luty
luty

Przedziwny, pełen niepokojów i często kompletnie niepotrzebnej paniki, związanej z szalejącą aktualnie epidemią koronawirusa, luty minął bezpowrotnie. W Polsce potwierdzono już pierwszy przypadek zachorowania, coraz więcej imprez zostaje odwołanych na ostatnią chwilę, a na całym świecie giganci filmowi przesuwają premiery swoich potencjalnych hitów (Nie czas umierać) o długie miesiące, licząc, że do tego czasu sytuacja zostanie opanowana, a zbiorowa panika pójdzie w zapomnienie.

My jednak o popkulturze nie zapominamy, dlatego dzielimy się z Wami dziełami, które zrobiły na nas największe wrażenie w lutym 2020 roku. Listy niektórych z nas są proste i krótkie, a część dziewczyn wymienia wiele różnych gałęzi kultury, dzieląc się swoimi emocjami i przemyśleniami na ich temat. Dlatego też możecie się spodziewać opowieści o dobrej muzyce, świetnych filmach, intrygującej literaturze oraz – dla odmiany – o ciekawych podcastach oraz sztuce prosto z Włoch.

Jeśli macie tytuły, które w szczególny sposób zdominowały Wasz luty, to podzielcie się nimi w komentarzach! 


Klaudia Rudzka 

Sega Bodega to bez wątpienia bardzo ciekawa postać w świecie współczesnej muzyki elektronicznej. Okrzyknięty jednym z największych, brytyjskich producentów muzycznych solidnie rozwija swoją międzynarodową karierę począwszy od roku 2018 i projektu self-care. Uznany przez magazyn Dazed jako jeden wśród 100 najciekawszych artystów nowych mediów jest współzałożycielem kolektyktywu NUXXE, w którego skład wchodzą także Coucou Chloe i Shy Girl. Jego twórczość muzyczna przenika się ze światem kultury, a przykładem na to jest chociażby muzyka Segi we współpracy z Shy Girl do pokazu Rihanna’s Puma x Fenty prezentowanego podczas nowojorskiego pokazu mody. Nowy, solowy album artysty Salvador, który swoją premierę miał 14 lutego, to bardzo udane połączenie gatunkowe. Dostrzeżemy tam  r’n’b, rap, pop, glitch i o wiele więcej. Eksperymentalne kawałki pełne emocji i bezczelnej liryki kryją w sobie przekonującą szczerość, pozwalając nam wniknąć w ciemną stronę artysty. Album jako całość to wciągająca, elektroniczna podróż w niepokojącą krainę marzeń poczynając od singla U Got the Fever (zachęcamy do obejrzenia znakomitego teledysku), poprzez Heaven Knows, aż po Masochism. Podsumowując, Salvador to  intymna, bardzo intrygująca opowieść będąca poniekąd spowiedzią do której zaprasza nas Sega Bodega.

Spektakl improwizowany będący luźną inspiracją fragmentów dokumentalnego audio serialu o Janie Polkowskim, szerzej znanym jako Czarny Romans – postaci, która na stałe wpisała się w folklor Warszawy to jedno z ciekawszych doświadczeń miesiąca. Improwizowany teatr Klancyka w luźny i osobisty sposób dopowiedział usłyszane przez widzów historie z Czarnego romansu, tworząc swoje interpretacje. Jednakże najmocniejszym i najlepszym zarazem punktem była tu bez wątpienia muzyka Jerzego Rogiewicza, który jest również twórcą muzyki do podcastu. Zwieńczenie występu stanowiło spotkanie z twórcami: Michałem Marczakiem, Katarzyną Szczerbą i Cezarym Ciszewskim, którzy w przystępny sposób opowiedzieli o kulisach powstawania swojego dzieła i setkach przeprowadzonych rozmów. Spotkanie było również doskonałym wykładem na temat sztuki i siły popularnych obecnie dźwiękowych publikacji. Podsumowują,c gorąco zachęcam do wysłuchania podcastu Czarny romans nawet tym, którzy dość sceptycznie podchodzili do tego rodzaju medium. Jest to nie tylko kawał dobrej roboty, ale wciągająca i ciekawa historia Warszawy przez pryzmat człowieka, który stał się jej częścią.

Czarny Romans I Odcinek 1. Odszedł Król


Mateusz Cyra

eminemMoim ulubieńcem lutego (oraz z pewnością całego 2020 roku) jest najnowsza płyta Eminema – Music to be murdered by, wydana niespodziewanie 17 stycznia. Osoby, które mnie znają doskonale wiedzą, czym jest dla mnie taka niespodzianka i jak wiele długich miesięcy będę teraz przesłuchiwał ten album, stopniowo odnajdując poukrywane przez Marshalla smaczki, podwójne (nawet potrójne miejscami!) znaczenia poszczególnych fraz, zabawę słowem i techniczną wirtuozerię każdej z 17 piosenek (na płycie są jeszcze trzy skity).

Piękne jest to, że w chwili, gdy piszę te słowa moje konto na last.fm pokazuje, że przesłuchałem poszczególne piosenki wchodzące w skład Music to be murdered by 2 981 razy (co w przeliczeniu na odtworzenia całości daje liczbę 145 przesłuchań jednej płyty), a moi muzyczni faworyci zdążyli zmienić się już chyba pięć razy. Po pierwszych przesłuchaniach królował singiel Darkness, teraz często przełączam ten utwór, bo nie zawsze mam ochotę na jego ciężkość i emocje, które się z tą piosenką wiążą. Później przyszła faza na Leaving Haeven i wylewający się z tego kawałka ból i wściekłość przenikające aż do głębi mojej podświadomości. Trzecim ulubieńcem z tej płyty był utwór Never Love Again, który tylko przy pierwszym przesłuchaniu brzmi jak wyznanie skierowane do kobiety, by finalnie okazać się czymś kompletnie innym (cały utwór rapowany na podwójnym znaczeniu!). Kilka intensywnych dni przesłuchań później na pierwszeństwo wysunął się kawałek z gościnnym udziałem Andersona Paaka Lock It Up, by teraz na moich słuchawkach królował najbardziej bezczelny i najlepszy pod względem technicznej ekwilibrystyki kawałek w historii Eminema i prawdopodobnie rapu, który już teraz zapisał się na kartach historii i w księgach rekordów, będący dodatkowo hołdem dla przedwcześnie zmarłego Juice WRLDa, czyli Godzilla. Nie mam pojęcia, co będzie następne, ale już jaram się na myśl o tym, ile takich faz jeszcze przede mną. Wybaczcie mi mój lakoniczny język – niezwykle trudno pisze mi się o sprawach, które kocham najmocniej.

Eminem - Godzilla (Lyric Video) ft. Juice WRLD

Z tego miejsca przepraszam również za brak cyklu Aktualnie na słuchawkach od początku roku. Gdy byłem w połowie przygotowań do styczniowej odsłony, Eminem wyskoczył ze swoim nowym albumem. Nic na to nie poradzę. W tym momencie słuchanie czegokolwiek innego nie wchodzi po prostu w grę. Dlatego cykl zawieszam przynajmniej do końca kwietnia, chyba, że chcecie analiz poszczególnych piosenek z nowej płyty Shady’ego.


Małgorzata Kilijanek

Wydarzeniem, które chciałabym wyróżnić w Ulubieńcach lutego jest przede wszystkim Premiera Pisma, czyli cykliczne wydarzenie związane z premierą nowego numeru miesięcznika Pismo. Odbywa się ono w warszawskiej Przestrzeni from Facebook na ul. Koszykowej i składa z debaty, w której uczestniczą eksperci z danego zakresu związanego z tematem przewodnim numeru czasopisma, której rozmowę moderuje Justyna Dżbik-Kluge oraz z części mniej oficjalnej, w której przy poczęstunku wymienić uwagami można się z gośćmi, twórcami magazynu bądź innymi uczestnikami wydarzenia. W lutowej Premierze Pisma udział wzięli Magdalena Tomaszewska-Bolałek – kulturoznawczyni, orientalistka i kierowniczka Food Studies na Uniwersytecie SWPS, Katarzyna Biłous – dietetyczka, trenerka żywienia oraz Jan Kuroń – kucharz, absolwent słynnej szkoły Le Cordon Bleu w Londynie. Zaproszeni goście zastanawiali się nad tym, jak jeść, by nie szkodzić planecie, żyć długo i być zdrowym czy wybory żywieniowe są dziś „testem na człowieczeństwo” oraz dlaczego jedzenie stało się dziś dla wielu ludzi niemal religią. Podczas spotkań nagrywane są podcasty, których można odsłuchać na profilu magazynu na Spotify.

Z doświadczeń innej kategorii, bo obcowania ze sztuką w muzeach, chciałabym wyróżnić dwa florenckie miejsca: Galleria degli Uffizi oraz Galleria dell’Accademia. Pierwsze z wymienionych to jedno z najstarszych takich miejsc w Europie, w którego salach dzieła umieszczono w porządku chronologicznym. Wśród zbiorów znajdują się między innymi: Wenus z Urbino Tycjana, Pokłon Trzech Króli Albrechta Dürera, Portret Izabelli Brandt Rubensa, Zwiastowania Leonarda da Vinci, Święta Rodzina Michała Anioła, duża kolekcja rzeźb, a także najbardziej znane dzieła Sandro Botticelliego, czyli Wiosna oraz Narodziny Wenus. Renesansowe obrazy Alessandra di Mariano Filipepi (tak nazywał się Boticelli) zachwycają mnogością szczegółów, dopracowanych detali i płynnością kolorystyczną. Obrazy te z pewnością znane są każdemu z Was, więc dodam tylko jako ciekawostkę, iż na żywo dość dobrze widoczny jest brak proporcji dotyczący zbyt długiej szyi Wenus oraz jej niepoprawnie anatomicznie ustawiony lewy bark. Nie jest to jednak żadną przeszkodą dla wpatrywania się w dzieło z zachwytem. Do Galerii Akademii przychodzi się zaś w dość konkretnym celu, ponieważ od 1873 roku znajduje się w niej posąg Dawida autorstwa Michała Anioła (przeniesiony z Piazza della Signoria, na którym stał przez 369 lat, w celu ochrony przed gołębiami). Marmurowa rzeźba mierzy 517 centymetrów wysokości i waży sześć ton, a stworzona została na tyle misternie, iż na dłoniach i rękach postaci widoczne są naczynia krwionośne. Dawid uznawany jest za ukazanie doskonałości i idealnych proporcji ludzkiego ciała, warto jednak wiedzieć, iż głowa oraz dłonie ma on nieproporcjonalnie duże. To jednak zabieg celowy Michała Anioła, gdyż posąg miał być oglądany z dołu. Włoski historiograf sztuki, Giorgio Vasari, opisał go słowami Kto zobaczy tę rzeźbę, nie potrzebuje widzieć innej, dawnej czy w naszych czasach wykonanej przez jakiegokolwiek artystę i jestem gotowa się pod tym podpisać.

W lutym odświeżyłam płytę Sharon Van Etten o tytule Are We There z roku 2014, który jest czwartym studyjnym albumem amerykańskiej artystki. W magazynie „Rolling Stone” Will Hermes przyznał mu cztery z pięciu gwiazdek, dodając, iż gwoździem programu tracklisty jest utwór Your Love Is Killing Me, opisuje go następująco:

To sześciominutowa pieśń żałobna rozpoczynająca się od dźwięku pogrzebowych organów i listy brutalnych fantazji wbudowanej w gitarowe crescendo. (…) Tonalna czystość głosu Van Etten i jej niezwykłe wyczucie harmonii pozostają jej znakami rozpoznawczymi.

Ten właśnie utwór odsłuchałam około kilkudziesięciu razy, nie mogąc uwolnić się od hipnotyzującego, przepięknego, przyprawiającego o ciarki głosu Sharon.

Sharon Van Etten - Your Love Is Killing Me


Magda Przepiórka

Luty to dla mnie przede wszystkim miesiąc pod znakiem czystej oraz świeżej (ale jakże udanej, choć bazującej na dobrze już wszystkim znanych, ogranych i często eksploatowanych środkach filmowych) rozrywki kinowej. To także i okres, w którym coraz bardziej zagłębiałam się w twórczość pewnego młodego wokalisty oraz wsłuchiwałam się w dotąd dla mnie najlepszy – a przede wszystkim emanujący dużą dozą racjonalności –  na polskim poletku internetowym, podcast filmowy.


Emma. – wydawałoby się, kolejny  tradycyjny film kostiumowy, który nie odbiega niczym szczególnym od swoich braci i sióstr. Dżentelmeni – ot, kolejny typowy akcyjniak spod efektownego reżyserskiego pióra Guya Ritchiego. Jednak bez względu na to, jakie gatunki filmowe obie produkcje sobą prezentują, są jednocześnie prawie że perfekcyjnym przykładem tego, jak wciąż można – z solidnym przytupem – bawić się kinem. Czerpać z innych sposobów narracji, ekspozycji postaci czy sprawiającej radość formy, która (szczególnie w Dżentelmenach) jest zlepkiem materiałów wybuchowych o intensywnej sile rażenia. Emma. to z kolei kolejna już adaptacja prozy Jane Austen. Może problem mojego braku dystansu leży w tym, że dzieło Austen należy do moich ulubionych, które to jako nastolatka zdążyłam przemaglować niezliczoną ilość razy, a może w tym, że filmy kostiumowe są tworami, do których ciężko mi mieć większe, jakiekolwiek “ale”. Jednocześnie, jakkolwiek bym na Emmę. nie patrzyła, to film czysto komediowy, wyzbyty większego kontekstu społecznego, na którym koncentrowały się silniej inne adaptacje; skupiający się głównie na postaciach zamieszkujących tenże austenowski świat, ich interakcjach pomiędzy sobą oraz zmianach w obszarze widzenia i myślenia, jakie są  konsekwencjami tychże interakcji. Jest to film spójny, opierający się w dużej mierze na zjawiskowym aktorstwie (Anya Taylor-Joy jako Emma, Bill Nighy jako Pan Woodhouse czy Johnny Flynn jako Pan Knightley), które nie tylko skupia się na intensywnej grze spojrzeniem, ale i całą ludzką fizycznością (w tym, w takich drobnych grymasach, nagłych zmianach w mimice twarzy, zarysach ruchowych pewnych ukrytych chęci, uciekających z głowy myślach, mistrzynią jest Taylor-Joy).

EMMA Trailer # 2 (2020) Anya Taylor-Joy, Drama Movie

Muzycznie w lutym towarzyszył mi głównie Raury, chociaż na Spotify sporo i powracałam do szalonych lat 80. w towarzystwie nieśmiertelnej Blondie czy przysłuchiwałam się Ostatniemu Bastionowi Romantyzmu od KARASIA/ROGUCKIEGO – płytę sprawnie do głowy wchodzącą, z paroma przebojowymi kawałkami, choć nie wszystko mi w niej się do końca podoba, ale o tym nie dzisiaj. A kim jest Raury? To młody amerykański artysta (zaledwie 23-letni), który zadebiutował w 2014 roku mixtapem Indigo Child. Ten okazał się furtką do następnego kręgu muzycznego i Raury pod koniec 2015 roku wypuścił swój debiutancki album studyjny All We Need. Młody chłopak zaskakuje ogromnymi pokładami wrażliwości, które wyczuwalne są w każdym utworze, a także swoistym (acz, wysoce słuchalnym) eklektycznym miksem rytmów folkowych i soulowych przeplatanych hip-hopem. Warstwa liryczna również zasługuje u artysty na uwagę – porusza w niej wiele istotnych kwestii, z którymi boryka się współczesny świat, zgrabnie przenikając pomiędzy tym wszystkim i jednocześnie skupiając się na prozaicznych, zwyczajnych uczuciach.

Podcasty coraz odważniej wchodzą w popkulturowy polski świat. Mimo tego, iż za granicami naszego rodzimego języka istnieje wiele kanałów, które zajmują się głębszą analizą filmową, która odchodzi od wyłącznie uczuciowego i wrażeniowego mówienia o filmach na rzecz bardziej obiektywnej (o ile to słowo ma jakikolwiek sens i wartość w kwestiach wystosowywania werdyktów) krytyki, to w Polsce do niedawna próżno było szukać angażujących podcastów filmowych. Choć muszę tutaj wyróżnić merytoryczną i wysoce słuchalną Ścieżkę dźwiękową: podcast filmowy prowadzoną przez Bolka i Michała już od 2016 roku. Odcinki długie, często powyżej godziny, a nawet bliższe dwóm, przepełnione filmoznawczą wiedzą i chemią pomiędzy dwójką prowadzących, która sprawia, że świetnie się tej filmoznawczej pary słucha. Jednak wracając do lutego… W zeszłym miesiącu większość wolnego czasu, podróże w komunikacji miejskiej czy jazdę na rowerze dzieliłam z pewnym, innym podcastem. SpoilerMaster – podcast do słuchania po seansie, który prowadzi Michał Oleszczyk, okazał się wszystkim tym, czego mi w polskich filmowych podcastach brakowało (za wyłączeniem Ścieżki dźwiękowej). Przesycony wiedzą, rzetelnością, doświadczeniem filmowym i życiowym, ogromną merytoryką i kojącym, spokojnym głosem Michała, sprawia, że rozkładanie filmów na kolejne czynniki pierwsze, staje się jeszcze bardziej fascynujące. Nie zawsze się z prowadzącym zgadzam, często mam inne zdanie, jednak ten argumentuje to wszystko tak sprawnie i klarownie, że choć mogę myśleć inaczej, to w zupełności rozumiem taki punkt widzenia. Przekazanie myśli, odczuć i wiedzy w tak jasny sposób jest jedną z największych mocy SpoilerMaster. Każdy odcinek skupia się na jednym filmie, jednak zanim autor przejdzie do opowiadania o nim, wprowadza nas do filmowego świata, poprzez opowieści około-filmowe czy literackie (gdy produkcja jest adaptacją książki). Fascynująca podróż do świata filmu, z której zawsze coś nowego wyniosę, opowiedziana takim językiem, że wybrać się w nią może każdy.

 


Natalia Trzeja

Luty był dla mnie miesiącem totalnego “odmóżdżenia”, ale chyba właśnie z tego powodu wynaleziono coś takiego, jak międzysemestralna przerwa! Aby wzmocnić efekt całkowitego wyłączenia umysłu i przeleżenia niemal całego miesiąca w doborowym towarzystwie Netflixa i PS4, skusiłam się (chociaż bardziej: “zmusiłam się pod groźbą bana na książkowe zakupy”) na lekturę, która od jakiegoś czasu zalegała na mojej stale powiększającej się półce wstydu (książkocholicy, łączmy się w naszym cierpieniu!). Tego zaszczytu dostąpiła książka Christel Petitcollin, której tytuł  (żeby było zabawniej) brzmi Jak mniej myśleć. Wbrew pozorom, nie jest to wcale przepis na tytułowe “małomyślenie”, a sama publikacja skierowana jest do dość ograniczonego, specyficznego, konkretnego grona odbiorców. Sama mam (bądź już miałam) w zwyczaju delektować się literaturą, która miała wydźwięk bardziej uniwersalny, gdyż ułatwiało mi to zarażanie fascynacją, a wręcz obsesją na punkcie poszczególnych dzieł, kolejnej gromady czytelników, którzy, w założeniu, mieli osiągnąć poziom ekscytacji na równi z moim. Jednak podtytuł (który w pewien sposób przyjął rolę dedykacji) sprawił, że czas spędzony w towarzystwie badań Christel Petitcollin był już z góry przesądzony: Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych. Oczywiście, można już się domyślić, kto jest głównym odbiorcą tej pozycji, a sama jako osoba “analizująca bez końca” i “wysoko wrażliwa” potraktowałam Jak mniej myśleć jako ramię wsparcia, na którym miałam możliwość wyżalenia się. Mogłabym rozpisywać się o tym, jak to wizerunek osoby nadwydajnej mentalnie (takie określenie stosuje pisarka) pokrywa się z tym, co dzieje się w mojej głowie i jak dobrze wiedzieć, że nie jestem jedyną istotą na tej planecie z tendencją do tworzenia czarnych scenariuszy na zawołanie (ah, gdzie ta moja kariera filmowa!). Jednak to, co skradło mnie w zupełności to “ludzki” stosunek do nas, nadwrażliwców, którzy zostali powołani do apatii, narzekania, wahań nastrojów i postawy typu: “nic mi w życiu nie wychodzi”. Jak mniej myśleć nie tylko proponuje rozwiązania, ale i tłumaczy mechanizmy działania umysłów nadwydajnie mentalnych, które mają również podłoże neurologiczne. Czyli nasze depresyjne nastawienie niekoniecznie musi być spowodowane naszą złą wolą, a swoje źródło może upatrywać w sposobie działania naszego mózgu. Miło dla odmiany dowiedzieć się, że naprzemienne wybuchy płaczu i euforii mają rozsądne wytłumaczenie, które nie musi być rezultatem choroby psychicznej! Ale tak na poważnie, dla mistrzów kreowania czarnych scenariuszy (które w większości i tak się nie spełnią, uf!) i analizujących najbardziej błahe detale życia codziennego znajdą w lekturze kojący balsam na rozpalony umysł, który nie tylko wyleczy niektóre oparzenia, ale po prostu przyniesie przyjemne ukojenie. Czasami miło dowiedzieć się, że jest się całkiem normalnym.


Paulina Leszczyńska

Jako absolutna kinomanka nie mogłam przejść obojętnie obok kolejnej gali rozdania Oscarów. Nie jest tajemnicą, że w tym roku konkurencja była nadzwyczaj silna i zróżnicowana. Myśląc, że znam już swoich faworytów, na dwa dni przed ceremonią udałam się do kina, by nadrobić kinowe zaległości. Nie spodziewałabym się nigdy, że jeden seans tak bardzo zmieni moją listę faworytów. 1917, bo o tym filmie mowa, to coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Pamiętacie Birdmana i te genialne zdjęcia? Tak, tak, te w 1917 również Was zachwycą. Kamera śledzi każdy ruch młodych żołnierzy będących głównymi bohaterami. Nawet na moment nie spuszczamy z oka ich poczynań. Choć liczba statuetek przyznanych 1917 nie zachwyca (film ostatecznie z dziesięciu nominacji, zwyciężył jedynie w trzech kategoriach), to jednak doczekał się nagrody za najlepsze zdjęcia dla Rogera Deakinsa. Takie wyróżnienie na pewno o czymś świadczy.

W pobocznych rolach zobaczycie znane brytyjskie twarze. Colin Firth, Benedict Cumberbatch, Mark Strong i Andrew Scott pojawiają się w epizodycznych rolach. Pokłon należy się George’owi McKay’owi oraz kojarzonemu z roli młodego Lannistera z Gry o tron Deanowi-Charlesowi Chapmanowi. Młodzi aktorzy udźwignęli aktorsko cały ciężar historii. Chociaż mówi się, że film w reżyserii Sama Mendesa nie wnosi do kinematografii nic nowego, a samej fabule można by sporo zarzucić, dla mnie jest jednym z najlepszych filmów, jakie widziałam od dawna. Doskonale gra na emocjach, trzyma w napięciu (nie mogłam usiedzieć spokojnie w fotelu!), zachwyca muzyką, montażem i zdjęciami. Jest to wizualny majstersztyk, który, jeśli nie dla fabuły, warto zgłębić chociażby dla doskonałej części technicznej! Jeżeli więc zniechęcają Was filmy wojenne, 1917 ma szansę zmienić Wasze nastawienie do tejże tematyki.

Fot.: Jagjaguwar; Shady/Interscope/Universal Music; United International Pictures Sp z o.o., Wydawnictwo Feeria Young, Monolith Films

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *