dom z papieru. Przyznam szczerze, że początkowo byłam mocno sceptyczna… Uwielbiam wszelkie (dobre) filmy gangsterskie i zastanawiałam się, w jaki sposób historia napadu na hiszpańską mennicę ma się do np. uwielbianego przeze mnie Ojca Chrzestnego. Odpowiedź jest całkiem prosta: hiszpańska produkcja nie dorównuje tego typu klasykom głównie dlatego, że nawet nie próbuje tego robić. La casa de papel prezentuje zupełnie inne podejście do tematu, skupiając się w głównej mierze na psychice wszystkich bohaterów. Ośmiu wyjętych spod prawa ludzi znanych jako: Moskwa, Tokio, Denver, Nairobi, Rio, Berlin, Oslo i Helsinki; mózg całej operacji, Profesor; obóz przeciwny, w którym na pierwszy plan wysuwa się inspektor Raquel, oraz grupa zakładników, gdzie prym wiodą: szef mennicy, jego asystentka i młoda Alison Parker… Dzięki temu, że poświęcono czas każdej z tych postaci, całe zdarzenie pokazano z trzech skrajnie różnych perspektyw: oprawców, ofiar i “tych dobrych”. Taki podział jest jednak ogromnym uproszczeniem, gdyż Dom z papieru fantastycznie pokazuje, jak różnie potrafią się zachować ludzie w obliczu zagrożenia czy presji – bez względu na to, po której stronie barykady stoją.

Z góry ostrzegam, że jeśli szukacie efektownych scen pościgów, dużej ilości strzelanin, efektów specjalnych i wszystkiego, co charakteryzuje komercyjną część tego typu produkcji, oglądając La casa de papel, szalenie się wynudzicie. Zamiast tego twórcy hiszpańskiego serialu pokażą Wam postać genialnego człowieka i jego perfekcyjny plan; pozwolą Wam poznać w mniejszym lub większym stopniu każdego z kryminalistów i raz za razem będą przed Wami stawiali wyzwanie moralne… Czasem dadzą złodziei polubić, czasem pokażą ich gorszą stronę, ale już po paru odcinkach nie tak łatwo będzie Wam trzymać kciuki za to, by spacyfikowano włamywaczy. Niezwykle umiejętne wykorzystanie czasu jedynie potęguje te wrażenia: retrospekcje przybliżają widzom wcześniejsze losy bohaterów, jednak na ogół wszystko dzieje się niezwykle powoli. Te minuty, które upływają nam przed laptopem, upływają w tym samym tempie bohaterom, dzięki czemu widzimy stopniowo rozwijającą się u nich panikę i bezradność, co częściowo napawa współczuciem. Przez pokazanie motywacji każdego z włamywaczy, widz nie czuje się zmuszony do darzenia ich sympatią, jednak jest daleki od jednoznacznego stwierdzenia: tak, to są zwyczajnie źli ludzie. W końcu nie tak łatwo jest osądzić postać, którą się dobrze pozna, prawda?  
Zdecydowanie zbyt pobieżny opis La casa de papel zakończę krótko: Dom z papieru niemal zdołał zapełnić pustkę w moim sercu po skończeniu Mindhunter, a wierzcie mi, to naprawdę duży wyczyn.


Jakub Pożarowszczyk

Maj za pasem, więc warto dokonać krótkiego podsumowania tego i owego. W tzw. mainstreamie niewiele ciekawego się działo (należy zapytać, kiedy się ostatnio tam coś takiego działo?). Tutaj należy odhaczyć premierowe krążki Arctic Monkeys i Snow Patrol. Oba zasadniczo bez większej historii, chociaż wypada zauważyć pewną stylistyczną woltę u Akrtycznych Małpek, która nieźle rokuje na przyszłość. W świecie metalowego mainstreamu spotkały mnie rozczarowania. Chociaż tak naprawdę niczego dobrego nie spodziewałem po nowym Dimmu Borgir i tutaj nie obyło się bez zaskoczeń rzecz jasna, to bardzo średni poziom nowego dzieła melodic death metalowców z At The Gates mnie jednak rozczarował. A szkoda, bo liczyłem, że Szwedzi po Slaughter of the Soul się rozkręcą na dobre po powrocie na scenę. Niezłą EP-ką popisali się legendarni doom metalowcy z Candlemass, natomiast heavy rockowcy z Praying Mantis wydali płytę słabiutką, miałką, do bólu wtórną.

Piąty miesiąc w roku przyniósł sporo nowości w świecie muzyki progresywnej. Zostając jeszcze przy wątku metalu, to należy pochwalić Queen of Time od Amorphis. Jak nigdy nie przepadałem za tą kapelą, to tutaj ten krążek wiele razy zakręcił się w odtwarzaczu, jednak zabrakło trochę mu do miana ulubieńca maja. Norwedzy z Gazpacho wrócili z LP Soyuz i myślę, że u nich czas na zmiany, bo ten krążek szczerze mnie znudził. Od Missa Atropos Gazpacho jest niestety na równi pochyłej. Plusa daję również Amerykanom ze Spock’s Beard. Panowie uprościli nieco kompozycję, co wyszło na dobre ich nowej muzyce. Kończąc wątek progresywnych premier w maju, należy wspomnieć o nowej płycie Lunatic Soul – Under the Fragmented Sky. Mariusz Duda odszedł od piosenkowych form, które przeważały na poprzednim LP i szczerze mówiąc, jestem w kropce i nie podzielam ochów i achów nad Under the Fragmented Sky.

W ten sposób, wspominając o Lunatic Soul, przeszedłem do krajowego podwórka. Szczerze mówiąc, nie wiem co się działo u naszych majorsów tudzież większych labeli. Początek maja skradła mi EP-ka od Adōnisa – Wiosenna ofensywa nie trwa dłużej niż do letnich wakacji. Była to swoista nostalgiczna podróż do świata dźwięków rodem z lat osiemdziesiątych połączonych z eterycznym shoegazem. Będę bacznie obserwował go w przyszłości. W podobne klimaty uderzyli ludzie z bandu Wczasy, więc im też daję sporą okejkę. W maju pojawiły się dwie płyty od dwóch różnych wcieleń Alamedy. Najpierw znienacka mogliśmy posłuchać nowej muzyki od Alameda 5; EP-ką CDTE zapowiadającą następcę Ducha Tornada, powoduje, że nie mogę się doczekać pełnego LP. Natomiast Alameda 4 wydała długograja zatytułowanego Czarna Woda. I tym sposobem doszliśmy do mojego ulubieńca maja. Nie będę ukrywał, zostałem zaskoczony mocą, ciężarem tej muzyki, bo nie do końca takich dźwięków oczekiwałem od tego wcielenia Alamedy. Zostałem rozłożony tym, jak sprawnie tutaj Alameda 4 łączy elementy folkowe z noisem. Chyba w tym tkwi siła tego projektu, słuchacz nigdy nie wie, czego się spodziewać. Nie będę ukrywał, że kierunek obrany na Czarnej Wodzie niesamowicie mi przypasował, jako fanowi ekstremalnych dźwięków. Ziołek z ekipą nie pozostawiają jeńców na Czarnej Wodzie. Szaleńcze a zarazem precyzyjne dźwięki, niespodziewane zmiany metrum, tempa i świetne, apokaliptyczne teksty tworzą całość, którą w tym roku będzie trudno przebić jakiemukolwiek artyście nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Fenomenalna płyta. Tak naprawdę powinienem więcej o niej napisać, natomiast z każdym przesłuchaniem odkrywam na niej nowe rzeczy i cokolwiek napiszę, szybko to zostanie zdezaktualizowane.

Alameda 4 – Czarna woda (Full Album)


Michalska-majMartyna Michalska

To się zdarzyło w lutym zeszłego roku. Od dłuższego czasu wielu znajomych i bliskich mi osób korzystało z Netflixa, ja jednak jakoś nie do końca uważałam, że subskrypcja tego serwisu jest mi potrzebna. Aż w końcu postanowiłam skorzystać z pierwszego darmowego miesiąca i pod koniec zrezygnować. W tym czasie zamiast korzystać ze wszelkich dobrodziejstw tego serwisu i oglądać różne produkcje, postawiłam na jedną – Żonę idealną (The Good Wife). Świat prawników z Chicago wciągnął mnie niesamowicie i w miesiąc, do czasu końca bezpłatnego okresu próbnego na Netflixie, obejrzałam wszystkie siedem sezonów. Po skończeniu serialu czułam lekką pustkę, zresztą jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa. Wiedziałam, że planowana jest kontynuacja, ale jakoś nie mogłam znaleźć, gdzie mogłabym ją obejrzeć. I tak na nieco ponad rok zapomniałam o tym serialu, czasami wspominając znajomym, że jest naprawdę dobry i warto go obejrzeć, a w końcu trafiłam na jednym z serwisów streamingowych na rzeczoną kontynuację, spin-off, nazwany Sprawa idealna (The Good Fight). No i znowu się wciągnęłam. Największe plusy tej produkcji to praktycznie te same, które widziałam w The Good Wife, czyli przede wszystkim bardzo dobre kreacje aktorskie, ciekawe sprawy i sposób ich prowadzenia, pokazanie zza kulis pracy prawników i polityków. Minusem Żony idealnej było to, że serial był trochę przeciągnięty, jednak w wypadku The Good Fight takiego odczucia w ogóle nie mam. Pewnie dlatego, że do tej pory powstały jedynie dwa sezony. To, co jeszcze mi się spodobało w spin-offie Żony idealnej, to odniesienia do współczesnej polityki i wydarzeń społecznych w Stanach Zjednoczonych. Praca prawników bardzo mocno jest powiązana z prezydenturą Donalda Trumpa, pojawiają się również kobiety pokrzywdzone przez osoby publiczne, co jest bardzo mocnym odniesieniem do akcji MeToo. Poza tym, cóż, już wcześniej polubiłam się z boharerami serialu, więc miło było znowu śledzić losy Diane Lockhart (Christine Baranski), Lucci Queen (Cush Jumbo), Marissy Gold (Sarah Steele), a nawet, nieco dziwnego, Colina Sweeneya (Dylan Baker). Szybko również polubiłam nowych bohaterów – Roberta Bosemana (Delroy Lindo) i Maię Rindell (Rose Leslie, będziecie ją pewnie kojarzyć z roli Ygritte w Grze o Tron). The Good Fight to świetny serial prawniczy, który szybko wciąga i bardzo dobrze się go ogląda. Maj upłynął mi właśnie pod znakiem tego serialu i mam nadzieję, trzeci sezon pojawi się już niebawem, bo drugi pozostawił pewne wątki otwarte i jestem ciekawa, jak zostaną rozwiązane.

A, i jeśli ktoś jest ciekawy, czy ostatecznie zdecydowałam się na dalsze subskrybowanie Netflixa, to tak. Do tej pory, namiętnie wręcz, korzystam z dobrodziejstw tego serwisu :).

Sprawa idealna (2017) – trailer HBO


Mateusz Norek

No proszę, tak się składa, że ja, podobnie jak Martyna, także zgarnąłem w połowie maja darmowy miesiąc Netflixa. Zrobiłem to głównie z powodu drugiego sezonu 13 Powodów, ale moje serce bezapelacyjnie skradł inny serial o nastolatkach – The End of  the F***cking World. Za produkcję odpowiada brytyjski kanał Channel4, mający na koncie między innymi świetny Black Mirror. Najlepsza w tym krótkim, 8-odcinkowym serialu jest jego oryginalność i bezkompromisowość, a także to, że stanowi zamkniętą całość.

Główni bohaterowie to dwójka 17-latków – James i Alyssa. Jemu wydaje się, że jest psychopatą, ona jest równie mocnym outsiderem, dlatego proponuje Jamesowi ucieczkę od rodziców, których oboje mają dosyć. Chłopak zgadza się głównie dlatego, że Alyssa wydaje mu się idealną kandydatką na swoją pierwszą ofiarę. Serial to prawdziwa jazda bez trzymanki, kino drogi pełne czarnego humoru i kontrowersyjnych tematów. Nie zawsze będzie nam jednak do śmiechu, bo The End of  the F***cking World to tak naprawdę równie gorzka, co zabawna opowieść o dwóch skrzywdzonych nastolatkach, uwikłanych dodatkowo w problemy dorastania. Zarówno James, jak i Alyssa noszą w sobie jakąś traumę, a pod płaszczem zimnej obojętności Jamesa, jak i pod prowokacyjnym zachowaniem Alyssy kryje się potrzeba zrozumienia i miłości. Każdy odcinek trwa zaledwie 20 minut, więc całość można zakończyć spokojnie w jeden wieczór. Równie świetna jest muzyka użyta w serialu, która nadaje niektórym scenom zupełnie innego wymiaru, a aktorstwo to mistrzostwo świata. Jeśli dodamy do tego bardzo specyficzny sposób kadrowania i narracji, będący zapewne w dużej mierze wynikiem tego, że całość inspirowana jest komiksem Charlesa Forsmana, otrzymujemy tytuł, który nie da się porównać do niczego innego. Absolutna perełka!

The End of the F**king World | Official Trailer [HD] | Netflix


Fot.: NBC Universal Television, Konami Digital Entertainment, Monolith Films, własne, Netflix, Instant Classic, HBO Polska, Sonia Draga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *