rojst
rojst

Po lipcu nie ma już ani śladu. Jak to się stało? Kiedy? Dlaczego? Jakim prawem nikt nie zapytał nas o zdanie? No cóż – możemy długo jeszcze utyskiwać nad odejściem chyba najbardziej letniego i wakacyjnego miesiąca, ale niestety nie zmieni to sytuacji. Lipiec był i odszedł tak szybko, że Sierpień nie zdążył się nawet porządnie naszykować, a już musiał wkroczyć na scenę. I choć wielu z nas przebywało w lipcu na urlopie lub po prostu odpoczywało, to oczywiście nie moglibyśmy się całkowicie odciąć od kultury. Zarówno podczas upałów, jak i burz z ulewami, towarzyszyły nam seriale, utwory muzyczne i dobra literatura. Dziś polecamy Wam więc kilka z tych tytułów, które u nas sprawdziły się znakomicie, zasługując na miano ulubieńców lipca. Znajdziecie tu kilka słów o serialu Rojst ‘97, ale także o totalnie innym Lucyferze. Będziemy próbowali namówić Was do lektury Mireczka, ale także do przesłuchania kawałka X Gon’ Give It To Ya, który być może, tak jak naszą redaktorkę, skłoni kogoś do pokonywania kolejnych kilometrów, nie zważając na pot ściekający po skroniach. To co? Gotowi do lektury? Zapraszamy i liczymy na to, że coś trafi również w Wasze gusta.


Patryk Wolski

Dawno nie wpadłem w szpony bing-watchingu, bo nie mogłem znaleźć nic interesującego na tyle, aby bez przerwy oglądać jeden serial. Aż tu nagle odpaliłem z ciekawości Lucyfera i popłynąłem. Jakież to było zaskoczenie, gdy okazało się, że jest to fantastyczne show! Okej, może to nie jest dzieło wybitne, ponieważ to wciąż wariacja na modłę CSI, ale z jakże intrygującym wątkiem. Okazuje się, że sam diabeł postanowił sobie zrobić przerwę od pilnowania wrót piekieł i zstąpił (czy może wspiął się) do nas, śmiertelników, na Ziemię. Lucifer Morningstar od początku jest intrygującym bohaterem, a uroku dodaje mu genialne aktorstwo Toma Ellisa, w którym zakochała się z miejsca część żeńskiej widowni (i nie dziwię się, bo z zazdrością muszę powiedzieć, że to niezłe ciacho). Lucek się nudzi, więc wkręcił się w robotę z policją jako konsultant, bo okazało się, że dobrze mu idzie rozgryzanie ludzkich pragnień i nie jest jedynie zawalidrogą. W ten sposób poznaje detektyw Chloe Decker i tak, możecie już się domyślić, że będzie tu iskrzyć. Serial nie jest jednak tylko detektywistycznym tasiemcem, ale porusza sporo wątków biblijnych, zwłaszcza o upadku Lucyfera, wygnania z Nieba i odbywania służebnej kary w Piekle. Twórcy z biegiem czasu coraz odważniej mieszali ze sobą wątki nadprzyrodzonych postaci – w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że połowa boskich istot urzęduje na Ziemi. I chociaż z biegiem czasu te historie zaczynają się robić coraz bardziej nieprawdopodobne, to i tak oglądałem serial taśmowo. Zwłaszcza że twórcy zrobili się również odważniejsi, jeśli chodzi o konwencję odcinków. Mamy epizod noir oraz mój ulubiony odcinek musicalowy. Generalnie nie znoszę tego typu produkcji – La La Land wywaliłbym do kosza, a na filmowej Pięknej i Bestii wynudziłem się okropnie – ale tutaj twórcy podeszli do tego z takim jajem, że cały odcinek płakałem ze śmiechu, zobaczcie zresztą sami:

Lucifer Season 5 Singing Another One Bites the Dust

Jedyny problem jest teraz taki, że cierpię na syndrom odstawienia, a finałowy, szósty sezon ukaże się „dopiero” 10 września. Może wytrzymam!


Natalia Trzeja

Nigdy szczególnie nie interesowała mnie Eurowizja, tym bardziej że niespecjalnie śledzę coraz to nowsze gwiazdy, dla których ten konkurs jest również szansą rozgłosu. Od czasu do czasu, dziełem przypadku i dziwnych algorytmów Youtuba, trafię na pojedyncze piosenki, które na chwilę mogą zagrzać miejsca na mojej playliście. Eurowizja nie kojarzy mi się pozytywnie, zwykle przywodzi mi na myśl trochę kiczu i tanich chwytów marketingowych stawiających na widowiskowe show.

Jednak w przeciwieństwie do poprzednich edycji, tym razem jeden z uczestników zagościł u mnie na dłużej. O zespole Maneskin wiedziałam tyle, ile wyczytałam z gorących nagłówków, czyli, że jest to włoski zespół i zwycięzca Eurowizji, charakteryzujący się ciekawym stylem i unikalnym brzmieniem. Kilka przejażdżek samochodem z I Wanna Be Your Slave z głośników, do tego ich „słynny” występ na jednej z polskich scen wystarczyły, aby ten miesiąc przeminął mi w rytmie ich najnowszej płyty Teatro D’ira: Vol. I. Znakomite utwory o miłości, pożądaniu i byciu sobą.


Magda Przepiórka

Na lipiec mam dwie piosenki – jedną zagraniczną i jedną w rodzimym języku. Obie posiadają coś wspólnego: niepowtarzalny i cholernie trudny do podrobienia, letni, beztroski i ciepły klimat wakacyjnych dni, w których wszystko się może zdarzyć i wszystko jest w relacjach międzyludzkich możliwe. Pierwsza z nich to Solar power od Lorde. Ta nowozelandzka piosenkarka wraca po długiej przerwie z kawałkiem tak różnym od poprzednich, a jednocześnie tak charakterystycznym dla samej Lorde. Różnym, bo następuje – i w formie wizualnej i w słowie – wyraźna zmiana; podobnej, bo ta charyzmatyczna dziewczyna wciąż potrafi swoją muzyką uwodzić od pierwszych słów. Solar power poza barwnym, dzikim, beztroskim i świetnie rozegranym w małej przestrzeni klipem, a przy tym i cudnie niepokojącym (do głowy wpadają mi skojarzenia z Midsommar Ariego Astera) jest po prostu orzeźwiającą, pokojową piosenką o cieszeniu się życiem. 

Lorde - Solar Power

 

Druga muzyczna sprawa, odrobinę młodsza polska siostra Solar Power to Nikt od Lor. To zespół tworzący dotychczas muzykę głównie folkową, co ciekawe Nikt jest pierwszym utworem dziewczyn w języku polskim. To kolejny perfekcyjny przykład tego, jak łatwo usłyszeć, poczuć, zobaczyć letnie przestrzenie w dźwiękach. Nikt jest delikatny, momentami poetycki, ze świetnym rytmicznie refrenem. Kawałek nie chce mi wyjść z głowy i, kurczę, za każdym razem uśmiecham się do siebie, jak słucham tych dźwięków – a słucham ich zdecydowanie za często. Chociaż NiktSolar power to moje dwie ulubione lipcowe towarzyszki, to chciałabym też i wspomnieć o paru innych utworach, z którymi bardzo się polubiłam: Światłocienie Ochmana (popowy, choć niezwykle charakterystyczny singiel, któremu przewodzi monumentalny wokal Ochmana), wszystkie kawałki od Ciepłe Brejki (chociażby: chillowe Babciu nie jem mięsa czy mega przyjemny i szczery Make up) oraz świeżutki singiel promujący nową płytę Marii Peszek – J*bię to wszystko (z cudownie surrealistycznym teledyskiem, momentami pulsującym inspiracjami wyjętymi z filmów Wesa Andersona). 

Lor - Nikt (Official Video)


rojstKlaudia Rudzka 

Lipiec to bez wątpienia miesiąc pod znakiem serialu Rojst ’97. W kontynuacji produkcji Showmaxa, przejętej przez Netflixa, w reżyserii Jana Holoubka powracają znani bohaterowie. Znowu spotykamy się z Dawidem Ogrodnikiem, Andrzejem Sewerynem oraz innymi aktorami z wcześniejszej historii.  Rojst ’97 wprowadza też nowe twarze, skrzętnie buduje  napięcie i rozbudza oczekiwanie na dalszy rozwój wydarzeń. Sześcioodcinkowa historia opowiedziana w nowym sezonie subtelnie nawiązuje do wątków poruszanych poprzednio. Wplata także nowe, dzięki czemu widzowie rozczarowani finałem poprzedniej serii poniekąd dostają zadośćuczynienie. Przyznam szczerze, że sama znajdowałam się w gronie osób, które pomimo  fascynacji scenografią odczuwały lekki niedosyt po pierwszym sezonie. Drugi, zdecydowanie lepszy fabularnie, oglądało się z całą pewnością lepiej. Przekręty, zabójstwa, korupcje, skrywane przez lata sekrety, wewnętrzne rozterki i odkrywanie siebie na nowo to tylko niektóre z wątków poruszanych w kontynuacji polskiej produkcji. Rojst ’97 to też przede wszystkim powrót do lat 90. i na pewno dla tych, którzy, podobnie jak ja, darzą ten czas dużym sentymentem, będzie to podróż pełna nostalgii i wspomnień. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z nowym sezonem bądź całym serialem Rojst – gorąco zachęcam do nadrobienia.

Myślę, że książka Mireczek to opowieść, o którą nikt z nas nie prosił, ale wszyscy jej potrzebowali. Pokusiłam się o to stwierdzenie z prostej przyczyny – zastanówmy się chwilę, jak wiele osób z pokolenia 30+, o czym w książce wspomina autorka – Aleksandra Zbroja, miało do czynienia z problemem alkoholowym wśród najbliższych. Nawet jeśli nie był to problem związany z naszym bezpośrednim otoczeniem, to z dużą dozą prawdopodobieństwa alkohol pojawił się wśród rodziców naszych znajomych, w rodzinie przyjaciół czy po prostu pojawiał się gdzieś tuż obok nas – na osiedlu czy w szkole. Aleksandra Zbroja w Mireczku obnaża przed czytelnikiem siebie. Unaocznia nam trudną, bolesną, a przede wszystkim specyficzną relację, jaka łączyła ją z ojcem alkoholikiem. Nie była to jednak relacja pozbawiona czułości i miłości, Mirosława Zbroję można bowiem nazwać zarówno bohaterem, jak i antybohaterem książki. Bez wątpienia Mireczek to wnikliwe studium dorastania przekazane wręcz z reporterską precyzją u boku pijącej matki i ojca, na których nie można liczyć. To bardzo osobista i przejmująca historia,  która może stać się bliska pokoleniu, o którym wspomniałam wyżej.  Zachęcam do zapoznania się z lekturą, która ukazała się nakładem wydawnictwa Agora.


michalska-lipiec-21Martyna Michalska

Od dziecka uwielbiałam sport. To za sprawą mojego taty, który praktycznie od momentu, kiedy pewnie stanęłam na nogach i byłam w stanie chodzić bez obaw o upadek, starał się zaszczepić we mnie zamiłowanie do wysiłku fizycznego. Tenis ziemny, jazda na rowerze i łyżwach, gra w siatkówkę, ping-ponga czy pływanie były w dzieciństwie moimi ulubionymi sposobami na spędzanie wolnego czasu. Pamiętam, że godzinami razem z kolegami przesiadywałam na podwórku, oddając się wyżej wspomnianym aktywnościom. I po latach to zamiłowanie zostało. Może już nie w takim wymiarze jak kiedyś, ale jednak – sport nadal jest dla mnie ważny. Mimo tego zamiłowania jedna z dyscyplin totalnie mnie odrzucała i choć bardzo próbowałam się z nią zaprzyjaźnić, to bardzo długo mi się to nie udawało. Mam tu na myśli bieganie. Przełom nastąpił jakiś miesiąc temu, kiedy nie udało mi się pograć w tenisa, więc z potrzeby zrobienia czegokolwiek swoje kroki skierowałam na lokalny stadion, gdzie mieści się bieżnia. O dziwo, biegało mi się rewelacyjnie i od tej pory regularnie, co dwa, trzy dni biegam, stopniowo dokładając sobie kilometrów. Ale co ten przydługi wstęp właściwie ma wspólnego z ulubieńcem miesiąca? A to, że gdyby nie dobra playlista, tego całego biegania i radości z niego by nie było. A zwłaszcza nie byłoby kolejnych, dodatkowych metrów, gdyby nie kawałek X Gon’ Give It To Ya od rapera o pseudonimie DMX. Ten utwór tak niesamowicie mnie motywuje, że pomimo kilku kilometrów w nogach jestem w stanie włączyć szósty bieg i pobiec kilka kolejnych kółek. Nie sposób przy nim zwolnić tempa lub całkowicie się zatrzymać, wręcz przeciwnie – chce mi się biec dalej i dalej, bijąc kolejne, może niewielkie, ale zawsze, rekordy. I choć wiem, że tekst raczej mało ma wspólnego ze sportem, to jednak bije z niego niesamowita pewność siebie rapera, która łatwo przenosi się na słuchającego, dając siłę do dalszego biegu.


Sylwia Sekret

Bez zobowiązań (Casual), które jeszcze do niedawna można było oglądać na HBO GO, umiliło mi sporo lipcowych wieczorów. Niepozorny serial okazał się właśnie takim tytułem, jakiego akurat potrzebowaliśmy z mężem, żeby zrelaksować się po całym dniu, odprężyć, wciągnąć w losy bohaterów, ale jednocześnie nie przeżywać nie wiadomo jakich dramatów, których ponowne analizowanie nie pozwala potem zasnąć. I Bez zobowiązań, wjechało wtedy jak złoto. Łykało się w lipcu odcinek za odcinkiem, ale jednocześnie, kiedy robiło się już zbyt późno, nie było tego zniecierpliwienia, co też wydarzy się w następnym odcinku i bez obaw można było dalsze oglądanie odłożyć na kolejny dzień. Serial Zandera Lehmanna, który liczy sobie łącznie cztery sezony i kręcony był od 2015 do 2018 roku, to stosunkowo lekka, ale jednocześnie mądra i nietuzinkowa propozycja dla wszystkich tych, którym zbrzydły już popularne i goszczące we wszelkich rankingach serialowych tytuły. Trochę tu Kochanych kłopotów, trochę Bliskości, trochę gdzieniegdzie Gotowych na wszystko i trochę z bardziej współczesnej Pani Fletcher. Jak na tego typu serial nie brakuje tu całkiem odważnych scen, a i bohaterowie zdają się stworzeni dość nieszablonowo i właśnie odważnie. Szesnastolatka swobodnie rozmawia z matką i wujkiem o seksie, a wręcz nie krępuje jej, kiedy przyłapią ją oni w intymnej chwili z partnerem. Matka po wielu latach spędzonych z jednym mężczyzną zaczyna odkrywać siebie i swoją seksualność, a jej brat, choć nie ma problemu z jednonocnymi randkami, zdecydowanie nie radzi sobie w zwykłych, codziennych kontaktach międzyludzkich. Bez zobowiązań to opowieść o kobiecie, która zaczyna od nowa po rozwodzie. Której córka przeżywa typowy dla tego wieku okres buntu. Której brat wydaje się od niej uzależniony. Do tego kramu dochodzą jeszcze rodzice głównej bohaterki, o których można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że byli (są) dobrymi rodzicami. Dzieło Lehmanna to taka zagubiona pomiędzy głośnymi tytułami perełka, która ani nie boi się podejmować trudnych tematów, ani nie rozdmuchuje ich na potrzeby atencji. Świetny tytuł do obejrzenia wieczorem, aby nieco się rozluźnić, ale jednocześnie nie „odmóżdżyć”. Szkoda, że został usunięty z HBO GO, bo nie zdążyliśmy obejrzeć całości.


Mateusz Cyra

Mój lipiec zdominowały: serial Bez zobowiązań (o którym specjalnie rozpisywać się nie będę, ponieważ oglądałem go razem z Sylwią, a ona już dużo o nim napisała i nie widzę sensu w powielaniu) oraz dwa pierwsze tomy trylogii kryminalnej o komisarzu Brudnym, autorstwa Przemysława Piotrowskiego. Kolejno Piętno oraz Sforę przyswajałem w audiobooku i mam niestety zarzut odnośnie do osób odpowiedzialnych za tworzenie tychże dotyczący zmiany lektora po pierwszym tomie. Tak się po prostu nie robi. Jeśli już zapadła decyzja o zatrudnieniu do czytania Marcina Hycnara, to trzeba było go pozostawić na kolejne tomy. Chyba że decyzja o zmianie została podyktowana przez samego lektora, wtedy to troszkę inna sytuacja, którą jestem w stanie zrozumieć. Przyznaję, że Hycnar nie jest pierwszą ligą i początkowo miałem problemy z jego interpretacją, ale w końcu przyzwyczaiłem się do jego głosu i sposobu czytania. I kiedy już polubiłem się z jego stylem, w kolejnym tomie został zastąpiony Wojciechem Żołądkowiczem, którego uwielbiam. O ile mimo wszystko ze zmiany jestem pozytywnie zadowolony, o tyle nadal uważam, że nie zmienia się lektora na przestrzeni kolejnych tomów. Sama fabuła tych książek jest świetna i w zasadzie z miejsca polubiłem wszystkich bohaterów, nawet tych, których nie do końca powinienem lubić. Tak samo spore wrażenie zrobiły wykreowane przez Piotrowskiego historie i kryminalne zagadki. O ile w pierwszym tomie bardzo szybko wpadłem na właściwy trop i rozwiązanie, o tyle tom drugi był pod tym względem skonstruowany lepiej, ale też nieco inaczej. To bardzo mroczny, gęsty od emocji cykl kryminałów (jestem aktualnie w ¼ trzeciego tomu) i autorowi należą się oklaski za umiejętność wciągnięcia czytelnika bez reszty. Serio, nie pamiętam, jaki kryminał ostatnio wkręcił mnie równie mocno. Dotychczas za przodownika w tej materii uważałem Chmielarza, jednak Piotrowski zwyczajnie robi to lepiej.


Małgorzata Kilijanek

W lipcu udało mi się doświadczyć dwóch ciekawych widowisk scenicznych, od których przez pandemię musiałam zrobić sobie przerwę. Na początku miesiąca w warszawskim Teatrze 6.piętro miałam przyjemność oglądać grę Borysa Szyca, Janusza Chabiora i Michała Żebrowskiego. Aktorzy po raz pierwszy zagościli na jednej scenie w sztuce francuskiej autorki Yasminy Rezy ART w reżyserii Eugeniusza Korina. Sztuka opowiada o trójce przyjaciół, których relacja staje pod znakiem zapytania pod wpływem kupna przez jednego z nich obrazu za dwieście tysięcy euro. Białe płótno (z białymi liniami) inicjuje dyskusje pełne niedowierzania, natarczywości czy też zazdrości, sprawiając, że wybrzmiewają słowa, które być może nigdy paść nie powinny. To opowieść pełna błyskotliwego humoru, wnikliwie rozpracowująca mechanizmy kierujące ludzkimi uczuciami, podkreślająca istotę przyjaźni w życiu, a także zwracająca uwagę na potrzebę tolerancji i stosunek do sztuki. Troje przyjaciół w średnim wieku zdradza, co uznaje za życiowe priorytety, a jak głosi opis przedstawienia: jest też ono o tym, że sztuka jest warta tyle, ile miejsca potrafi zająć w naszych sercach i głowach. Bardzo polecam ART  Waszej uwadze i przestrzegam, że w szczególności przy monologu Borysa Szyca, dotyczącego planowanego ślubu, powinniście mieć przy sobie chusteczki, by ocierać łzy śmiechu.

Kolejnym dziełem, jakiemu dane było mi się przyglądać, była Aida w odeskiej operze. Sam budynek Narodowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu w Odessie, powstały pierwotnie w 1810 roku i odbudowany po pożarze 63 lata później, to element miejskiej zabudowy, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Główny korytarz udekorowany w stylu Ludwika XVI gromadzi tłumy, które, zanim zajmą miejsca w lożach, fotografują się na każdym kroku. Aida, czyli czteroaktowa opera z librettem autorstwa Antonia Ghislanzoniego i muzyką Giuseppe Verdiego, wystawiana jest w języku ukraińskim, ale znajomość rosyjskiej cyrylicy wystarcza, by nadążyć za rozgrywającą się akcją. Orkiestra pod batutą Vyacheslava Chernukho-Volicha oraz głosy Oksany Volkovej, Anny Litvinovej, Mariny Naymitenko, Viktora Mityushkina i Eduarda Martynyuka na długo nie dają o sobie zapomnieć. Fabuły streszczać tutaj nie będę, ale zostawię Was z włoską wersją do posłuchania, jednocześnie zachęcając do przeżycia tego niecodziennego doświadczenia przy okazji odwiedzin Odessy. Dodam, że najtańsze bilety do opery kosztują tam tylko 1 euro… Szkoda nie skorzystać.


Fot.: Netflix, Maneskin Official Website, Hulu, Czarna Owca, Teatr 6.piętro, Odessa National Academic Opera and Ballet Theatre 

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *