Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: grudzień 2018

Ostatni miesiąc 2018 roku definitywnie za nami. Jeszcze przyjdzie czas na podsumowania, plany i postanowienia, jednak dziś chcielibyśmy podzielić się z Wami produkcjami, które zdominowały nasz czas w grudniu i w dodatku były na tyle dobre, że wciąż wracamy do nich myślami. Na naszej liście znalazło się miejsce dla koncertu jednego z najpopularniejszych polskich wokalistów młodego pokolenia, rockowo-bluesowa płyta australijskiego zespołu, animacje Netflixa, reżyserski debiut Bradleya Coopera, dwa komiksy opowiadające o stracie oraz turowa gra strategiczna na konsolę. A co (poza świętami i świętowaniem Nowego Roku) podbiło Wasze serca w grudniu? Znaleźliście nieco czasu dla popkultury?


Mateusz Cyra

Grudzień był dla mnie zwariowanym miesiącem. Niby końcówka roku to czas wolny, ale udało mi się wykonać może jedną trzecią tego, co sobie zaplanowałem do nadrobienia. Obejrzałem kilka filmów, niestety poza Płomieniami trafiły mi się same średniaki, dlatego trudno wymieniać je jako ulubione dzieła ostatniego miesiąca roku.

Mój grudzień zdominowały seriale i wśród nich mam dwa tytuły, które chciałbym wyróżnić. Pierwszym z nich jest Final Space – animowana perełka dostępna na Netflixie. To dziesięcioodcinkowa przygodowa komedia science fiction, podczas oglądania której nie sposób się nudzić, zwłaszcza, gdy spodoba nam się specyficzne, wisielcze poczucie humoru i natłok wątków przygodowych. Serial skupia się na postaci Gary’ego, który chcąc zaimponować strażniczce Quinn, udaje świetnego pilota, w efekcie wysadzając rządowe mienie. Za swój nieumyślny czyn zostaje skazany na samotne więzienie, a jego jedynym towarzyszem przez lata pozostanie sztuczna inteligencja HUE oraz roboty będące częścią statku-więzienia. Pod koniec swojego wyroku w wyniku dziwnych zdarzeń Gary spotyka kosmiczny, uroczo wyglądający byt, który bohater pieszczotliwie nazywa Ciastusiem. Gary nie wie jednak, że Ciastuś jest morderczą bronią, której usilnie poszukuje Lord Dowódca – siejący postrach największy złoczyńca, jakiego znają mieszkańcy wszystkich galaktyk. Final Space często porównywane jest do hitu Rick i Morty, ale osobiście nie jestem fanem tego porównania. To zupełnie inne produkcje, których wspólnym mianownikiem jest chyba tylko aspekt przygody oraz nagromadzony w każdym odcinku humor. Final Space kupiło mnie intrygującymi, rewelacyjnie napisanymi bohaterami, naprawdę dosadnym, mrocznym i sytuacyjnym humorem i – o dziwo – tematyką. Piszę “o dziwo”, ponieważ z reguły unikam tematyki typowo kosmicznej w stylu Star Treka czy Gwiezdnych Wojen, jednak ta animacja jest kompletnie inna. Warto także wspomnieć o tym, że o sukcesie serialu w dużej mierze zdecydowali aktorzy, którzy podkładali głosy pod bohaterów. W obsadzie znaleźli się Olan Rogers (twórca serialu), Tom Kenny, David Tennant, Fred Armisen, Ron Perlman, Steven Yeun i Tika Sumpter.

Drugi z seriali, które wybiły się przed szereg w grudniu, to ponownie animacja Netflixa dla dorosłych widzów. Tym razem chodzi o produkcję Nie ma jak w rodzinie. Gdyby kiedyś ktoś powiedział mi, że stanę się tak wielkim fanem tych animowanych seriali (w listopadzie wspominałem o Big Mouth), kazałbym popukać się po głowie, bo jakoś nie jestem fanem produkcji komediowych, a dotąd uważałem te twory Netflixa za sztandarowy przykład takiej głupkowatej, nikomu niepotrzebnej rozrywki. Okazuje się jednak, że pod często grubiańskim, często czarnym humorem kryje się olbrzymi smutek, próba ukazania problemów uniwersalnych i gdzieś w tym wszystkim tkwi ziarno życiowych prawd. W przypadku Nie ma jak w rodzinie aspekt komediowy prowokuje myślenie na tematy wyborów młodości, niespełnionych marzeń, prozy życia, która dominuje nad naszym jestestwem. Serial pokazuje stereotypową amerykańską rodzinę w latach 70. XX wieku i w głównej mierze skupia się na postaci Franka Murphy’ego – zgorzkniałego choleryka, który porzucił marzenie o byciu pilotem z powodu ciąży swojej młodej dziewczyny i po kilkunastu latach jest głową pięcioosobowej rodziny, próbując przetrwać codzienność. Oczywiście serial pokazuje także pozostałych członków klanu Murphy i każdy z bohaterów ma swoje problemy, adekwatne do etapu życia. Wciąż jestem w trakcie oglądania tego serialu, pozostał mi ostatni odcinek drugiej serii oraz cała trzecia. Ponownie ogromnym plusem jest dla mnie praca obsady, w skład której wchodzą między innymi: Bill Burr, Laura Dern, Justin Long, Sam Rockwell, David Koechner.

 


Michał Bębenek

Grudzień, trochę z przypadku, zdominowała u mnie gra Mutant Year Zero: Road to Eden. Słyszałem o niej co nieco wcześniej i widziałem zwiastun z ostatniego E3, ale właściwie nie spodziewałem się niczego konkretnego po tej produkcji niewielkiego szwedzkiego studia The Bearded Ladies. Nie znajdowała się wysoko na liście tytułów, w które chciałbym zagrać, ale kiedy pojawiła się w Xbox-owym abonamencie Game Pass, postanowiłem sprawdzić, z czym właściwie się tego Mutanta je. Rezultat okazał się zupełnie odwrotny – to Mutant zjadł mnie, a konkretnie pożarł całe mnóstwo czasu z mojego życia i po około trzech dniach oglądałem już sekwencję finałową. Mutant Year Zero nie jest grą premium z najwyższej półki gamingowych blockbusterów, a mimo to – pod względem miodności – spokojnie może stawać w szranki z pierwszoligowymi tytułami (a Fallouta 76 zrównuje z ziemią). Intro wprowadza nas w świat po nuklearnej apokalipsie. Niedobitki ludzkości żyją w nielicznych bezpiecznych przystaniach, takich jak stara platforma wiertnicza, zwana Arką, która staje się naszym domem i bazą wypadową. Promieniowanie w tzw. strefie, czyli świecie zewnętrznym, jest za duże, by zwykli ludzie mogli się tam swobodnie poruszać, dlatego w poszukiwaniu zapasów i części zamiennych w głąb strefy zapuszczają się mutanci – humanoidalne zwierzęta lub ludzie obdarzeni mocami parapsychicznymi. W Mutant Year Zero przyjdzie nam kierować poczynaniami kaczora Duxa i świniaka Bormina, którzy przywodzą na myśl bohaterów z uniwersum Wojowniczych Żółwi Ninja. Z czasem do tej dwójki dołączają kolejne postacie i nasza drużyna przemierza kilometry zakazanej strefy w poszukiwaniu mitycznego Edenu, a my możemy podziwiać klimatyczne szwedzkie krajobrazy. Pod względem mechaniki Mutant jest klasyczną grą taktyczną, połączoną ze skradanką. Pojedynki są turowe i przywodzą na myśl takie klasyczne tytuły jak: Jagged Alliance, Fallout Tactics, czy XCOM. Kiedy jednak walka okazuje się zbyt trudna, możemy wejść w tryb skradania i spróbować ominąć przeciwników (co nie zawsze się udaje). Cały ten system, mimo swojej powtarzalności, sprawia dużą frajdę i od Mutant Year Zero trudno jest się oderwać. Bezustannie łapałem się na powtarzaniu: jeszcze tylko jedna walka i teraz już naprawdę wyłączam. Zdecydowanie polecam tę grę wszystkim miłośnikom postapo i gier taktycznych.


Patryk Wolski

W ostatnim czasie moje słuchawki zdominował jeden zespół – The Ugly Kings zafascynowało mnie swoim rockowym brzmieniem, które momentami nawiązuje do klasycznego szarpania gitar, aby za chwilę zadziwić odmłodzoną formą. Australijczycy co prawda wydali do tej pory jeden pełnoprawny długogrający album, ale mogą się również poszczycić bardzo solidną EP-ką Of Sins, która mi bardziej podpasowała. Może to kwestia surowszego, bardziej garażowego brzmienia, ale częściej do niej wracam niż do debiutanckiego Darkness Is My Home. Doskonałym materiałem porównawczym jest utwór Little Birdy Told Me, który na LP został wygładzony zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i wokal dorobił się paru modyfikacji, zastępując drapieżne zaśpiewy wokalisty stonowaną melorecytacją. A Rusty ma wokal potężny – niski, władczy głos potrafi podnieść do szaleńczej skali, przez co w każdym utworze możemy poznać głębię jego głosu. Charyzma wokalisty z pewnością przyczyniła się do tego, że nie mogę się od ich płyt oderwać. I patrząc na ilość materiału, można byłoby powiedzieć, że to świeżaki są, które dopiero co liznęły muzycznego świata; The Ugly Kings pracują jednak już od 2011 roku, a swoją muzyczną dojrzałość i pewność siebie udowadniają chociażby tym, że na debiucie odważyli się zagrać cover piosenki Davida Bowiego z jego ostatniej płyty. Czapki z głów!

The Ugly Kings "Little Birdy Told Me"


Paulina Leszczyńska

Dla mnie grudzień okazał się doskonałym czasem nie tylko na nadrobienie zaległych pozycji, lecz również na zgłębienie tych nowych, będących na językach wszystkich. Takim oto trafem wylądowałam w kinie na Narodzinach gwiazdy. Oczywiście, że ta historia jest naciągana i nastawiona na wyciskanie z widza łez. Nie bez powodu zewsząd dochodziły do mnie szlochy i pociągania nosem siedzących na sali zrozpaczonych kobiet. Ja jednak pozostałam twarda i choć łzy cisnęły się do oczu, nie dałam się złapać w sidła zastawione przez historię współtworzoną przez samego Bradleya Coopera. W Narodzinach gwiazdy nie trzeba nawet na siłę szukać nieścisłości, te same cisną się na usta. Przemilczę je jednak, bo sama opowieść jest zaskakująco wciągająca i niemalże bajkowa. Bo któraż z nas nie chciałaby znaleźć się na miejscu bohaterki granej przez Lady Gagę? Dostrzeżona przez sławnego muzyka podczas występu w jednym z podrzędnych pubów Ally otrzymuje od losu niepowtarzalną szansę. Wkrótce, u boku ukochanego,gra dla tysięcy fanów. Jaka jest jednak cena sławy? Żeby nie było zbyt pięknie, film ten przedstawia również mroczne oblicze show-biznesu. Nie bez powodu jest to przecież dramat, prawda? Muzyka jest genialna. O ile o talencie Gagi nie trzeba nikogo chyba zapewniać, o tyle Cooper musiał sam dowieść, na co go stać. I wiecie co? Bradley dał radę! Idę o zakład, że niejeden z widzów po seansie czym prędzej przystąpił do wyszukiwania usłyszanych w filmie piosenek. A dlaczego? Bo po prostu są bardzo dobre! Może nawet na miarę Oscara? Cooper w fachu aktorskim bronić się nie musiał, bo jak chce, to potrafi, ale Gaga? Cóż to była za rola! Myślę, że po Narodzinach gwiazdy częściej zaczniemy widywać ją na wielkim ekranie, bo wygląda na to, że właśnie tam jest jej miejsce.

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Narodziny gwiazdy 


Małgosia Kilijanek

Długo zastanawiałam się, co zasługuje na miano mojego ulubieńca grudnia, ale wybór jest dość prosty: pierwszy koncert Dawida Podsiadły na Torwarze, który odbył się 8 grudnia. Jakże trafionym szaleństwem było kupno biletów jeszcze w czerwcu… Artysta na scenie zagościł w nowym składzie – towarzyszyły mu chórzystki: Agnieszka Bigaj, Julia Kulpa i Magdalena Laskowska (każda z solowym albumem na koncie), gitarzysta będący już legendą polskiego rocka – Olek Świerkot, basista Jacek Chrzanowski z Heya oraz Dezertera, na perkusji zagrał Marcin Ułanowski (grywał m.in. z Brodką i Arturem Rojkiem), a instrumentami klawiszowymi zajęli się Piotr Madej (Patrick The Pan) oraz Kuba Galiński (muzyk i producent współpracujący m.in. z Kortezem, Anią Dąbrowską).

Koncert rozpoczął Forest z płyty Annoyance & Disappointment, później w hali rozniosło się No z albumu Comfort & Happiness, a jako trzeci Dawid zaśpiewał Najnowszy Klip z najnowszego wydania o tytule Małomiasteczkowy. Nowe mieszały się ze starymi, ale wspólną ich cechą były nieco odmienione aranżacje, z większym naciskiem na zmiany w dłużej znanych utworach. Nie ma fal, Małomiasteczkowy czy Cantate Tutti wybrzmiały podobnie jak na płycie, ale dwóm wersjom Trójkątów i Kwadratów czy Postempomatowi dalej było do pierwotnych form. Pojawiły się również covery: znany fanom muzyka cover Boga T.Love oraz refren Tamagotchi duetu Taconafide (śmiem twierdzić, iż lepszy od oryginału). Trofea okazały się koncertowym strzałem w dziesiątkę, a z choreografii do refrenu ochoczo skorzystała publiczność. Niesamowitą ciszę na widowni wywołało wykonanie utworu Nie kłami, który Dawid zagrał na pianinie. Oklaskom nie było końca.

Na Torwarze wybrzmiało dwadzieścia jeden kompozycji, słuchało ich kilka tysięcy ludzi. Produkcja widowiska stanęła na wyjątkowym poziomie: były wizualizacje, światła współgrające z dźwiękami i – o dziwo na Torwarze – dobre nagłośnienie.

Wydarzenie podzielone zostało na trzy części, a przerywnikami stały się dające do myślenia filmy, dotyczące różnych spojrzeń na miłość. Dodając do tego charyzmę Dawida oraz żarty, jakimi raczył widownię między utworami, mamy przepis na koncert na poziomie światowym, z którego wychodzi się, będąc oczarowanym zdolnościami dwudziestopięciolatka.

Kilka dni po zakończeniu trasy Małomiasteczkowy artysta zapowiedział kolejną, Wielkomiejski Tour, w której odwiedzi 31 polskich miast i miasteczek, takich jak Cieszyn, Kielce, Kutno, Olsztyn, Mrągowo, Suwałki, Rzeszów. Bilety na koncerty wyprzedały się zaledwie w 4 minuty… Jeśli nie jest to fenomen polskiej sceny muzycznej, to nie wiem, jakie określenie będzie dla Dawida w tym momencie bardziej adekwatne.


Sylwia Sekret

Koniec roku i początek nowego to zawsze czas wszelkich podsumowań. I kiedy pomyślę o tym, jak mogłabym podsumować miniony rok, jeśli chodzi o przeczytane i zrecenzowane komiksy, to wypadałoby jedynie, żebym złapała się za głowę – tak niewiele ich wymienię, podczas gdy na półce czeka ich aż tak wiele. Zawsze jednak jakaś dziedzina kultury “obrywa”, mówiąc kolokwialnie,w natłoku obowiązków i pracy. I w 2018 roku padło właśnie na komiksy. W samej końcówce roku jednak zaczęłam nieco nadrabiać zaległości i dwa tytuły od Non Stop Comics zasłużyły sobie właśnie na miano ulubieńców grudnia. O jednym już pisałam na łamach portalu, za recenzję kolejnego dopiero będę się brała.

grass kingsPierwszym ulubieńcem jest przepięknie wydany komiks Grass Kings, którego już sama oprawa graficzna zachęca do sięgnięcia po niego. Twarda oprawa i rewelacyjna, choć minimalistyczna, okładka przykuwają uwagę, ale na szczęście na graficznych zachwytach podróż ta się nie kończy. Matt Kindt i Tyler Jenkins stworzyli rewelacyjną, niewielką społeczność, której senny klimat i nierealność doskonale komponują się z rysunkami, jakimi Grass Kings zostało opatrzone. To wielowątkowa historia, którą czytelnik w zasadzie miał dopiero okazję liznąć, bo mówię tutaj wyłącznie o pierwszym tomie, który póki co ukazał się w Polsce. Obok niewielkiego miasteczka, odcięci od społeczności, na własnych warunkach i wedle własnych praw, żyją ludzie, których określić można jako życiowych rozbitków, wyrzutków, społeczny margines… Ale to tylko powierzchowne określenie, które szybko przestaje pasować do bohaterów, których poznajemy na kartach komiksu. W rzeczywistości nie różnią się oni niczym, od innych ludzi – od mieszkańców chociażby wielkich miast. Również mają swoje rozterki, problemy i strzaskane serca – nawet jeśli mieszkają w zdezelowanej przyczepie. W pierwszym tomie na plan pierwszy jako główny bohater wysuwa się mężczyzna, który przed laty stracił córkę, a tęsknota i wyrzuty sumienia odebrały mu całą radość życia. Gdy jednak przed jego chatą z wody wyłania się nieznajoma kobieta… wszystko w Królestwie Traw może się zmienić. Mnóstwo w tym komiksie emocji i ludzkiego żalu… Powieść ta jest wspaniałym otwarciem wielotomowej – mam nadzieję – historii, która rozgrywa się w niecodziennym, nietuzinkowym i zapadającym w pamięć uniwersum. Do tego dodajmy świetne kolory i rysunki – i czego chcieć więcej?! Mnie Grass Kings kupiło całkowicie.

Drugim ulubieńcem jest z kolei Royal City, a w zasadzie – podobnie jak w omawianym przeze mnie wyżej ulubieńcu – pierwszy tom historii tak zatytułowanej, czyli właściwie, tom 1 Krewni. Komiks autorstwa Jeffa Lemire’a (zarówno napisał on scenariusz, jak i zilustrował opowieść), podobnie jak Grass Kings, opowiada o stracie. O ile jednak w przypadku pierwszego komiksu był to jeden z wątków, o tyle pierwszy tom Royal City jest w zasadzie w całości poświęcony właśnie temu problemowi. Kiedy senior rodziny Pike, staruszek Peter, ląduje w szpitalu po przebytym zawale, wciąż nie odzyskując przytomności, w rodzinne strony powraca Patrick – przeżywający właśnie kryzys twórczy i małżeński pisarz. Musi on zmierzyć się nie tylko ze ścigającymi go problemami, od których – jak się okazuje – nie wystarczy uciec wiele kilometrów dalej, ale również z członkami rodziny, spośród których każdy w jakiś sposób wydaje się skrzywiony bądź skrzywdzony. Jednak największym wyzwaniem dla całej rodziny okazuje się wciąż to samo – próba pogodzenia się ze stratą, jaką przeżyli lata temu, kiedy najmłodszy brat Patricka, Tommy, zginął w tragicznym wypadku. Jego widmo prześladuje wszystkich – zarówno ostrą, bezkompromisową matkę, wiodącą na pozór poukładane życie siostrę, pakującego się wciąż w nowe problemy brata, samego Patricka, jak i nieprzytomnego, leżącego w szpitalnym łóżku ojca. Jeff Lemier nie pozostawia wątpliwości – nikt z tej rodziny ani nie pogodził się ze śmiercią Tommy’ego, ani w pełni jej chyba nie zrozumiał. Fantastycznie zarysowane kreacje postaci, urok podupadającego miasteczka z jego beznadzieją w tle, a także narastający, choć niewypowiedziany konflikt między rodziną sprawiają, że pierwszy tom Royal City czytało się jednym tchem, chłonąc każde, przemyślane przez twórcę słowo, doceniając każdy stworzony przez niego kadr i ostatecznie nie mogąc doczekać się kolejnej części – w której na pewno nastąpi eskalacja rozpaczy, obarczania winą i ogólnego wyczerpania noszoną przez tyle lat żałobą. Genialny komiks, który spokojnie może zainteresować nawet tych, którzy nie przepadają za tego typu literaturą.

Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Grass Kings


Fot.: Netflix, The Bearded Ladies, Funcom, Warner Bros. Entertainment, własne, Non Stop Comics