lipiec 2020
lipiec 2020

Wakacje 2020 nie są zwykłymi wakacjami. Mijające aktualnie lato nie jest typowym latem. Ale wszyscy robimy wszystko, żeby w jak największym stopniu otaczać się normalnością, nawet nie tyle tworząc pozory, co zbierając jej szczątki. Na szczęście książki, filmy, seriale, gry, muzyka, audycje radiowe – to wszystko nie daje się żadnej pandemii. Co więcej, nierzadko mamy teraz więcej czasu na zapoznawanie się z dziełami kultury, na nadrabianie czytelniczych zaległości, na bezkarne wsłuchiwanie się w odgłosy płynące z radia, na oglądanie seriali, na które nigdy nie było czasu. Taki wzmożony kontakt z kulturą owocuje u każdego. U nas, oprócz duchowego bogactwa, które zyskujemy, owocuje także Ulubieńcami miesiąca. Lipiec 2020 oczami naszych redaktorów prezentuje się jak zawsze kulturalnie. Zapraszamy zatem do lektury!


Anna Sroka-Czyżewska

Są takie powieści, które zabierają nas w miejsca, w których nie chcielibyśmy się nigdy znaleźć, oraz mówią o ludziach, których nigdy, ale to nigdy, nie chcielibyśmy spotkać. Są to powieści brutalne, pełne beznadziei i mroku, które należy czytać raczej w spokojnym i harmonijnym momencie swojego życia, ponieważ mają to do siebie, że potrafią wyprowadzić myśli na niebezpieczne tory. Donald Ray Pollock pisał Diabła wcielonego być może z tą intencją, aby popsuć czytelnikowi humor na wiele dni, a być może także po to, aby pokazać mu odmęty Południowych Stanów USA. To właśnie to skłoniło mnie do lektury powieści – nieoczywisty gotyk amerykańskiego Południa, który w literaturze przyjmuje różne oblicza, a ten przedstawiony w Diable wcielonym jest rzeczywiście wyjątkowo brutalny. Pierwsze skojarzenie z fabułą powieści niesie film Urodzeni mordercy Olivera Stone’a, w którym niezapomniani Woody Harrelson i Juliette Lewis wcielają się w rolę małżeństwa zwyrodniałych morderców podróżujących Route 66. Diabeł wcielony to historia kilku osób, w tym właśnie małżeństwa potworów, którzy zabijają z niepojętych dla zwykłego człowieka motywów, a areną ich zbrodni stają się odludzia Ohio i Zachodniej Wirginii. Wszyscy bohaterowie powieści Pollocka są uwikłani w miejsce, w którym żyją. Amerykańskie Południe jest tutaj światem zamkniętym, specyficznym, gdzie w ludziach czai się zło, a demony, które latami za nimi podążają, nie pozwalają zaznać spokoju. To koszmar małych miejscowości, opuszczonych budynków, starych farm i pustych dróg, gdzie nie dociera wołanie o pomoc, a każdy musi radzić sobie sam i wykształcić własną moralność. To powieść bezwzględna i bezduszna, która nikogo nie pozostawi obojętnym, a niektóre fragmenty nie będą dawały o sobie zapomnieć.


Małgorzata Kilijanek

W lipcu dość nieoczekiwanie powróciłam do albumu Léviathan Flaviena Bergera wydanego w 2015 roku. W jego opisie znaleźć możemy zdanie: wszystko napisane, skomponowane, zinterpretowane i nagrane przez Flavien Bergera w La Barre, latem 2014. Francuski artysta w swojej twórczości lubi łączyć muzykę elektroniczną z psychodelią, ale jak sam stwierdził w wywiadzie z „Konbini”, płyta ta ma raczej nieokreślony gatunkowo charakter. To mieszanka mroku, syntezatorów, romantyzmu i niepokoju. Elektroniczne brzmienia niczym u Nicolasa Jaara potrafią na niej przejść w jazzowe akcenty, a Berger pokazuje się z każdej możliwej muzycznej strony, gotów wszystkimi umiejętnościami zachwycić słuchacza. Poza warstwą dźwiękową głębię nadaje całości pojawiający się w części utworów wokal oraz francuskie teksty. Tytułowy utwór wieńczący dzieło trwa prawie szesnaście minut, a w pewnym momencie spomiędzy syntezatorów wyłaniają się w nim smyczki. La Fête Noire to zaś nieco bardziej taneczny akcent, z którym Was zostawię. Przekonajcie się sami, co kryje się pod tą nazwą i… śmiało dodajcie do swojej playlisty.

FLAVIEN BERGER - LA FÊTE NOIRE

 

Muzycznie przejdę do tego, na co czekałam bardzo długo. Jest mi niezmiernie miło przyznać, że opowiadam o tym wszystkim wokół z zachwytem, bez cienia rozczarowania. Mowa o Radiu Nowy Świat, trzymającym pion i poziom. To stacja powstała dzięki staraniom dziennikarzy, którym zależy na wyjątkowej jakości, oraz słuchaczom, którzy radio traktują jak coś więcej niż urządzenie do odbioru muzyki.

Zespół inicjatorów projektu tworzą: Magda Jethon, Anna Krakowska, Wojciech Mann, Jan Chojnacki, Krzysztof Łuszczewski. Cały proces powstawania radia dział się na naszych oczach – od ogłoszenia wizji przedsięwzięcia, przez wsparcie słuchaczy, szczególnie tych działających w ramach akcji Ratujmy Trójkę, zbiórki na Patronite, po premierowe audycje 10 lipca 2020 roku. Datę tę powinniśmy wszyscy zanotować, gdyż podejrzewam, że stanie się historyczna. Oto w Polsce odrodziło się medium na najwyższym poziomie, w którym dobrej jakości audycji tematycznych czy też muzycznych nie przerywają propagandowe wiadomości oraz reklamy.

Należy przyznać, że na antenie czuć ducha starej, dobrej Trójki, jak zwykło się mawiać, co stanowi synonim wybitnej stacji, przyjaznej słuchaczowi. Na antenie radia możemy poznać niespotykane muzyczne dzieła, wysłuchać klasyków, których nie wypada nie kojarzyć, posłuchać o wydarzeniach w kulturalnym i ściśle literackim świecie, przysłuchać się i brać udział w dyskusji na tematy codzienne, społeczne, polityczne. Wszystko to podane zostaje w wyrafinowanej formie.

W ramówce znajdziemy między innymi: Nowy Świt, czyli poranek prowadzony na zmiany przez Beatę Grabarczyk, Katarzynę Kasię, Grzegorza Markowskiego i Macieja Orłosia; Poranną Mannę, Bez Kolejki Małą Kawę Wojciecha Manna; Muzykę bardzo poważną Krzysztofa Grabowskiego; Piosennik Andrzeja Poniedzielskiego; Porę sjesty Marcina Kydryńskiego; Raczek movie Tomasza Raczka; Deliberatorium Beaty Grabarczyk; W środku dnia Jana Niebudka; Wagli Wojciecha Waglewskiego i Fisza; Nowego świata po południu Michała Poryckiego; Zamachu na dziesiątą muzę Zbigniewa Zamachowskiego czy też audycji Czytał Michał Nogaś, w której gośćmi są twórcy literaccy.

Nie będę rozpisywać się o szczegółach każdej audycji, ale bardzo gorąco zachęcam do samodzielnego zapoznania z nimi. Mogę jednak przyznać, że poranki z Nowym Świtem spędza się fantastycznie, a ich tematy przewodnie zwykle rozszerzają się o kolejne zagadnienia. Ciekawe przeglądy prasy, rozmowy z gośćmi specjalizującymi się w różnorakich tematach (w tym jako punkt obowiązkowy wizyty Klaudiusza Slezaka z aktualnościami z sejmowych korytarzy). Redakcja postawiła również na otwarcie anteny dla nowych talentów, czego doświadczyć można podczas Próbnego lotu. Miano Młodego Talentu przypadło także Mateuszowi Andruszkiewiczowi, który w swej audycji Nie tylko hip-hop prezentuje playlisty do pewnych gatunków umiejące przekonać nawet uprzedzonych. Słucha się go wyjątkowo przyjemnie. Sobotnie Koncerty życzeń Joanny Kołaczkowskiej w duecie z Wojciechem Malajkatem czy Piotrem Bukartykiem to koncerty, jakich jeszcze nie było, z niejednokrotnie zaskakującymi życzeniami słuchaczy. Beata Grabarczyk w Deliberatorium z klasą i profesjonalizmem rozpracowuje ze swoimi gośćmi niełatwe tematy, a Michał Nogaś w Czytał Michał Nogaś w takim samym tonie prowadzi rozmowy o książkach, które ma się ochotę zamówić od razu, w czasie trwania audycji (jeśli jeszcze nie posiada się ich w swoich zbiorach). Warto też wspomnieć, że redaktorkom i redaktorom Nowego Świata niestraszne feminatywy.

Radio Nowy Świat jest radiem internetowym, a słuchać można go poprzez stronę internetową oraz aplikację (więcej informacji tutaj). W mediach społecznościowych radia (Instagram, Facebook) pojawiają się wszelkie aktualności. Jedyny zarzut, jaki usłyszałam na antenie od słuchaczy dzwoniących do radia, pod którym się podpisuję, to: wszystkie audycje są na tyle fantastyczne, że chcąc wysłuchać tej, której nie było nam dane usłyszeć, pojawia się ogromny dylemat. Pragnąc wysłuchać tego, co już było, można stracić to, co trwa… Ekwilibrystyką byłyby próby odsłuchu jednoczesnego, choć taka multizadaniowość chyba mija się z celem. Zostają nam noce, jakże piękne! :).

W lipcu udało mi się obejrzeć serial Modern Love (nie mylić z Modern Family), którego osiem odcinków opiera swe scenariusze na historiach, które ukazały się na łamach „The New York Times” w formie felietonów, esejów czy krótkich wzmianek dotyczących różnych sytuacji. Oparte na faktach teksty dotyczą codzienności oraz uczuć, zwracają też uwagę na problem w nawiązywaniu głębszych relacji przez chorobę dwubiegunową czy kwestię adopcji dzieci przez pary homoseksualne. To opowieść o różnych odmianach miłości: przyjacielskiej, romantycznej, ojcowskiej, rodzicielskiej, platonicznej, a także miłości do samego siebie. Za projekt odpowiada John Carney, a w obsadzie znaleźli się między innymi: Anne Hathaway, Dev Patel, Andrew Scott, Andy García, Sofia Boutella. Antologia ta nie jest do końca wyrównana, a odcinki są od siebie odmienne, szczególnie pod względem wywoływanych reakcji – zbędne wydaje się ich usilne splecenie pod koniec trwania sezonu. Może są to nieco cukierkowe nowojorskie opowieści ze szczęśliwymi zakończeniami, ale poruszają też tematy ważne. Nawet jeśli nie czynią tego dogłębnie, to jednak je wyróżniają. Dobrze jest pamiętać, że na serial składają się półgodzinne, odseparowane od siebie odcinki – można byłoby uznać je za krótkie metraże, co nakłada na fabułę pewne ograniczenia. Poza oferowanymi chwilami do zastanowienia na ekranie wygrywa optymizm i dobro, a także nadzieja. Jeżeli macie ochotę na podróż do właśnie takiego świata, odrywając się na kilka godzin od mniej optymistycznej rzeczywistości, włączcie Modern Love. Serial znajdziecie na Amazon Prime, a więcej opowieści z życia wziętych na stronie „The New York Times”.


Klaudia Rudzka

Lipiec uraczył mnie szczególnym odkryciem mało popularnego u nas, a jednocześnie bardzo wartościowego serialu rosyjskiej produkcji pod tytułem Lepsi niż my (Luchshe, chem lyudi). Serial opowiada o Moskwie przyszłości – mieście, gdzie roboty są standardem, przy jednoczesnym założeniu, że w końcu będą w stanie zastąpić ludzi. Rosyjska produkcja zadaje wiele pytań i porusza  mnóstwo istotnych kwestii filozoficznych dotyczących człowieczeństwa, zachowań, naturalnych instynktów, wartości, prawd i kłamstw, do których często posuwają się bohaterowie serialu. Całość składa się z szesnastu godzinnych odcinków, jednak z pewnością zaświadczam, że ogląda się je jednym tchem. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon tego stworzonego w klimacie Black Mirror rosyjskiego majstersztyku i gorąco zachęcam do zapoznania się z tą nieoczywistą produkcją.


Magda Przepiórka

Od dłuższego czasu śledzę poczynania polskiego magazynu popularyzującego filozofię „Filozofuj!”. To skondensowany i smaczny kawałek wiedzy, który zapewne sprawi sporo frajdy początkującym miłośniczkom i miłośnikom filozoficznych treści, ale i tym, którzy po raz pierwszy chcieliby zajrzeć w tenże światek. Mnie „Filozofuj!” sporo poznawczej frajdy do dzisiaj sprawia. A tematyka? Cholernie różnorodna – od podstawowych pytań, o co w tej całej filozofii w ogóle chodzi, przez podróże po wybranych utopiach, rozprawy o języku, zagadnienia tożsamości, idei, formy czy kultowe już pytania związane z sensem. Wszystkiego. Najnowszy numer to niemała filozoficzna gratka. Główny temat numeru oscyluje wokół pytania: Czy żyjemy w symulacji? – jest przystępnie, treściwie, świeżo, momentami zaskakująco. Nie tylko w najświeższym egzemplarzu. Warto sięgnąć, chociaż raz, na spróbowanie, przetestowanie – jeden numer to 12 zł wyjęte z kieszeni.

Przechodząc dalej, zatrzymam się na muzyce… a szczególnie na jednym kawałku, który okresowo do mnie wraca. Mowa tutaj o muzycznej opowieści, którą stworzył twórca średnio przeze mnie lubiany – jeśli miałabym skupić się na jego nowszych muzycznych wojażach. Wszak byłoby inaczej, jeśli miałabym mówić o początkach. O kim mowa? O pewnym raperze z wąsem, któremu udało się zapełnić po brzegi (na spółę z drugim panem z wąsem) dumę kraju naszego – Stadion Narodowy. Pan Taco Hemingway. Do dzisiaj pamiętam, ile ekscytacji wywołało we mnie wstąpienie na salony Trójkąta warszawskiego, a następnie Umowy o Dzieło (2014 i 2015 rok). Do dzisiaj też te dwa minialbumy są swojskimi, wyrazistymi i płynnymi muzycznymi historiami, do których co jakiś czas lubię wracać. Nie tylko kuszą ciekawie opowiedzianymi wycinkami życiem pachnącymi, ale są i świetnie ze sobą zgrane. We Wszystko jedno, czyli jednym z najbardziej przeze mnie przemaglowanych kawałków, sporo jest celnych obserwacji młodej warszawskiej (zresztą nie tylko tej) społeczności czy trafnego i realistycznego zarysowania nocnej, miejskiej, pijackiej szwędaczki. Monotonia żonglowania słowem przez Taco na przekór jeszcze bardziej podkręca opowieść. Barwny strumień świadomości narratora sprawia, że Wszystko jedno staje się bardzo szybko nie tylko kawałkiem dobrej muzyki, ale i kawałkiem dobrej – a przede wszystkim żywej – opowieści.

Taco Hemingway - "Wszystko jedno" (Trójkąt warszawski)

Piękny warszawski piątek, pełen przekąsek, zakąsek

I ludzi, którzy gubią wątek

Leje się alkohol, a w lokalu dzisiaj komplet

Nasza bohaterka wodzi za kimś wzrokiem

Szuka Księcia

Gwoli rymu damy mu na imię Piotrek

Pisała siedem dni, teraz się boi, że ten Piotr pękł

A dla niej on to filet mignon

W tym kraju, w którym każdy chłopiec jest jak mielony kotlet

Kończąc, zatrzymam się na literaturze… W lipcowym okresie posiedziałam trochę nad lekturami pana Lema. Obecnie kończę Kongres futurologiczny – krótką książeczkę, a zarazem dłuższe opowiadanie. Historia wydana po raz pierwszy w 1971 roku i należąca do cyklu Dzienniki gwiazdowe, których głównym bohaterem, a zarazem narratorem, jest fikcyjna postać, wykorzystywana przez Stanisława Lema w swojej twórczości nagminnie – Ijon Tichy. Kongres futurologiczny, choć jest klasyczną opowieścią z kategorii „w sam raz na raz” – zarówno jeśli chodzi o rozmiary, jak i łatwość czytania czy tak zwane swobodne płynięcie przez słowa – to jest tworem iście „Lemowskim”. Historia to absurdalna, poprzetykana kolejnymi halucynacjami, w których gubi się nie tylko sam bohater, ale i czytelnik; w której rzeczywistość ze strony na stronę miesza się coraz bardziej z najdalszymi odmętami ludzkiej wyobraźni. Jazda bez trzymanki, która jednak po swoim finiszu mości się wygodnie w naszej głowie, wręcz bezwstydnie rozkłada i szybko przestrzeni tych nie opuszcza. To przygoda wielopoziomowa, która zachęca do wielorakich interpretacji, to po części także antyutopijna wizja przyszłości, w której humoru – szczególnie tego absurdalnego – wcale nie brakuje. Pomysły Lema zaskakują i wzbudzają podziw do dziś. Z Kongresem futurologicznym, choć wydany został prawie lat 50 temu, nie jest inaczej. To tyle.


Sylwia Sekret

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy jeszcze seriale i napisy do nich pochodziły z dwóch różnych światów, a o Netflixie nikt jeszcze nie słyszał, zaczęłam oglądać Współczesną rodzinę (Modern Family). Z różnych przyczyn (również tych ode mnie niezależnych) skończyło się na bodaj trzech epizodach i o produkcji zwyczajnie zapomniałam. Jakiś czas temu dwie moje zupełnie różne przyjaciółki zaczęły polecać mi ten serial lub po prostu wspominać o nim w samych superlatywach. A że ostatnio nocami w zasadzie nie sypiałam, postanowiłam spróbować zaprzyjaźnić się z tytułową rodziną. I cóż mogę powiedzieć? Przepadłam! Na chwilę obecną jestem w połowie 5. sezonu, ale ponieważ odcinki są krótkie, a czas spędzony z Jayem, Glorią, Claire, Phillem i resztą zlatuje w okamgnieniu, zaczęłam sobie dawkować kolejne epizody w obawie, że niedługo nic mi nie zostanie!  A myśl ta była smutna i przerażająca jednocześnie. Na szczęście wkrótce znalazłam inne rozwiązanie. Co prawda tymczasowe, ale jednak. Wciągnęłam w ten serial również męża i teraz oglądam razem z nim, od początku. Co będzie, jak wkrótce znów złapię się na tym, że to już 5. sezon?

Tymczasem jednak delektuję się czasem spędzanym w rodzinnym gronie. A trzeba przyznać, że rodzinka Pritchettów i Dunphych to niezwykłe zgromadzenie ludzi związanych ze sobą więzami krwi lub miłością i przyjaźnią, którzy w równym stopniu się kochają, co działają sobie na nerwy. I to jest w nich właśnie najpiękniejsze. Współczesna rodzina nie jest idealna, ale żadna rodzina nie jest. Każdy członek tej zwariowanej familii ma mnóstwo wad, z których doskonale zdają sobie sprawę pozostali. I często je wykorzystują. Przy tym jednak kochają się na zabój, mimo że czasem chcieliby się nawzajem pozabijać.

Serial w rewelacyjny sposób łamie czwartą ścianę i zaczął robić to na długo przed tym, jak zaczął robić to chociażby Kevin Spacey w House of Cards, co było dla mnie niemałym zdziwieniem.

Na chwilę obecną moje podium ukochanych seriali komediowych wygląda następująco: Przyjaciele, Brooklyn 9-9 i właśnie Współczesna rodzina. Chociaż nie wiem, czy w ogóle nie usunąć trzeciego miejsca, zostawić dwa drugie. W końcu… Kto mi zabroni? Tak, Współczesna rodzina to zdecydowanie mój ulubieniec lipca i poprzedniego miesiąca też. I zapewne zostanie nim jeszcze jakiś czas.


Mateusz Norek

Moim niekwestionowanym patronem minionego miesiąca zostaje H. P. Lovecraft. Już niedługo ukaże się moja recenzja najnowszego zbioru opowiadań Cienia z Providence, wydanego przez Vesper – W górach szaleństwa. Jednak, aby jeszcze bardziej wejść w klimat grozy i mitów Lovecrafta, miałem okazję dodatkowo zapoznać się z Sinking City – grą komputerową, inspirowaną jego twórczością. I mimo wszelkich niedociągnięć i kłującej czasem w oczy brzydoty – produkcja ta niesamowicie mi się podobała.

W grze wcielamy się w postać prywatnego detektywa, Charlesa Reeda, który cierpi coraz mocniej z powodu dziwnych snów i wizji. Pomoc uzyskać ma w Oakmont, tajemniczym miasteczku, niemal całkowicie odciętym od świata przez niedawną powódź. Okazuje się, że wydarzenia rozgrywające się w mieście, mają ścisły związek z jego omamami, a na szali znajduje się nie tylko zdrowie psychiczne detektywa, ale także los wszystkich mieszkańców Oakmont. Sinking City to gra TPP, w której poza okazjonalną walką bronią palną i eksploracją miasta, głównie rozwiązywać będziemy kolejne śledztwa. I o ile walka jest bardzo prosta i mocno powtarzalna, a ulice Oakmont nieco puste, fabularnie gra stoi na naprawdę wysokim poziomie, a zabawa w detektywa została wykonana perfekcyjnie. Przede wszystkim produkcja studia Frogwares nie prowadzi gracza za rękę i nigdy nie mówi nam wprost, gdzie mamy się udać. Dostajemy tylko delikatną wskazówkę, między jakimi ulicami mamy szukać kolejnego tropu i sami musimy na mapie miasta odnaleźć cel. Na miejscu badamy wybrane mieszkanie, by odnaleźć dowody i spróbować odtworzyć chronologicznie wydarzenia. Czasem musimy udać się również do miejscowej biblioteki, posterunku policji czy ratusza, aby w ich archiwach po wprowadzeniu odpowiedniej kombinacji odkryć poszukiwane informacje. By nie pogubić się w tym wszystkim, mamy dostęp do tzw. Pałacu Umysłu, gdzie zapisywane są wszystkie tropy i z czasem możemy je grupować, tworząc dedukcje, umożliwiające nam rozwiązanie sprawy. Zawsze jednak będziemy musieli wybrać pomiędzy racjami jakichś postaci i cóż, będą to trudne moralnie wybory, bo Oakmont skrywa wiele tajemnic, a jego mieszkańcy mają wiele na sumieniu. Za walkę i wykonywanie zadań uzyskujemy również punkty doświadczenia, ale talenty, które możemy za nie odblokować, nie są niczym specjalnym.

Gdyby była to recenzja, musiałbym pewnie jeszcze niejedno Sinking City zarzucić, niemniej jednak wszystkie jej wady przykrywa genialny, lovecraftowy klimat, który widać w niemal każdym miejscu. Po mieście włóczą się kultyści mamroczący o zbliżającym się końcu świata, większość napotkanych bohaterów ma jakieś związki z mrocznymi siłami, a Reeds wraz z postępem fabuły coraz bardziej traci zmysły i niewiele dzieli go od popadnięcia w szaleństwo. Grafika czasem potrafi wyglądać naprawdę odpychająco, ale równocześnie czasem obskurne, podupadłe Oakmont, skąpane we mgle wygląda niesamowicie. Sinking City porównałbym do pierwszej części Wiedźmina – tutaj też widać czasem mocne ograniczenia silnika, na którym zrobiona jest gra, czasem trudno nie zauważyć niewystarczającego budżetu, ale obie te gry są zrobione z pasją. Nawet jeśli już po kilku godzinach grania będziemy na pamięć kojarzyć kilka powtarzających się układów mieszkań, twórcy próbują zawsze dodać w każdym kolejnym miejscu coś unikatowego, jakiś smaczek, który powie nam coś więcej o tym świecie. Nawet listy, które znajdujemy na początku, będące najbardziej generycznym zestawem zadań, w których mamy po prostu znaleźć kilkanaście miejsc, opisanych przez szalonego turystę – wszystkie mają jakieś ciekawe i mroczne historie do opowiedzenia.

Co najlepsze, wszystko wskazuje na to, że w tym miesiącu będę miał okazję sprawdzić kolejną grę ze świata Lovecrafta, tym razem o wdzięcznym tytule Call of Cthulhu, a na dokończenie czeka jeszcze na mnie ponad połowa historii ze zbioru opowiadań Zgroza w Dunwich. Świat Samotnika z Providence nie zamierza mnie więc w najbliższym czasie opuścić, a ja nie mam nic przeciwko, bo w objęciach jego widmowych macek jest mi jakoś dziwnie przytulnie ;).


Mateusz Cyra

Moim numerem jeden (dosłownie i w przenośni) był dość niespodziewany duet Kida Cudiego oraz Eminema! Na każdy nowy utwór z udziałem Marshalla Mathersa III czekam z utęsknieniem; dlatego, gdy nieoczekiwanie poprzez social media dotarła do mnie informacja, że za kilkanaście godzin odbędzie się premiera singla i lyric video, zatytułowanego The Adventures of Moon Man and Slim Shady, zacierałem rączki ze zniecierpliwienia. Szczerze mówiąc, muzycznych dokonań Kida Cudiego  prawie nie znam, poza kilkoma największymi hitami, dlatego nie zamierzam ściemniać, kto był magnesem, który przyciągnął moją uwagę.

Oczywiście Eminem jest artystą gościnnym w tej piosence, dlatego wiadomo było, że prędzej to on stylowo będzie dostosowywał się do Cudiego niż odwrotnie, co uważam za miłą odmianę w stylu rapera z Detroit. Chyba najbardziej wyczuwalny w stylu jest trip rap, co nie jest codziennością w portfolio Eminema, ale całość wypada wprost genialnie, bo ten kawałek aż chce się powtarzać. Tekstowo po stronie Kida Cudiego nie ma żadnych fajerwerków, ale nie można też powiedzieć, że raper prezentuje przeciętny poziom. Po prostu w porównaniu z królem Detroit jego nawijka wypada jednowymiarowo. Cudi skupia się przede wszystkim na swojej walce z nałogiem, odbytej terapii odwykowej oraz na tym, że miał zbyt długą przerwę od muzyki. Wszystko to skąpane jest w prostej, ale relaksującej formie. Natomiast, gdy do głosu dochodzi Eminem, robi się gorąco. Artysta co prawda zachowuje brzmienie Cudiego i rapuje wolno, chillowo, bez charakterystycznego dla niego zadzioru, ale z drugiej strony zmiana stylu pozwala mu na zabawę słowem, nadawanie wersom podwójnych (czasem potrójnych) znaczeń i uderzanie w uszy odbiorcy mocnymi, niewygodnymi dla wielu treściami. Nie brakuje tu fragmentów poświęconych pandemii oraz śmierci George’a Floyda. Hejterzy dostali też kilka cudownych prztyczków w nos.

The Adventures of Moon Man and Slim Shady to kawałek mocno relaksujący, ale dający wiele satysfakcji odbiorcy, ponieważ wersy Eminema sprawiają, że z każdym przesłuchaniem odkrywamy nowe bądź ukryte znaczenia.

Kid Cudi, Eminem - The Adventures Of Moon Man & Slim Shady (Lyric Video)


Fot.: Papierowy Księżyc, Pan European Recording, Amazon, Netflix, Wydawnictwo Literackie, frogwaresm, Shady Records

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *