Lipiec
Lipiec

Czy jesteście w stanie uwierzyć, że jesteśmy właśnie na półmetku wakacji?! Niesamowite, jak ten czas szybko przemyka nam przez palce. Na szczęście dla naszej redakcji – lipiec nie był czasem straconym i już śpieszymy ze świeżutką listą tytułów, które podobały nam się najbardziej i podbiły nasze serca i dusze w lipcu. Pierwszy miesiąc wakacji zdominowały… seriale i muzyka. Znaczna większość z nas zdecydowanie najczęściej wybiera seriale (wymieniamy ich aż sześć!), ale zaraz później istotne miejsce zajmuje muzyka (płyty, piosenki, wykonawcy, festiwale – wspomniane są przez nas łącznie cztery razy).  Żeby nie męczyć Was przydługim wstępem – sprawdźcie sami, jakie tytuły oraz jakie gałęzie sztuki dały nam najwięcej frajdy w mijającym miesiącu. 

Oczywiście jesteśmy ciekawi, jakie dzieła popkultury były Waszymi ulubieńcami lipca 2018! 


Mateusz Cyra

To był chyba najbardziej obfity miesiąc, jeśli chodzi o dzieła popkultury, które zasłużyły moim zdaniem na miano moich ulubionych. W lipcu moje serce podbiły dwa seriale, jedna gra konsolowa oraz płyta muzyczna sprzed lat. Tematycznie mój lipiec 2018 zdominowała tematyka zombie. Zacznę od serialu Z Nation dostępnego na polskim Netflixie. Już jakiś czas temu obejrzałem sezon 1 i 2, ale jakoś do tej pory nie miałem czasu siąść do kolejnych odsłon. Z pomocą przyszedł mi tygodniowy urlop, w trakcie którego większość wolnego czasu poświęcałem właśnie na serial stacji SyFy. Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że Z Nation to nie jest serial dla każdego, w dodatku jest on na tyle specyficzny, dysponuje naprawdę skromnym budżetem i ma w sobie tak skondensowane dawki pastiżu oraz odniesień do popkultury, że niektórzy będą przeżywać prawdziwe męki, oglądając dzieło Karla Schaefera. Bo konwencja przyjęta przez twórców jest nietypowa, przaśna i podchodzi do tematu z cholernym dystansem, w przeciwieństwie do nadętego, nudnego i skrajnie “realnego” The Walking Dead. Ja jednak bawię się przednio – to idealny serial na odstresowanie, w którym zalewa nas nieustanny strumień czystej rozrywki, a bohaterowie to grupa, z którą chciałoby się spędzić zarówno epicki weekend, jak i koniec świata. Momenty w zamierzeniu śmieszne bądź głupkowate bardzo mądrze wymieszane są z elementem grozy i napięcia, które mimo wszystko twórcy potrafili wprowadzić do postapokaliptycznego świata zombie bez absolutnie żadnych ograniczeń. W momencie pisania tego tekstu pozostały mi dwa ostatnie odcinki i już przeżywam wewnętrzne cierpienie, ponieważ wiem, że długo nie natknę się na nic, co zaczarowało mnie na podobnym poziomie, co Z Nation.

Drugi serial lipca, także dostępny na Netflixie, to Ania, nie Anna. W przypadku tej produkcji w grę wchodzi zupełnie inny zestaw emocji i kompletnie inaczej oceniam serial, któremu wystawiam równie wysoką notę, co wspomnianemu wcześniej serialowi o zombiakach. Drugi sezon przygód rewelacyjnej Ani z Zielonego Wzgórza to niezwykle wzruszająca, pełna dramatycznych rozwiązań i poruszająca istotne kwestie produkcja, która nie bez powodu podbiła serca milionów ludzi, w tym osób takich jak ja, które nigdy nie były entuzjastami zarówno poprzednich ekranizacji, jak i oryginalnej historii. Ten serial ma trzy zalety, które windują go do absolutnego top aktualnie emitowanych produkcji. Naprawdę rewelacyjny, frapujący scenariusz, świetnie dobraną i grającą na wysokim poziomie obsadę oraz wyjątkowych artystów pracujących nad pięknymi zdjęciami oraz scenografią. Z kolei odcinek siódmy drugiego sezonu jest w tym momencie moim głównym kandydatem do miana najlepszego odcinka serialowego 2018 roku. Przyjęcie u ciotki Józefiny to istna bomba emocjonalna, w trakcie której nie dało się nie płakać! To zresztą jeden z tych odcinków, poruszający najtrudniejsze tematy i wlewający w serce widza jakąś niesamowitą energię i po dziś dzień nie mogę zapomnieć tych scen.

 

Seriale omówione, nadszedł czas dla gry State of Decay 2, w którą miałem okazję ograć dzięki wykupieniu w promocji miesięcznej subskrypcji Xbox Game Pass za zawrotną złotówkę ;). Zdaję sobie sprawę, że State of Decay 2 jest grą pełną bugów i sporo w niej złych rozwiązań, które odstraszą od tego tytułu wielu graczy (jak choćby strasznie ułomne sojusznicze SI, które powoduje więcej szkód niż pożytku), jednak mimo to uważam, że warto dać tej produkcji szansę, tym bardziej że Microsoft na dzień dzisiejszy strasznie kuleje, jeśli chodzi o tytuły ekskluzywne dla ich konsoli. Kontynuacja w znacznej mierze ciepło przyjętej gry (78/100 oraz 7,2 na metacritic) z 2013 roku boryka się z problemami i niestety nie cieszy się takim uznaniem, jak poprzedniczka (głównie przez źle zaprojektowany tryb multi, którym chwalono się na E3 sprzed dwóch lat), jednak jeśli lubiliście State of Decay, polubicie się z kontynuacją. Model rozgrywki nie uległ zmianie – przejmujemy stery nad liczącą kilka osób małą społecznością ocalałych apokalipsę zombie, znajdujemy dogodne miejsce do życia, rozwijamy bazę, wspieramy (bądź nie – wedle naszego uznania) pobliskie grupy, zwiedzamy miasto w celu gromadzenia niezbędnych surowców i zwalczamy narastające hordy zombie. Graficznie nie ma niestety rewelacji, ale mimo wad, które dostrzegam, udaje mi się czerpać sporo frajdy z rozgrywki. W tej chwili mam za sobą około 12 godzin grania i zaczynają mnie ścigać błędy z początku gry, także to z pewnością jest duży plus, bo gra nie prowadzi gracza za rękę (zrób to, zrób tamto, konsekwencje będą takie i takie), a poziom trudności faktycznie narasta wraz z upływem gry. O surowce coraz trudniej, trafia się coraz więcej zombie, ich różnorodność wzrasta, pojawiają się konflikty z innymi grupami i łatwo zapętlić się w głupich decyzjach, które pozornie nie są tragiczne w danym momencie, ale po jakimś czasie ostro kopią nas po tyłku.

Ostatnim ulubieńcem jest płyta King of the tenors Bena Webstera z 1954 roku. Jazz w moim życiu nie jest jakimś dominującym gatunkiem muzycznym, ale mam do niego straszną słabość i czasem wystarczy mi jakiś drobny bodziec, jakaś gdzieś w tle usłyszana linia melodyczna i budzi się we mnie pragnienie ponownego zanurzenia się w tym gatunku. Najbardziej lubię jazz powstały w okresie od lat 40. do lat 60. XX wieku. Odmian jazzu jest tyle, że do dziś nie jestem w stanie odróżnić niektórych z nich i wciąż uważam się za jazzowego amatora, który po prostu czerpie przyjemność z konkretnych płyt, dlatego proszę o wybaczenie ewentualnych znawców, ale sypać fachowymi nazwami nie będę, bo najzwyczajniej w świecie nie chcę wyjść na błazna, udając znawcę, którym zdecydowanie nie jestem. Mam kilka ulubionych i sprawdzonych płyt, do których stale powracam, ale raz na jakiś czas lubię na chybił trafił włączyć jakąś płytę na Spotify i przesłuchać ją kilka razy, żeby sprawdzić, czy jest to coś, co powiększy grono tych najlepszych płyt. Tak też właśnie było z King of the tenors Webstera, którego dotąd nie słyszałem jako głównego artystę. Ta płyta jest tak ciepła, tak kojąca i tak strasznie pyszna, że nie potrafię jej się oprzeć. Saksofon Webstera oferuje relaksujące i soczyste dźwięki, dzięki czemu przesłuchałem ten album kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy. To muzyka idealnie pasująca zarówno do puszczania jej w tle, do wieczornego drinka i dobrej lektury, ale i do romantycznej kolacji bądź słuchania jej w słuchawkach i skupienia się tylko na tym, co do opowiedzenia ma Ben Webster i towarzyszący mu muzycy, a uwierzcie mi – niuansów do odkrycia jest tu naprawdę sporo.


Małgosia Kilijanek

Lipiec okazał się dla mnie miesiącem festiwalowym, stąd też ulubieńcami będą imprezy muzyczne właśnie, z wyróżnieniem poszczególnych koncertów. Zacznę od Halfway Festivalu w Białymstoku, który trwał od 29 czerwca do 1 lipca i zachwycał kameralnością oraz piękną muzyką. Dokładną relację przeczytacie TUTAJ, ale muszę wspomnieć w Ulubieńcach o: koncercie Anny Ternheim – bardzo emocjonalnym i poruszającym, wsłuchiwaniu się na żywo w tworzony przez Amiinę soundtrack do wyświetlanego w tle filmu Fantômas z 1913 roku oraz show, jakie stworzyła grupa The Besnard Lakes, czyli shoegaze na najwyższym poziomie, prosto z Kanady. Kolejny festiwal to znany chyba wszystkim, choćby z nazwy, Open’er, a na nim fantastyczny koncert Nicka Cave’a, w którym artysta połączył utwory z ostatniej płyty Skeleton Tree ze starszymi, już kultowymi, a na scenę zapraszał odbiorców. Depeche Mode z Davidem Gahanem na czele to kolejny gwóźdź programu tegorocznej edycji. Poza tym Dawid Podsiadło z nowymi, zaskakującymi aranżacjami, KRÓL tworzący performance pod namiotem, Massive Attack z bardzo aktualnym przesłaniem i David Byrne (wchodzący wcześniej w skład Talking Heads), który otoczony tancerzami, porywał do tańca i zabawy pod sceną. Ostatnie lipcowe wydarzenie, w którym uczestniczyłam (i to po raz pierwszy), to mysłowicki AlterFest, czyli święto polskiej alternatywy na Śląsku. Znów po szczegółowy opis odsyłam TUTAJ, a dodatkowo wyróżnić mogę zespoły: Bukowicz, Żal, Wczasy i Wojtka Szczepanika. Zerknijcie do relacji i przekonajcie się o tym.

W lipcu urzekła mnie również płyta Zoli Jesus, Okovi, która swoja premierę miała jesienią 2017 roku. Zola Jesus, czyli Nika Roza Danilova tworząca brzmienia z pogranicza ambientu, gotyckiego popu i dark wave’u, zagościła w line-upie OFF Festivalu 2018. Ale o OFF Festivalu opowiem w sierpniowym wydaniu ulubieńców… :).


Michał Bębenek

Na Netflixa powrócił z drugim sezonem miniserial The Toys That Made Us, automatycznie stał się więc moim lipcowym wyborem (poprzedni sezon pojawił się już zresztą w lutowych ulubieńcach). Ta amerykańska produkcja przedstawia historię kultowych zabawek, które wielu z nas pamięta z czasów swojego dzieciństwa (lub jakieś ich alternatywy, bowiem oryginalne zabawki mogą z tych czasów wspominać raczej głównie Amerykanie… No, może z wyjątkiem LEGO, które można było kupić w każdym Peweksie!). Po historii powstania zabawek z serii Star Wars, Barbie, He-ManG.I. Joe, drugi sezon The Toys That Made Us zabiera nas ponownie na wyprawę w przeszłość, tym razem prezentując genezę takich zabawkowych gigantów jak Transformers, Star Trek, Hello Kitty i wspomniane już klocki LEGO. Hello Kitty to akurat najmniej ciekawy odcinek, ale pozostałe doskonale uderzają w tę specyficzną nutkę nostalgii. Star Trek co prawda nie był u nas aż tak popularnym zjawiskiem (przynajmniej do czasu, aż telewizja zaczęła nadawać serial Star Trek: Następne pokolenie), niemniej jednak historia zabawek opartych na tej serii jest naprawdę fascynująca (szczególnie tych wczesnych, niemających zupełnie nic wspólnego z marką, poza logiem Star Treka na szybko doklejonym np. na kasku z doczepionym policyjnym kogutem). Za to założę się, że większość z Was miała w domu chociaż jednego Transformersa (mój był nieoryginalny – czerwono-żółty robot, zmieniający się w statek rakietowy) i pamięta kreskówkę z charakterystyczną piosenką w czołówce (“Transformers! To ukryta moc!”). No i przede wszystkim klocki LEGO! Odcinek o tych kolorowych cegiełkach to chyba najlepsza część drugiego sezonu. Te duńskie klocki zrobiły furorę na całym świecie i nawet w naszej popeerelowskiej rzeczywistości, miał je każdy. Lecz, poza oczywistą falą wspomnień, sama historia powstania firmy jest niezwykle ciekawą opowieścią. Dla takich maniaków retro jak ja, The Toys That Made Us to zdecydowanie pozycja obowiązkowa.

The Toys That Made Us Season 2 Trailer Netflix


Jakub Pożarowszczyk

Upalny lipiec nie jest specjalnie fortunnym momentem na wsłuchiwanie się w muzyczne nowości. Lejący się za oknem żar zmusza do lenistwa w każdej życiowej aktywności i nie inaczej jest w przypadku poznawania nowych nagrań, więc mam wrażenie, że ulubieńca lipca 2018 mam dopiero przed sobą.

Niemniej, trzy nowości na dłużej zagościły na mojej playliście. Najpierw niemieccy retro doom/heavy metalowcy z Lucifer pokazali, że można grać taką muzykę, nie popadając w parodię, więc II chętnie była przeze mnie słuchana w tym miesiącu. Wyszydzani przez true black metalowców, a ubóstwiani przez hipsterów Deafheaven krążkiem Ordinary Corrupt Human Love zamknęli usta niektórym krytykom i stworzyli najlepszy krążek w karierze. No i –  last but not least – norwescy mistrzowie melodyjnego black metalu z Immortal powrócili z fantastyczną płytą Northern Chaos Gods. Abbath ze spółką nie wymyślili na nowo prochu, odgrywają te same, znane od lat patenty i dalej to robią dobrze. Mimo że dźwięki przewijające się przez płytę mogą wydawać się skądinąd znajome, to płyta charakteryzuje się całkiem sporą świeżością. I chyba ten krążek jest moim ulubieńcem lipca, bo jak to Immortal, skutecznie obniża temperaturę otoczenia niczym słynny At the Heart of Winter.

IMMORTAL - Northern Chaos Gods (OFFICIAL LYRIC VIDEO)


Marla Magdalena

W lipcu obcowanie z kulturą w moim wypadku w znacznej mierze odmierzane były każdym kolejnym odcinkiem serialu Ostre przedmioty stacji HBO. Powody mojego zainteresowania tym serialem były dwa. Po pierwsze serial powstał na podstawie powieści Gillian Flynn, która oczarowała mnie swoją Zaginioną Dziewczyną, a ekranizacja Davida Finchera sprawiła, że Gone Girl to film, do którego za każdym razem wracam z taką samą ekscytacją. Wiedziałam więc już, że na pewno Ostre przedmioty zaserwują mi wciągającą fabułę. Drugim powodem była Amy Adams, która zyskała moją ogromną sympatię i uznanie rolą w American Hustle. Ostrych przedmiotach Adams wciela się w dziennikarkę Camille Preaker, która przyjeżdża do swojego rodzinnego miasteczka, aby napisać reportaż o tajemniczych zaginięciach i morderstwie, a przy okazji uporać się z demonami przeszłości.

Ostre przedmioty mają w zasadzie dwie główne opowieści: wspomniane zbrodnie oraz tajemnicę przeszłości Camille, która determinuje jej osobowość, zachowanie i problemy ze sobą. Camille nie ukrywa przed nikim faktu, że jest “tą niegrzeczną”, jednak jej wewnętrzny ból daje nam do myślenia. Jej relacja z matką, na którą wpłynęła tragedia rodzinna z przeszłości, jest trudna, złożona, chwilami bezlitosna i wydaje się zupełnie pozbawiona pozytywnych uczuć. O ile w Gone girl boleśnie obnażona z masek i konwenansów została wzajemna relacja ludzi w związku, o tyle tutaj historia bardziej skupia się tym, jak ciężkie czasem potrafią być rodzinne historie. Całą historię Camille poznajemy w wymieszanych retrospekcjach, które odkrywają przed nami źródła jej zachowania.

Rodzinne miasteczko Camille skrywa tajemnice. Tego jesteśmy, jako widzowie, pewni. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę oglądamy to, aby wspierać Camille, żeby udało jej się nie tylko osiągnąć zamierzone cele, ale także w jakiś zaczarowany sposób odnaleźć się i uzyskać wybaczenie?, objawienie? Może po prostu wolność? W tle znów przyglądać się będziemy rozwiązaniu zagadki mordercy nastolatek. Dziwaczna aura miasteczka, przepiękna, duszna muzyka, ciekawe postacie poboczne i oszałamiająco zniszczona życiem Amy Adams. Przed nami jeszcze 4 odcinki, które świetnie swoim klimatem wpiszą się w głośne i żywe sierpniowe wieczory.


Mateusz Norek

Dawno temu, gdy byłem jeszcze młody, zacząłem kolekcjonować figurki Warhammer Fantasy Battle. Składanie, malowanie, wreszcie toczenie bitew w tym świecie dark fantasy było świetnym hobby i mam z tych czasów masę dobrych wspomnień, z wielką batalią na dziesięć armii – którą toczyliśmy cały dzień, od południa do do późnych godzin wieczornych – na czele. Niestety pasja była kosztowna, a po jakimś czasie większość osób przerzuciło się na karcianki i moje figurki armii Chaosu zaczęły kurzyć się w szafie. Mniej więcej w tym samym czasie zagrywałem się na komputerze w strategiczną grę Medieval: Total War, która oferowała skalę bitew nieporównywalną z innymi produkcjami. Trochę lat minęło, zanim te dwa światy zostały połączone i powstała gra, o której marzył chyba każdy miłośnik świata Warhammera. A ja w końcu wymieniłem starego blaszaka i choć z dużym opóźnieniem, zacząłem rozkoszować się Total War: Warhammer.

Twórcy, Creative Assembly, po raz pierwszy odeszli od historycznych realiów, jakie zawsze charakteryzowały serię Total War, jednocześnie pozostawiając dobrze znany szkielet rozgrywki. Poruszamy się po mapie kampanii, podzielonej na regiony i prowincje. Budujemy coraz lepszą infrastrukturę w miastach, by zapewnić sobie przychód złota i móc rekrutować coraz mocniejsze oddziały, oraz zawieramy umowy handlowe i sojusze z innymi frakcjami. Gdy dochodzi do walki z wrogą armią, przenosimy się na mapę strategiczną, gdzie dokładnie widzimy wszystkie posiadane regimenty. Tutaj zaczyna się prawdziwa uczta dla oka. Szarżująca kawaleria, jednostki latające, wielkie potwory roznoszące w pył całe oddziały wroga, bohaterzy o specjalnych zdolnościach i magia, sypiąca z nieba kule ognia i błyskawice. Kluczem do wygrania bitwy jest umiejętne rozstawienie wojska, zwracanie uwagi na mocne i słabe strony poszczególnych typów jednostek, umiejętne stosowanie magii i przewagi terenu, flankowanie i rozbijanie wrogiej piechoty potężną, ale wrażliwą na atak artylerią.

Do dyspozycji w podstawowej wersji gry mamy cztery główne armie, oferujące inne strategie: Imperium o potężnej kawalerii i artylerii; licznych, ale mało zdyscyplinowanych Zielonoskórych; powolne, ale odporne Krasnoludy; wreszcie Wampiry, korzystające z magii nekromancji. Kolejne rasy, takie jak Leśne Elfy, Chaos czy Zwierzoludzie dostępne są w formie DLC. W kampanii jednoosobowej powoli przejmuje kontrolę nad Starym Światem za pomocą Imperium, a równie dobrze bawię się ze znajomym w kampanii wieloosobowej, gdzie walczę Chaosem (dzięki Esiu!). Wiem natomiast, że będę chciał spróbować zagrać każdą z dostępnych ras, bo każda posiada wachlarz unikatowych jednostek, dodatkowo przez dużą losowość kampanii rozgrywka nigdy nie wygląda tak samo. Total War: Warhammer bezapelacyjnie zostaje moim ulubieńcem lipca, choć czuję, że również w tym miesiącu będzie mi często towarzyszyć wieczorami.

Total War: Warhammer - Announcement Cinematic


Martyna Michalska

Moim absolutnym numerem jeden w tym miesiącu (i jestem na 90% pewna, że będzie to również mój ulubieniec całego roku 2018) jest rewelacyjny serial stacji MGM, czyli Opowieść podręcznej. Pierwsze moje doświadczenie z tym serialem przypadło na zeszły rok, jednak wtedy zobaczyłam chyba 3 odcinki i jakoś odstawiłam na inny czas. No i właśnie w lipcu ten czas nadszedł. I muszę przyznać, że chyba nigdy do tej pory nie widziałam równie przerażającego, szokującego i wprawiającego w osłupienie obrazu. Każdy jeden odcinek wywoływał we mnie te emocje, więc do tej pory (po Big Little Lies) jest to dla mnie serial, który pozbawiony jest słabych momentów. Ogromna w tym zasługa całej obsady aktorskiej – od grającą główną rolę Elisabeth Moss, przez rewelacyjnego Josepha Finnesa, który stworzył postać tak podłą i obrzydliwą , że do tej pory, jak widzę gdzieś jego facjatę, to robi mi się niedobrze; świetną, grającą równie obrzydliwą postać Ann Dowd, znakomitą Madeline Brewer (bardzo niedoceniona za tę rolę, a szkoda) i wreszcie Yvonne Strahovsky, która wykreowała bodaj najbardziej złożoną postać w całym serialu. Poza tym cała scenografia, scenariusz, muzyka, to po prostu majstersztyk. Choć to fikcja, to dzięki tym wszystkim elementom, czyli świetnej obsadzie, znakomitemu scenariuszowi i scenografii, całe Gilead wydawało się bardzo realne. Emocje związane z tym serialem są dla mnie tak silne, że teraz sam plakat wywołuje we mnie uczucie niepewności i przerażenia. Opowieść o reżimowym państwie Gilead, gdzie kobiety zostały sprowadzone do roli bydła rozpłodowego, a jakakolwiek odmienność jest niedopuszczalna, już teraz ląduje w top 3 najlepszych seriali, jakie w życiu widziałam. Z niecierpliwością wyczekuję trzeciego sezonu, a tym, którzy jeszcze nie widzieli Opowieści podręcznej, polecam jak najszybciej nadrobić zaległości. To pozycja obowiązkowa dla każdego maniaka seriali.


Magda Kwaśniok

Zgodnie z zeszłomiesięczną zapowiedzią, moich lipcowych ulubieńców zdominuje muzyka… Zresztą nie tylko lipcowych – swoją część artykułu kończę, siedząc przy Scenie Głównej OFF Festivalu i walcząc z padającym deszczem, więc i sierpień upłynie pod znakiem muzycznych poleceń. Wracając jednak do tego, co było w zeszłym miesiącu: rozpoczęłam swoje festiwalowe lato w Białymstoku, gdzie miałam ogromną przyjemność wziąć udział w Halfway Festivalu. Choć bardzo chciałabym wybrać białostocką imprezę na swojego faworyta tego miesiąca, wydaje mi się, że Gosia powiedziała na ten temat wszystko, co można, a wiem, że odczucia miałyśmy podobne. Co chcę więc Wam polecić? Ulubieniec lipca wrócił do mnie po dłuższym czasie nieobecności, w pociągu na trasie Olsztyn-Gdynia, kiedy to postanowiłam sobie odświeżyć repertuar headlinerów Opener’a, a mówiąc ściślej, tego jednego jedynego zespołu, dla którego można jechać z Katowic do Gdyni, choćby na jeden dzień. Dla mnie takim wykonawcą była brytyjska kapela, Arctic Monkeys. Uściślając, choć uważam, że koncert był fantastyczny (i na szczęście nie był oparty jedynie na najnowszej płycie), muzycznie moje serce bardziej podbili chociażby Gorillaz. Chcę więc wspomnieć nie tyle o występie Małp, co o krążku, dzięki któremu się w nich zakochałam: Favourite Worst Nightmare. Album z 2007 roku jest drugim z kolei w dyskografii Brytyjczyków, stworzonym w czasach, kiedy mieli w sobie więcej z garażowego grania, a mniej z filmowych soundtracków (bo mniej więcej tak dla mnie brzmi ich najnowszy krążek,Tranquility Base Hotel&Casino). Pomijając ogromny sentyment, jakim darzę Favourite Worst Nightmare, jest to zwyczajnie płyta, pokazująca wszelakie możliwości zespołu: zarówno muzyczne, jak i liryczne. Nie jest to tak, że w początkowym okresie działalności muzycznej Arctic Monkeys proponowali słuchaczom mocniejsze granie kosztem słabszej warstwy tekstowej, choć oczywiście, jak na każdej dobrej płycie, i na tej znalazły się lżejsze kawałki… W tym momencie chciałam podać za przykład Fluorescent Adolescent, ale umówmy się: bez względu na banalny i czysto hedonistyczny temat, jakim są błędy młodości, grupa Alexa Turnera wyciągnęła z tego więcej, poruszając problem przemijania i młodości, tak bliski każdemu z nas. Świetne partie perkusyjne dopełnione cudownym wokalem o charakterystycznej barwie, już w 2007 roku pokazały, że Arctic Monkeys zamieszają na scenie indie rocka… I tak też się stało.


Paulina Leszczyńska

Black MirrorNetflix pełen jest różnorakich produkcji. Część z nich jest świetna, podczas gdy inne okazują się wielkim rozczarowaniem. Zgłębianie kolejnego netflixowskiego serialu to jak otwieranie Kinder Niespodzianki, nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Trzeba jednak przyznać, że w porównaniu do dorobku filmowego, serialowy na platformie wypada znacznie lepiej. Takim oto trafem, po wysłuchaniu dobrych opinii znajomych, wakacyjne nadrabianie zaległości postanowiłam rozpocząć od Czarnego lustra.

Sam tytuł odzwierciedla mroczną, nieprzeniknioną taflę ekranu. Cała koncepcja produkcji obraca się bowiem wokół nowoczesnych technologii, które choć ułatwiają nam życie, stają się również przyczyną całej gamy problemów. Każdy odcinek to autonomiczna historia, przedstawiająca perypetie różnych bohaterów. Niektóre z nich osadzone są we współczesności, podczas gdy inne wykorzystują typowo futurystyczne koncepcje. Plusem takiej strategii jest to, że możemy oglądać odcinki w dowolnej kolejności, część możemy pominąć, a i długie odstępy czasowe w oglądaniu poszczególnych epizodów nie sprawią, że pogubimy się w fabule.

Czarne lustro naprawdę daje do myślenia. Uświadamiamy sobie, że technologiczne nowinki, które tak nas zachwycają, mogą być również naszym przekleństwem. Możemy zastanowić się, co by było, gdyby pomysły zaprezentowane w serialu znalazły swoje odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. Czy faktycznie rozwój technologiczny nie zna granic i powinniśmy nadal ślepo podążać za kolejnymi wynalazkami? A może nadszedł czas, by powiedzieć stanowcze dość? Więcej, nie zawsze znaczy lepiej, co genialnie widać na przykładzie Netflixowskich bohaterów. Większość alternatywnych rzeczywistości przedstawionych w serialu nie ma nic wspólnego z błogim i beztroskim życiem w otoczeniu zaawansowanych technologicznie wynalazków.

Do mnie, jako do osoby nieco uzależnionej od gadżetów, produkcja ta naprawdę przemówiła. Po każdym odcinku nachodziła mnie refleksja, jak wyglądałby nasz już i tak już zepsuty świat, gdyby wzbogacić go o jeszcze więcej, rzekomo ułatwiających życie, nowinek. Tak więc, jeśli nie macie czasu na pochłonięcie serialu za niemalże jednym zamachem, Czarne lustro okaże się idealne w przypadku długoterminowych inwestycji. Co więcej, nie jest to serial, który po pierwszym sezonie traci poziom. Wszystkie serie bowiem trzymają fason i zaskakują kolejnymi, coraz to bardziej wymyślnymi, epizodami

Black Mirror trailer


Sylwia Sekret

Nie lubię papugować ulubieńców po kimś, ale nie mogę inaczej: moim faworytem, podobnie jak u Mateusza, jest drugi sezon serialu Netflixa Ania, nie Anna. Książkową serię czytałam wiele razy, a najbardziej zużytymi były Ania z Avonlea Ania na uniwersytecie. I zawsze ubolewałam, że nie powstała ani jedna ekranizacja (filmowa, serialowa, rysunkowa), która choć trochę przypadłaby mi do gustu – żadnej nie lubiłam, w żadnej nie pasowała mi główna bohaterka – do moich wyobrażeń po lekturze. Aż przyszła pora na pierwszą zapowiedź pierwszego sezonu produkcji od Netflixa i pomyślałam sobie: Tym razem to już musi być to. I było. Oglądałam niemalże z rozdziawioną buzią, a każdemu odcinkowi towarzyszyła cała skala emocji – od wzruszenia aż po śmiech. Na drugi sezon czekałam jak niektórzy na Gwiazdkę. Bezgłośnie wypowiadałam życzenia, by kolejne odcinki były przynajmniej na takim poziomie, jak te z pierwszego sezonu. Niemal przebierałam nogami przed seansem. I nie zawiodłam się, bo drugi sezon był chyba jeszcze lepszy. Ten serial to dla mnie fenomen. To nie tylko GENIALNA ekranizacja, to nie tylko REWELACYJNY serial, ale przede wszystkim skarbnica mądrości podana w formie, która rozwala na łopatki. Uwielbiam serialową Anię, uwielbiam serialową Marylę, serialowego Mateusza i – oczywiście – serialowego Gilberta. Gilbert Blythe to moja pierwsza i w ogóle jedyna książkowa miłość. Ah! Gilbert! A ten serialowy? Fenomenalny! Aktor dobrany świetnie, podobnie zresztą jak pozostali. Warto też wspomnieć, że chemia między Anią a Gilbertem jest niesamowita, tym bardziej, że są to tak młodzi aktorzy i zagrali wybitnie rodzące się dopiero uczucie, do którego żadne z nich się nie przyznaje; uczucie czyste, wolne na razie od pragnień i żądzy, na które są jeszcze po prostu za młodzi. I ja również muszę wspomnieć o siódmym odcinku, o przyjęciu u Józefiny. Jeśli szukacie epizodu, który będzie kwintesencją serialu, to będzie to właśnie ten. Szczególnie zapadł mi w pamięć fragment, kiedy Ania wraca już z przyjęcia i siada na łóżku chorej Maryli. Wypowiada wtedy zdanie, które dotyczy zarówno Józefiny, jak i jej opiekunów, a także powinno dotyczyć każdego człowieka na świecie. Nie pamiętam słowo w słowo, jak to brzmiało, ale znaczenie było takie: Nie można żałować żadnego życia, które zostało spędzone u boku ukochanej osoby. I nie chodzi tylko o drugą połówkę, ale także o brata, siostrę, córkę, przyjaciela… Kogoś, kogo się kochało.

Było jeszcze zdanie, wypowiedziane z fascynacją, które dotyczyło między innymi homoseksualizmu, o tym, że życie niesie ze sobą tyle możliwości.

Ania, nie Anna to coś wspaniałego, do czego będę wracać latami – wiem to na pewno. Drugi sezon połknęłam błyskawicznie, a trzeciego już teraz nie mogę się doczekać. Gdybym w tej chwili, dokładnie teraz, musiała zdecydować, jaki jeden jedyny serial na świecie pozostawić, to byłaby to właśnie Ania… I myślcie sobie, co chcecie – że to serial dla bab, że to łzawe albo melodramatyczne. Kocham, ubóstwiam, uwielbiam. Koniec kropka.

Anne With An E: Season 2 | Official Trailer [HD] | Netflix


 

Fot.: SyFy, Netflix, Microsoft Stuidos/Undead Labs, Norgan Records, własne, Nuclear Blast, HBO, Creative Assembly

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *