Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: Kwiecień 2018

ulubieńcy miesiąca
ulubieńcy miesiąca

Maj brnie sobie w najlepsze przez kalendarz i nasze życia (choć według utworu Jeszcze w zielone gramy było chyba na odwrót – to człowiek pędził przez kolejne grudnie, maje…), a my tymczasem wracamy wspomnieniami do kwietnia i dzielimy się z Wami tym, co zawładnęło naszymi sercami właśnie w tamtym miesiącu. Słowem – kolejni Ulubieńcy miesiąca przed Wami. Znów będzie różnorodnie, ale w Ulubieńcach o to właśnie chodzi. Mamy nadzieję, że poniższym tekstem zachęcimy naszych Czytelników do zapoznania się z choć jednym tytułem z tej listy – bo wiecie… jak coś się bardzo nam podoba, to zawsze chcemy, by inni również to odkryli, poznali i mieli szansę ocenić po swojemu. W kwietniu zawładnęły nami zarówno bardziej, jak i mniej komerycjne tytuły – mówimy o serialach, filmach, teledyskach czy muzycznych albumach. Zapraszamy więc serdecznie do lektury i ponieważ ten tekst ukazuje się dość późno, my już lecimy zastanawiać się nad naszymi Ulubieńcami maja (których niektórzy z nas już mają zaznaczonych na czerwono). A Wy? Czym zachwycaliście się w kwietniu? Jeśli macie chwilę, to podzielcie się z nami swoimi odkryciami i ulubieńcami – z chęcią przeczytamy i być może dzięki Wam coś nowego trafi w nasze gusta.


 

Sylwia Sekret

Tu w ogóle nie ma się co zastanawiać – kwiecień został u mnie zdominowany przez najnowszy album George’a Ezry zatytułowany Staying at Tamara’s. Od czasu ukazania się jego debiutanckiej płyty, którą do tej pory uwielbiam, długo czekałam na najnowsze dzieło. I kiedy już się ukazało, na szczęście mnie nie zawiodło. Lubię w tej płycie w zasadzie wszystko – to, że zaczyna się tak słonecznie, wesoło i skocznie, a także to, że stopniowo robi się nieco bardziej melancholijna. Uważam za świetny zabieg to, że utwory nie są ze sobą wymieszane, że zachęcający do skakania kawałek przeplata się z nieco wolniejszym. Ilustruje to moim zdaniem naturę człowieka i to, jak jego humor potrafi ulec zmianie. Nie zrozumcie mnie jednak źle – kolejne utwory wcale nie są jakimiś smutasami, które mają na celu pogłębienie naszego doła… są po prostu bardziej nastrojowe w porównaniu do pierwszej części płyty. Natomiast kawałki takie jak Paradise, Don’t Matter Now, Pretty Shining People czy Shotgun są świetne zarówno na początek dnia, żeby się rozbudzić, jak i do krzątania się po domu podczas sprzątania; nadają się również do słuchania podczas biegania, a także by puścić w tle, kiedy siedzimy z przyjaciółmi. Album Staying at Tamara’s dołącza do grona niewielu albumów, które chyba nigdy mi się nie znudzą. Słucham go, odkąd został udostępniony na Spotify i jakoś przestać nie mogę. Ezra znowu nie zawiódł, z czego bardzo się cieszę.

George Ezra - Paradise (Official Music Video)


Michał Bębenek 

W moim przypadku kwiecień zdominował serial niezwykły, kompletnie odjechany, nieszablonowy i mający całkowicie nierówno pod sufitem. O czym mowa? Oczywiście o drugim sezonie Legionu, a raczej o tych odcinkach, które pojawiły się do tej pory (w chwili, kiedy piszę te słowa, dostępnych jest siedem odcinków z jedenastu). Już pierwszy sezon był swego rodzaju objawieniem, a drugi wcale nie zwalnia tempa. Noah Hawley, twórca Legionu, pokazuje, że z historii, która oryginalnie osadzona jest w komiksowym świecie X-Men, można zrobić coś zupełnie nowego i oryginalnego. Forma tego serialu jest tak niepasująca do wszystkiego, do czego zdążyliśmy przywyknąć w telewizji (i to nie tylko w temacie superbohaterów, ale seriali w ogóle), że momentami to się po prostu nie mieści w głowie. Odgrywający tytułową postać Dan Stevens jest po prostu idealny w swojej roli, a pozostali aktorzy w niczym mu nie ustępują (jak chociażby genialny Jemaine Clement!). Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest Legion – krótkie objaśnienie: to historia Davida Hallera, mutanta z niezwykle potężnymi zdolnościami psychokinetycznymi (przede wszystkim telepatia, ale nie tylko), którego w pierwszym sezonie poznajemy jako pacjenta szpitala psychiatrycznego. David, w miarę upływu czasu, coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że głosy, które słyszy w swojej głowie to nie wynik schizofrenii, tylko rezultat używania mocy, dodatkowo podkręcanej przez upiornego Shadow Kinga – głównego antagonisty tego serialu. W drugim sezonie David już uwolniony spod wpływu tego osobnika, próbuje odnaleźć jego fizyczne ciało, aby uniemożliwić mu powrót do oryginalnej cielesnej powłoki i tym samym zapobiec kolosalnej katastrofie. Sam szkielet tej historii nie jest może jakiś rewolucyjny, ale za to jej przedstawienie i wykonanie to mistrzostwo świata. No bo w jakim innym serialu zobaczycie psychiczne starcie w postaci pojedynku tanecznego rozgrywającego się w głowie bohatera?


Mateusz Cyra 

Kwiecień dla mnie okazał się zaskakującym miesiącem. Na taki stan rzeczy wpłynęły dwie produkcje, po których nie spodziewałem się, że wzbudzą we mnie aż taki zachwyt.

Pierwsza z nich to film, który wciąż można obejrzeć na ekranach polskich kin, zatytułowany Wyspa psów. Nie lubię Wesa Andersona. Nie odpowiada mi jego estetyka, podejście techniczne i niezrozumiała dla mnie cudaczność jego filmów. Kochankowie z księżyca to był w zasadzie mój pierwszy kontakt i pierwsze tak duże rozczarowanie, ponieważ po tematyce filmu oraz imponującej obsadzie spodziewałem się czegoś, co rozłoży mnie na łopatki. Niestety dialogi z każdą minutą doprowadzały mnie coraz bardziej na skraj irytacji a efekt całościowy też w żaden sposób nie wpłynął pozytywnie na mój odbiór dzieła Andersona. Kilka lat później przyszła kolej na wychwalany (niemal) wszędzie Grand Budapest Hotel i tym razem po prostu odbiłem się od tej produkcji, próbując obejrzeć ją dwa razy, jednak najdłużej, ile wytrzymałem to około 40 minut seansu. Nie potrafię wskazać, co było złego w tej produkcji – po prostu górę brał fakt, że nudziłem się jak na niedzielnym kazaniu. Dlatego też dałem sobie spokój z całym tym Wesem Andersonem i ani myślałem przeglądać jego wcześniejszą filmografię. Na początku tego roku zapowiedziano jednak Wyspę psów i dwa czynniki (animacja poklatkowa oraz tematyka związana z psami) złożyły się na to, że postanowiłem podjąć próbę numer 3 z twórczością Amerykanina. I cóż tu będę dużo gadał – po dziś dzień jestem zakochany w tym filmie i na ten moment jest to mój główny kandydat do miana filmu roku. Tym razem Anderson idealnie wpasował się w moje poczucie gustu, dodatkowo doskonale uderzając we wrażliwsze miejsca mojej duszy. I teraz nie wiem, czy Wyspa psów jest po prostu na tyle odmienna od pozostałych dzieł reżysera, czy to we mnie coś się zmieniło. Twórca, z którym dotąd miałem zdecydowanie nie po drodze, w sobie tylko znany sposób stworzył fenomenalne dzieło, które za sprawą zwierzęcego punktu widzenia obnaża wszystko, co w człowieku złe, nieetyczne, pozbawione empatii, pokazując jednocześnie naszą tendencję do destrukcji wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu naszego działania. To film przypowieść, w nieco odrealniony, ale przecież przez to właśnie tak uderzający, sposób rozliczający się z naszymi czasami, większymi ustrojami politycznymi, wpływowymi osobistościami, wielkimi decyzjami, wszędobylskim fałszem i propagandą, którą raczą nas wielkie korporacje, a my się nimi karmimy, aby żyło się łatwiej, zapominając o równości i życiu zgodnym z naturą i zwierzętami, którymi powinniśmy się opiekować. Rozmowę, jaką przeprowadziliśmy na temat tego filmu z Sylwią, możecie przecztać tutaj.

Druga produkcja, która kompletnie mnie zaskoczyła, to brytyjski serial Crashing. Do dziś jestem w autentycznym szoku, ponieważ nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Do wszelkiej maści komedii podchodzę jak pies do jeża, bo najzwyczajniej w świecie nie lubię, jak ktoś wymusza we mnie śmiech (działa to podobnie do tego, jak niektórzy nie oglądają horrorów, bo nie lubią się na siłę, sztucznie bać). Inna sprawa jest taka, że dotychczas naprawdę na palcu jednej ręki wyliczę komedie (serialowe i filmowe), które rzeczywiście mnie rozbawiły. Niestety w znacznej części przedstawiane na ekranie gagi oraz wysiłki aktorów wywołują we mnie jakiś wewnętrzny dyskomfort i jeśli już coś udaje im się wskórać w odniesieniu do mojej osoby, to poczucie zażenowania i niesmaku. Dlatego też te nieliczne i chlubne wyjątki należy wywlekać na światło dzienne! Phoebe Waller-Bridge, twórczyni, scenarzystka i odtwórczyni jednej z głównych ról w swoim serialu daje przykład tego, jak bez zadęcia powinno tworzyć się komediowe hity. A może ten serial nie różni się niczym od wielu innych, ale ten konkretny, niepoprawny i mocno przewrotny typ poczucia humoru jest tym, co do mnie przemawia? Nie wdając się w szczegóły, sześcioodcinkowy pierwszy sezon składa się na opowieść o grupie młodych dorosłych, którzy jeszcze nie do końca odnajdują się w dojrzałym, pełnym odpowiedzialności świecie i jako pewne ułatwienie korzystają z opcji sprawowania opieki nad opuszczonym szpitalem gdzieś w Anglii, dzięki czemu ich opłaty za lokal są znikome. Ich osobowości tworzą mieszankę wybuchową, a oliwy do ognia dolewa pojawienie się w życiu Anthony’ego dawnej przyjaciółki, która ewidentnie darzy go uczuciem, co nie umyka uwadze jego narzeczonej… Serial jest dostępny na Netflixie, niestety o drugim sezonie wciąż ani widu, ani słychu.

Party Cons | Crashing S1-Ep1 | Channel 4


Paulina Markowska 

Mój kwietniowy numer jeden? Długo się zastanawiałam, aż wybrałam, choć wcale nie było to proste. Najpierw moim sercem zawładnęła Ariana Grande, która – rok po zamachu w Manchesterze – pokazała światu swój teledysk do utworu No tears left to cry. I to ona stałaby się moim faworytem w kwietniu, gdyby nie to, co zrobił Ed Sheeran do utworu Happier. I to właśnie teledysk do utworu wygrywa mój ranking. Ed jako kukła cierpi po utracie balonowej ukochanej. Może to nie jest pierwsza tego typu próba piosenkarza, ale za to bardzo udana. Najpierw piosenkarz wzruszył nas przy okazji utworu Perfect, teraz też łzy kapią z oczu, ale dzieje się to przy użyciu innych środków.

Ed Sheeran - Happier (Official Video)


Małgosia Kilijanek 

Zacznę muzycznie: jednym z ulubieńców minionego miesiąca był dla mnie z pewnością warszawski koncert brytyjskiego duetu The KVB tworzonego przez Nicholasa Wooda i Kat Day. Znając dobrze ich twórczość, opierającą się na łączeniu elementów shoegaze’u, psychodelii, post-punku i elektroniki, miałam dość wysokie oczekiwania, a nie tak często zdarza się, by muzycy na żywo brzmieli identycznie jak na płytach… W tym przypadku nie dość, że ich występ okazał się o wiele lepszy, niż mogłam sobie wyobrazić, nie posiadał ani jednej wady, którą można byłoby wyszczególnić. Może tylko uniwersalne spostrzeżenie: to, co jest tak dobre, powinno trwać dłużej. Nie zabrakło najnowszych utworów (np. From Afar), jak i tych najbardziej znanych – chociażby Never Enough. W skrócie: dobry kontakt z publicznością, gra świateł, gitary i klawiszy oraz wyprzedany merch. Był to koncert, podczas którego dźwięki nie wędrowały jedynie do uszu, ale przepełniały ciało odbiorcy całkowicie.

The KVB - Never Enough (Demo Version)

Kolejna wartościowa kwietniowa pozycja to album Night-night Mateusza Franczaka, multiinstrumentalisty, wokalisty i improwizatora, związanego z zespołami Giorgio Fazer, HOW HOW i Daktari. Album ten ukazuje piękno spójnych kompozycyjnie utworów, zarówno instrumentalnych, jak i tych, w których pojawia się wokal. Płytę cechują minimalistyczne aranżacje oraz osobiste teksty, a artysta eksperymentuje z głosem, w każdym utworze wcielając się w inną postać. Więcej na jej temat wkrótce zagości na naszej stronie, ale mogę zapewnić: wystarczy nacisnąć play, by w mgnieniu oka znaleźć się w innej (pochłaniającej) rzeczywistości.

Mateusz Franczak - Night-night (Full album, too many fireworks 2018)

W ulubieńcach nie mogę również pominąć tytułu, o którym wspomniał już Mateusz, czyli Wyspy Psów w reżyserii Wesa Andersona, na temat którego zdanie miałam zupełnie odmienne od redakcyjnego kolegi. Uwielbiam Grand Budapest HotelKochanków z Księżyca, a amerykańskiego reżysera bardzo cenię za oryginalność oraz magię, której nie brak w jego dziełach. Najnowsza opowieść o wyklętych czworonogach utwierdziła mnie w przekonaniu, iż kino Andersona mogłoby stanowić odrębny (pod)gatunek w kinematograficznym świecie. Wprowadzenie na ekran wątku japońskiej kultury i sztuki inspirowane twórczością Miyazakiego i Kurosawy okazało się wyjątkowo interesujące, a obsadzenie psów w rolach głównych pozwoliło na osiągnięcie wielowymiarowego wydźwięku. Wyspa Psów to opowieść o powstawaniu nieporozumień, związanych z plotkami i stereotypami oraz agresji, propagandzie i systemie totalitarnym. Jest to też historia prawdziwej przyjaźni i działań ponad wszelkimi podziałami (kroki podjęte przez Atariego w celu odnalezienia ukochanego psa). Fantastycznie skonstruowana i dopracowana scenografia, wszechwiedzący narrator oraz symetria ujęć pozwalają z zainteresowaniem eksplorować losy wykreowanych postaci i uznać, iż sto minut na japońskiej wyspie to zbyt mało. Jak widać, film ten godny jest polecenia zarówno entuzjastom twórczości Andersona, jak i sceptykom. Przede wszystkim jednak psim wielbicielom.


Iwona Mózgowiec

W pewien kwietniowy, gorący wieczór absolutnie zmiękło mi serce pod wpływem niejakiego cudownego chłopaka. Spędziłam z nim w kinie bite dwie godziny. Najpierw mnie omotał tak, że byłam ślepa na jego wady, a potem sprawił, że płakałam – na przemian ze wzruszenia i ze śmiechu. Przedstawiam Wam rzeczonego Cudownego Chłopaka w reżyserii Stephena Chbosky’ego. Najwięksi twardziele wokół mnie pociągali nosami. Ale może po prostu mieli alergię na pyłki, w końcu to kwiecień.

Teraz o samym obrazie: można powiedzieć, że to familijne kino, łączące elementy komedii i dramatu. Upraszczając fabułę możliwie najbardziej: dziesięciolatek ze zdeformowaną twarzą staje przed największym jak dotąd wyzwaniem w swoim życiu – pójściem do szkoły. W tej historii zawarto świetne dialogi, subtelnie zarysowane relacje rodzinne (w roli rodziców – Julia Roberts i Owen Wilson!) i ewolucję zachowań szkolnej społeczności. Całość jest rzecz jasna ciut przewidywalna, ale to nie kryminał przecież. Urok poszczególnych scen i przejmująca gra aktorska uczyniły seans Cudownego chłopaka najpiękniej spędzonym czasem przeznaczonym w kwietniu na kulturę.


Marla Magdalena

Kwiecień minął szybko i pracowicie, na szczęście udało się znaleźć czas również na kulturalne rozrywki. Przede wszystkim znalazłam czas na Zagubionych w kosmosie, serial sci- fi, który tak bardzo mieszane opinie zebrał w Internecie. Faktem jest, że dość duży rozdźwięk mamy pomiędzy dość “poważnie” zarysowanym trailerem, na którym w sumie duże zainteresowanie serialem (jeszcze przed jego premierą) się opierało, a stanem faktycznym, który przedstawia całkiem przyjemną, ale jednak familijną historię. Perypetie rodziny Robinsonów na nieznanej i niebezpiecznej planecie oraz przyjaźń chłopca z tajemniczym roboto-kosmitą bardzo szybko mnie wciągnęły i ze szczerym zainteresowaniem obejrzałam wszystkie odcinki pierwszego sezonu. Drugim dużym odkryciem był Denis Villeneuve i jego film Enemy z 2013 roku. Przeważnie zawsze kręcę się tam, gdzie kręci się również dziwne, oniryczne kino, więc nie mam pojęcia, jak mogłam przegapić tego twórcę. Thriller Wróg, w którym Jake Gyllenhaal gra interesującą, podwójną rolę, zrobił na mnie piorunujące wrażenie i tak gdzieś z tyłu głowy cały czas mi towarzyszy, mimo tego że trochę czasu od kwietniowego seansu minęło. Tajemnicza historia zakończyła się sceną, która porusza mnie nawet na samo wspomnienie. Niesamowite kino i wiem już, że na pewno nie była to moja jednorazowa przygoda z tym reżyserem. W kwietniu towarzyszył mi jeszcze jeden serial, tym razem dla odmiany komediowy: The Detour, który doczekał się już trzeciego sezonu. Zupełnie niewinna historia rodzinnego wypadu, który komplikuje się z każdym odcinkiem coraz bardziej, zupełnie skradł moje serce. Humor na pierwszy rzut oka wydaje się dość toporny, jednak w szerszym ujęciu obnaża wiele absurdów – od rasizmu, poprzez relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi, aż po poprawność polityczną. Wyjątkowo zabawny, wartki i absorbujący! Świetny serial do chipsów i piwa po ciężkim dniu!


Magda Kwaśniok

W tym miesiącu znalezienie ulubieńca było dla mnie wybitnie trudne; nie będę ukrywać, że ostatnio bardzo rozleniwiłam się w kwestii poszukiwania nowych filmów czy płyt. Wyjątkiem są produkcje, na które czekałam od dawna: Avengers: Infinity War, o których już trochę napisałam w Wielogłosie, i najnowszy krążek Arctic Monkeys, który również się nie kwalifikuje: po pierwsze, pojawił się zaledwie parę dni temu, a po drugie sama nie wiem, czy zasługuje na miano ulubieńca. Konkurencja była więc naprawdę słaba i myślałam, że ostatecznie rozegra się między Big Little Lies, o których przecież jedna z moich koleżanek napisała w zeszłym miesiącu, i Whiplash. Na szczęście pewien australijski artysta wjechał cały na biało i uratował beznadziejną sytuację – mowa o RY X, którego album Dawn wzruszył mnie już tyle razy, że aż trudno to zliczyć. W kwietniu krążek z 2016 roku ponownie powrócił do mojego odtwarzacza i zagościł w nim na dobre. Dlaczego? Jeśli uznamy, że prawdziwie alternatywnym artystą możemy nazwać jedynie muzycznego outsidera, australijski muzyk jest chodzącą definicją alternatywy. Płyta eteryczna, oszczędna w dźwiękach, wyważona i subtelna, a przy tym naładowana emocjami, to prawdziwa rzadkość, praktycznie niemożliwa do znalezienia w popularnym mainstreamie. RY X, którego połączyła ze mną sympatia dla Grace Jeffa Buckley’a, swoimi utworami tworzy niepowtarzalny klimat, podtrzymywany od początku do końca płyty. Minimalistycznym zestawieniem wyjątkowego wokalu z dźwiękami gitary w utworach Salt czy Only artysta zabiera nas w niezwykle liryczną i pełną melancholii podróż, w której naszym głównym towarzyszem jest miłość podmiotu lirycznego. Nie można się oprzeć wrażeniu, że każdy dźwięk płynący z głośnika jest dokładnie taki, jaki miał być – harmonia, jaką stworzył RY X, mimo cierpienia słyszalnego w głosie wokalisty, wprowadza słuchaczy w stan prawdziwego ukojenia. Dawn to jednak nie tylko pozornie najprostsze z najprostszych muzycznych połączeń – przykładowo Beacon wita nas dźwiękami skrzypiec, które idealnie komponują się z delikatnym głosem artysty, a zmysłowe Howling nieco wyłamuje się z klimatu wszechogarniającej melancholii, delikatnie romansując z elektronicznymi dźwiękami. RY X stworzył niezwykle spójną i emocjonalną płytę, która na długo zapada w pamięci i zdecydowanie jest warta polecenia.  


Fot.: Columbia Records, FOX, Imperial – Cinepix, The KVB (Klara Johanna Michel), Monolith Films, Netflix,  Loma Vista Recordings

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *