Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: Czerwiec 2018

Czerwiec za nami, lato w pełni, czas relaksu, słońca i wakacji wciąż trwa. Jedni z nas wyjeżdząją na urlopy, inni zostają w domu przytłoczeni pracą. Jeszcze inni czekają po prostu na wymarzone wolne. Bez względu jednak na to, gdzie jesteście i jak mijają Wam lipcowe dni, mamy Wam do polecenia kilka tytułów, które uprzyjemniły czerwiec naszym redaktorom. Są wśród nich utwory muzyczne, gry, seriale, filmy. Jeśli więc szukacie inspiracji dla wolnego czasu – zapraszamy do lektury. Być może i Was zaczarują dzieła popkultury, o których wspominamy w poniższym tekście. Co nuciliśmy? W co graliśmy? Jaki serial wciągnął nas bez reszty? Jaki film oczarował? Bez zbędnego gadania zostawiamy Was z poniżsyzm tekstem, a gdybyście znaleźli chwilkę, możecie podzielić się z nami Waszymi ulubieńcami minionego miesiąca! Co Was opętalo w czerwcu? Dajcie znać!


Sylwia Sekret

Nie wiem, czy kojarzycie taki serial, jak Hart of Dixie… stosunkowo mało popularny, co do tej pory mnie dziwi, bo w niczym nie ustępował takim produkcjom, jak na przykład Chirurdzy, choć tematyka była jednak nieco inna – mimo że główna bohaterka jest lekarką. W każdym razie serial skończył się niestety po 5 sezonach, sama widziałam go już dwa razy i z pewnością jeszcze kiedyś do niego wrócę. Wiecie, nie chodzi o to, że to jakaś rewelacja, że nie ma sobie równych czy że odznacza się fantastycznym aktorstwem lub ważkością podejmowanych tematów. Ale jest tak ciepły, sympatyczny, zabawny i po prostu klimatyczny, że naprawdę go uwielbiam. Możliwe, że palce maczała w tym Fannie Flagg, bo to przez nią pokochałam klimat Alabamy – słonecznej, serdecznej i jakby mniej dotkniętej przez czas niż inne stany. A właśnie w małym miasteczku Bluebell w Alabamie toczy się akcja Hart of Dixie. Jednak to nie o nim chciałam Wam opowiedzieć, tym bardziej że już dawno go nie oglądałam. Ponieważ znudziły mi się ostatnio prawie wszystkie piosenki, jakie mam na swojej liście do biegania, szukałam czegoś nowego. I wtedy pomyślałam: “Hej, przecież w Hart of Dixie była całkiem fajna muzyka, na pewno na Spotify będzie soundtrack”. I był. Moim ulubieńciem nie jest co prawda cała ścieżka dźwiękowa z tego serialu, ale trzy utwory, które pokochałam i których słucham ostatnio non stop (a później dziwię się, że mi się nudzi muzyka…). Są nimi: utwór Riptide australijskiego artysty Vance’a Joya, Scraping Up The Pieces zespołu Twin Forks, a także utwór Wake Me Up w wykonaniu Tebeya (w oryginale utwór ten wykonuje Avicii, zmarły w tym roku szwedzki DJ i producent muzyczny).

Vance Joy – 'Riptide' Official Video

Wszystkie trzy utwory są rewelacyjne i fantastycznie słucha mi się ich zarówno, jak jestem z psem na spacerze, kiedy sprzątam, kiedy biegam, a także kiedy kiedy po prostu siedzę z gronem znajomych, popijając coś dobrego. Wszystkie te trzy utwory mają nie tylko świetną muzykę, ale również teksty, które zapadają w pamięć. Riptide  i Scraping Up The Pieces są co prawda utworami o miłości, ale daleko im do tandetnych ballad. Riptide przekonało mnie do siebie już pierwszymi słowami, jakie padają z ust australijskiego artysty:

I was scared of dentists and the dark
I was scared of pretty girls and starting conversations

Twin Forks – 05 Scraping Up The Pieces (Official Audio)

…pewnie dlatego, że wyrażają rówież moje własne lęki (choć wiadomo, że nie wszystkie). Uwielbiam ten utwór za jego niedosłowność; za to, że uczucia wyrażane przez podmiot liryczny są zagmatwane, a słowa to odzwierciedlają; zamiast zdań je wyrażających, mamy omówienia, które idealnie komponują się z resztą tekstu i muzyki. W Scraping Up The Pieces, nie wiem dlaczego, cholernie urzeka mnie zdanie, a w zasadzie sam rym:

You believe in ghosts, you’re the girl I love the most

jakieś takie urocze się wydaje.

Tebey (feat. Emerson Drive) Wake Me Up – Official Lyric Video

Wake Me Up z kolei nie jest utworem o miłości, ale o… w zasadzie wszytskim. Doceniam w nim to, że można go interpretować na wiele sposobów, w zalezności od tego, co kto w nim usłyszy, dostrzeże i zrozumie. Ja powiedziałabym, że – w największym skrócie – opowiada on o ciężarze świata i próbie zrozumienie i pojęcia wszystkiego, co się wokół nas dzieje.

No cóż… i z mojej strony to chyba wszystko!


Magdalena Marla

Czerwiec upłynął mi pod znakiem bieli i czerwieni i wcale nie chodzi o polskie produkcje, ale o drugi sezon The Handmaid’s Tale. Serial sieci Hulu powstał na podstawie powieści Margaret Atwood i opowiada o nieokreślonej przyszłości, gdzie na terenie Stanów Zjednoczonych pojawia się tajemnicza republika Gileadu. Zamknięty (dosłownie), hermetyczny świat powstał wskutek plagi bezpłodności w społeczeństwie i dojścia do władzy przedstawicieli konserwatywnych środowisk, a religijna dyktatura sprowadza kobiety, które są jeszcze zdolne zajść w ciążę do inkubatorów, zmuszanych do zapłodnienia w trakcie szokującego dla widza rytuału. Już pierwszy sezon The Handmaid’s Tale oglądało się z nieprzyjemnym wrażenie, że taka sytuacja wcale nie musi być niemożliwa. Główna bohaterka, która jest podręczną (podręczne są kobietami przypisanymi do domów Komendanta, których zadaniem jest urodzić mu dziecko, odbiera się im tożsamość, m.in. zamieniając jej prawdziwe imię w żeńską formę imienia jej Komendanta, w tym wypadku bohaterka ma na imię Freda) w domu jednego z najwyżej postawionych Komendantów, w retrospekcjach przypomina sobie, jak doszło do tego, że aż tak absurdalna wizja codzienności stała się brutalną rzeczywistością. Pierwszy sezon był wprowadzeniem w świat Gileadu, uświadamiał widzowi makabryczne mechanizmy, które rządzą polityką tego zamkniętego świata. Kobiety w tym chorym świecie podzielone są na kategorie, zgodnie ze swoimi przekonaniami oraz możliwościami. Te, które są przykładnymi, wierzącymi obywatelkami, mogą liczyć na wiele przywilejów, te, które są płodne, zostają podręcznymi, pozostałe pracują jako np. służba. Niepokorne zostają wysłane do karnych koloni lub po prostu zabijane. Świat w The Handmaid’s Tale pochłania widza kolorystyką, muzyką, dziwnego rodzaju sterylnością. I przeraża, a najbardziej przerażające jest to, że ten religijny terror naprawdę może się zdarzyć i niestety świat mógłby się temu przyglądać, protestując, ale nie reagując, co doskonale pokazuje sezon drugi. Czekam już tylko na dwa ostatnie odcinki, aby rozpisać się zdecydowanie obszerniej, bo naprawdę jest o czym mówić, zaczynając od niesamowitej Elisabeth Moss, a kończąc na intrygująco pokazanych relacjach między kobietami w świecie, który już chyba nie może być dla nich bardziej złowrogi.


The Awesome Adventures of Captain SpiritMichał Bębenek

Kolejny miesiąc i znowu moje serce zdobyła gra. Ale czemu się dziwić, skoro to najnowszy produkt prosto od studia Dontnod (twórców doskonałego Life is Strange), we współpracy ze Square Enix? The Awesome Adventures of Captain Spirit to właściwie nie do końca pełnoprawna gra, ale raczej coś w rodzaju prologu do… Life is Strange 2, którego premiery możemy się spodziewać już we wrześniu! Captain Spirit jest dość krótkim wstępem (ukończyć go można w około dwie godziny i to eksplorując wszystko, co się da) i pobrać go można zupełnie za darmo na wszystkie platformy, ale ma w sobie to wszystko, za co pokochałem serię Life is Strange. Z Max i Chloe pożegnaliśmy się już raczej na dobre, nowy rozdział przedstawia nam więc zupełnie nowego bohatera – Chris to obdarzony wyjątkowo bujną wyobraźnią dziesięciolatek, który wraz z ojcem mieszka w małej mieścinie, gdzieś na północy Stanów. Parę lat wcześniej, matka Chrisa tragicznie zginęła w wypadku, od tej pory jego ojciec bardzo się zmienił – z wesołego gwiazdora koszykówki przeistoczył się w zgorzkniałego, pełnego smutku i gniewu człowieka, który nie ma oporów, żeby na śniadanie wypić kilka puszek piwa i popić je butelką whisky. Mimo tego, Chris nie traci pogody ducha, w swojej wyobraźni jest potężnym superbohaterem – Kapitanem Spiritem, który wraz ze swoją drużyną walczy z siłami złego Mantroida. Chris przy każdej okazji używa swojej supermocy, trochę trollując graczy, że rzeczywiście ją posiada – aczkolwiek po ukończeniu gry wcale nie jestem tego taki pewny. Do naszych zadań, jako graczy, należało będzie najpierw wymyślenie, a potem skompletowanie kostiumu naszego bohatera, zebranie drużyny do walki z siłami zła czy odnalezienie ukrytego skarbu. Wszystkie te questy oczywiście odbywają się w wyobraźni Chrisa i tak naprawdę my sami również musimy uruchomić naszą wyobraźnię, odnaleźć w sobie dziecko i wymyślić jak z przedmiotów znajdujących się w domu zrobić przebranie superbohatera. The Awesome Adventures of Captain Spirit prezentuje doskonałą równowagę między światem zabawy i wyobraźni prosto z głowy dziesięciolatka, a okrutnym światem dorosłych, w którym matka może zginąć w wypadku, a ojciec bywa agresywnym alkoholikiem. Mimo dziecinnych zadań, jakie musimy wykonać, eksploracja otoczenia (które ogranicza się właściwie tylko do domu, podwórka przed nim i garażu) i interakcja z ojcem, pozwala nam odkryć całą smutną historię, która naprawdę ściska serce i gardło. Ten krótki prolog zaostrza apetyt na kontynuację Life is Strange i przywraca mi wiarę w studio Dontnod (ta bowiem mocno się zachwiała po ukończeniu ich poprzedniej gry – Vampyra, który był czymś o wiele słabszym, niż obiecywał).


Małgosia Kilijanek

W czerwcu nie miałam wątpliwości co do ulubieńca – stała się nim Zimna Wojna w reżyserii Pawła Pawlikowskiego, którą miałam przyjemność obejrzeć dwukrotnie. To opowieść o miłości, mającej prawo zaistnieć, ale zmagającej się z wszelkimi przeszkodami, jakie na jej drodze stawiają czasy zimnej wojny lat 50. Polska, Berlin, Jugosławia, Paryż to punkty na mapie, gdzie rozgrywają się istotne dla filmu wydarzenia. Akcja zaś rozpoczyna się od przesłuchań do zespołu ludowego Mazurek, a jedną ze zwyciężczyń zostaje Zula (Joanna Kulig), która pod okiem kompozytora Wiktora (Tomasz Kot) i nauczycielki tańca Ireny (Agata Kulesza) ma przygotowywać się do roli gwiazdy kolektywu. Rozwijająca się kariera staje się tłem dla narodzin uczucia między Zulą a Wiktorem, równoznacznego z burzliwym związkiem. Na wyróżnienie zasługują fenomenalnie wykreowani przez aktorów bohaterowie, mocno kontrastowe czarno-białe, symetryczne kadry oraz niesamowita ścieżka dźwiękowa, która łączy w sobie elementy muzyki ludowej, jazzu i francuskiej poezji śpiewanej. Wyjątkowa aranżacja utworu Dwa serduszka zespołu Mazowsze (od ludowej wersji, przez jazzową, po francuską) okazała się przepiękną i stała się moim kolejnym ulubieńcem czerwca. Pawlikowski stworzył dzieło z przebłysków wyobrażeń na temat epoki i emocjonujących zwrotów miłosnej akcji, po seansie którego można mierzyć się z wieloma refleksjami. Czy złe wybory da się zrzucić na karb młodości czy może chwilowego szaleństwa? Czy istnieje idealny moment na podejmowanie ważnych decyzji? Na te i inne (z pozoru banalne) pytania odpowiedzi można szukać po seansie filmu Pawła Pawlikowskiego – jednej z najpiękniejszych, najbardziej poruszających i najbardziej dopracowanych pozycji kinematograficznych tego roku, jak i nie kategorii bez ograniczenia terminowego. Dzieło nagrodzone za reżyserię na festiwalu w Cannes może być typowane do Oscarów 2019. Ale nagrody to tylko etykiety, najważniejsze to wywoływane przez film emocje, a te są niezapomniane.


Jakub Pożarowszczyk

W czerwcu, jak zawsze, nastąpił wysyp muzycznych nowości. U mnie rządziły trzy płyty. Gatunkowo trochę od Sasa do Lasa, ale to nic. Najpierw me serce podbił trochę znienacka Dave Matthews ze swoim zespołem. Napisałem “znienacka”, bo niespecjalnie wierzyłem, że po słabym, moim zdaniem, ostatnim LP Away from the World, pochodzący z Republiki Południowej Afryki muzyk mnie czymkolwiek zaskoczy. A Come Tommorow dosłownie mnie pochłonął. Drugi krążek, który rządził w moim odtwarzaczu, to najnowsze dzieło stoner/doom metalowców z Yob. Panowie dziełem zatytułowanym Our Raw Heart udowadniają, że da się ten gatunek uprawiać, nie zjadając jednocześnie własnego ogona. Świeżość, jaką wnoszą na scenę swoimi nagraniami, powoduje, że doom metal jeszcze nie przypomina skansenu. Trzecia płyta, która mną zachwyciła w czerwcu, absolutnie nie jest artystycznym zaskoczeniem. Wręcz przeciwnie, zespół ten od pewnego czasu działa w swoim ciasnym, bezpiecznym, stylistycznym kokonie i robi to doskonale. Mowa tutaj o szwedzkich black metalowcach z Marduk, którzy może nie nagrali najlepszej płyty 2018 roku, ale z pewnością miano okładki roku będzie do nich należeć. Viktoria, bo tak zatytułowali swoje najnowsze dzieło, to trzydzieści trzy minuty soczystego black metalowego wpier…u.

Na koniec dodam o totalnym rozczarowaniu, jakim okazała się nowa płyta Ghost. To było kolejne moje podejście do tego bandu i po raz kolejny zakończyło się ono dla mnie źle. Papa Emeritus z ekipą nijak nie mogą mnie przekonać do siebie, dla mnie ich muzyka jest wtórna, miałka, tworzona, mam wrażenie, trochę pod publikę, trzeba natomiast oddać, że jest doskonale zagrana.

Kto więc  był ostatecznie moim ulubieńcem czerwca? Dave Matthews Band z płytą Come Tommorow. Dlaczego? Wystarczy posłuchać rozpoczynającej płyty kompozycji Samurai Cop (Oh Joy Begin) i wszystko robi się jasne.

Dave Matthews Band- DMB- Samurai Cop (Oh Joy Begin) from Come Tomorrow


Magda Kwaśniok

“Ulubieńcach maja” wspominałam, że początek najdłuższych wakacji w moim życiu uczciłam seansem Netflixowego La casa de papel. Choć jestem w ferworze festiwalowego szaleństwa i już teraz wiem, że to muzyka w przyszłym miesiącu zdominuje moich ulubieńców, znalazłam chwilę na polecanie Wam kolejnego europejskiego serialu Netflixa, tym razem zza naszej zachodniej granicy. O produkcji Baran bo Odara i Jantje Friese’a od dawna słyszałam wiele dobrego. Muszę jednak szczerze przyznać, że od serialu odstraszała mnie jedna rzecz: język. Bynajmniej nie jest to kwestia niechęci do Niemców, ale zwyczajnie rzecz związana ze złymi wspomnieniami ze szkolnej ławki. Ostatecznie całkiem przypadkowo dałam się przekonać samemu Netflixowi i powinnam twórcom strony szczerze podziękować, bo to właśnie Dark stało się moim odkryciem. Na początek zerknijmy na opis serialu: Zaginięcie dzieci ujawnia podwójne życie i nadszarpnięte relacje członków czterech rodzin, łącząc się z wydarzeniami sprzed trzydziestu lat. Nie brzmi zbyt zachęcająco, hm? Napisanie, że jest to Stranger Things dla dorosłych też nie przekona wszystkich, a wierzcie mi, warto poświęcić niespełna 10 godzin na zobaczenie pierwszego sezonu i warto czekać na sezon następny. Jeśli chodzi zaś o opis fabuły, rzeczywiście wszystko rozbija się o tajemnicze zaginięcia dzieci; również oparcie wydarzeń na życiu czterech rodzin jest prawdziwe, jednak nie jest to clou sprawy. Wszystko rozbija się o podróże w czasie, radioaktywne odpady i paradoksy czasoprzestrzenne… typowe niemieckie miasteczko, prawda? Twórcy serialu wszystkimi dostępnymi środkami, świetnymi zdjęciami, mroczną muzyką i naprawdę dobrym aktorstwem zadbali o zbudowanie odpowiedniego nastroju i napięcia. Oczywiście, jak każdy serial, również Dark nie jest wolny od wad: jeśli jesteście tymi osobami, które spoilery traktują na równi ze zdradą, lubicie plot twisty i nieoczywiste rozwiązania fabularne, możecie się lekko rozczarować. Bez względu na to, jak dobrze jest poprowadzona historia, mnie osobiście większość rozwiązań wykorzystanych w pierwszym sezonie zwyczajnie nie zaskakuje. Ma to oczywiście swoje całkiem istotne zalety, mianowicie brak dziur fabularnych, co przy tego typu produkcjach jest bardzo trudne do osiągnięcia. Bardzo chciałabym Wam napisać więcej na ten temat, ale chyba powinniście sami sprawdzić, jak bardzo domyślni jesteście… Wierzcie mi, akurat na ten serial warto wykorzystać darmowy miesiąc Netflixa.


Fot.: Vázquez Sounds, ShowmaxDontnod Entertainment, Square Enix, Kino Świat, Sony Music Polska, Netflix