Marzec zbliża się do połowy wielkimi krokami, najwyższy czas zatem, by nasi Ulubieńcy lutego ujrzeli światło dzienne. Luty jak to luty – dla wielu z nas jest to najbardziej znienawidzony miesiąc i wypada być wdzięcznym, że jest taki krótki. Większość z nas ma już dość zimy, a marzec, nawet jeśli jeszcze zimny, to już chociaż na papierze daje nam jakieś nadzieje na wiosnę. Czekamy więc z utęsknieniem na ciepłe podmuchy, przypominając sobie, co nas zaskoczyło w lutym, co sprawiło nam radość, wywołało dreszcze lub po prostu uprzyjemniło zimne lutowe dni i noce. Dziś w pakiecie mamy zarówno muzykę, jak i literaturę. Znajdziecie tu inspiracje dotyczące gier wideo, ale także tych, które trzeba rozłożyć na stole. Mówimy o spektaklu teatralnym i serialu. Słowem – do wyboru, do koloru! Czerpcie z tego garściami, bo my jesteśmy zadowoleni. W końcu nie bez powodu to nasi ulubieńcy lutego!
Mateusz Cyra
Amerykański raper NF jest dla mnie ciągle personą dość nieznaną. Kojarzę jego osobę, bo wielu zagranicznych YouTuberów, których kanały obserwuję, dość często wrzuca filmiki dotyczące jego piosenek. NF obił mi się także o uszy z prostego powodu – przez niektórych jest porównywany z Eminemem, a to zawsze zwraca moją uwagę. Sęk w tym, że nie wiedziałem, czy to porównanie bierze się tylko ze względu na kolor skóry, czy jednak chodzi tu o umiejętność pisania dobrych tekstów i dobre rapowanie. NF krążył gdzieś wokół moich radarów od mniej więcej trzech lat, ale nigdy nie zdecydowałem się wcisnąć „play” przy którejkolwiek z jego piosenek. Do czasów Clouds, które mną dosłownie pozamiatało. I teraz już wiem, że muszę znaleźć chwilę, żeby posłuchać chociaż jednego albumu w jego wykonaniu, bo ten singiel zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, z jaką niesłychaną płynnością i lekkością NF przeskakuje ze swoim flow wraz z każdą zmianą melodii w piosence (a te następują średnio co 30, 40 sekund). Tekstowo jest dobrze, w kilku miejscach powiedziałbym, że nawet rewelacyjnie (choćby nawiązanie do Niezniszczalnego z Bruce’em Willisem lub cały fragment, w którym wymienia pozornie niepowiązane ze sobą rzeczy, żeby skwitować wszystko puentą „to niewiarygodne!”). Nie wiem też, czy to tylko moje skojarzenie, ale początek i koniec spięte są nolanowską klamrą, jeśli chodzi o brzmienie. Autentycznie ten podkład muzyczny brzmi, jakby był żywcem wyrwany z jakiegoś filmu Nolana. Jakby sama piosenka nie była świetna, dostaliśmy jeszcze genialny teledysk. Naprawdę warto obejrzeć.

Jako że luty to najbardziej nielubiany przeze mnie miesiąc, poszukiwałam lektury-lekarstwa, która jakoś wynagrodzi mi zimowe męczarnie. Pozwólcie, że opowiem Wam, jak znalazłam książkę, która jest miodem na wszelkie zbolałe literacko serca. Coraz bardziej zaczęłam tęsknić za matematyką. Ta nostalgia pojawiła się na pierwszym roku studiów polonistyki. Zaczęłam szukać przyczyny tej arcydziwnej tęsknoty. Brakowało mi matematycznej harmonii, wzoru, pod który podstawię kilka cyfr i mam wynik. Zatęskniłam za zbiorami, podzbiorami, iloczynem i ilorazem. W zamian za to otrzymałam iloczas na gramatyce historycznej, oprócz tego jery, metatezy, palatalizacje… Gramatyka okazała się bardzo matematyczna, bo przecież jeśli za kimś lub za czymś tęsknimy, to chcemy go odnaleźć nawet w czymś obcym, byleby go tylko odnaleźć. Ja odnalazłam (ponownie) swoje uczucie do matematyki w literaturze tym razem! Jakże byłam zaskoczona, że ta kapryśna literatura, taka niezależna, często mnożąca skomplikowane pytania egzystencjalne podsunęła mi na talerzu matematykę. Całkiem niedawno w moje ręce (i od razu w serce) trafiła książka pt. Ukochane równanie profesora japońskiej autorki Yōko Ogawy. Głównym bohaterem jest tytułowy profesor matematyki, jego pamięć obejmuje jedynie 80 minut, później jakby wszystko zaczynało się od początku… no prawie wszystko, z wyjątkiem matematyki. Bohater nie pamięta swojej gosposi, ale potrafi jej wyjaśnić, czym są liczby bliźniacze lub liczby zaprzyjaźnione. To wspaniała odyseja przez trudną codzienność związaną z nieuleczalną chorobą, rozjaśniana przez przyjaźń i dobroć, ale również swoisty hołd oddany jedynej królowej nauk! Matematyczna pustka, którą czułam od liceum, została wypełniona aż po brzegi. Jak zwykle pomogła mi literatura, która nie tylko uczy życia, ale jak widać – całkiem nieźle idzie jej również z matematyką.
Patryk Wolski

Magdalena Machała
Zawsze lubiłam filmy przyrodnicze. Takie zwyczajne, emitowane w niedzielę przed południem w telewizji, czytane niezmiennie przez Krystynę Czubównę. Pamiętam, że szczególnie podobały mi się te, które dotyczyły jednego konkretnego zwierzęcia i jego stada bądź rodziny. Lwica, na przykład, dostawała wtedy imię, stawała się bardzo konkretnym stworzeniem, nie tylko reprezentantką gatunku. Mogłam poznać jej sytuację, środowisko, dowiedzieć się, jak wygląda jej dzień, z czym musi walczyć. Kiedy kilka tygodni temu włączyłam pierwszy odcinek Naszej planety Davida Attenborougha na Netfliksie i zobaczyłam, że mogę zostać przy oryginalnym narratorze albo wybrać Czubównę. Spodziewałam się czegoś podobnego do tych spokojnych, niedzielnych seansów. Nic z tych rzeczy. Serial przerósł wszystkie moje oczekiwania. Twórcy Naszej planety podzielili narrację na kilka rozdziałów – dzięki temu możemy odwiedzić wraz z nimi lasy tropikalne, sawanny, pustynie, morza, oceany, słodkie wody, oba bieguny i oczywiście ich mieszkańców. Opowieść o nich w wykonaniu Attenborougha to prawdziwe kino akcji, które ogląda się niemal cały czas z zapartym tchem. A w tym serialu dech zapiera wszystko – od scen polowań, przez znakomicie dobraną do nich muzykę, która nadaje im dramatyzmu, po zdjęcia tak piękne, że niekiedy trudno uwierzyć, że są prawdziwe. O wszystkich mieszkańcach Ziemi mówi się tutaj z czułością i szacunkiem. Nasza planeta wskazuje na świat jako ogromną sieć powiązań, w której każdy, najdrobniejszy gatunek, ma znaczenie i żaden nie jest mniej ważny od innych. I choć więcej tutaj grozy i przerażenia niszczycielskimi działaniami człowieka, informacji o gatunkach roślin i zwierząt zagrożonych wyginięciem, jest też promyk nadziei w postaci scen z miejsc objętych ochroną, w których odradza się życie.

Luty 2021 na początku swego trwania nie zapowiadał się tak ciekawie. W drugiej połowie miesiąca, bez jakichkolwiek zapowiedzi, otrzymaliśmy nowe nagrania niegdyś black metalowej Furii i Nicka Cave’a, który to albumem Carnage zdaje się powoli wracać do swojej muzycznej normalności i skończył przepracowywać traumę po stracie syna. Za to ekipa Nihila powraca po pięciu latach z nowym materiałem. W międzyczasie zespół doświadczył pracy w… teatrze. Mianowicie chodzi o sztukę Stanisława Wyspiańskiego Wesele w reżyserii Jana Klaty wystawianą od 2017 roku w Krakowie, do której zespół przygotował muzyczne tło złożone z własnych kompozycji. To nie koniec artystowskich konotacji, bo album został nagrany W śnialni, czyli w katowickiej pracowni malarskiej Urszuli Broll i Andrzeja Urbanowicza.
Furia nie zaproponowała typowego black metalowego albumu, tylko słuchowisko przypominające teatr wyobraźni. Furii spodobało się występowanie na scenie i współpraca z teatrem, na albumie usłyszymy bowiem głosy aktorów z krakowskiego Teatru Starego. W ogóle black metalu na W śnialni jest na lekarstwo. Niegdyś lider Furii – Nihil – nazywał własną twórczość nekrofolkiem, ale i tego już chyba nie uświadczymy. Ślązacy zupełnie wymykają się jakimkolwiek szufladkom stylistycznym i należy dać sobie z tym spokój raz na zawsze. Album jest krótki, półgodziny – dwie kompozycje, w których dzieje się mnóstwo. Furia bawi się konwencją i słuchaczem. Właściwej warstwy lirycznej zasadniczo nie ma, jednak słowa są ważne na tej płycie. Polecam słuchać na słuchawkach, wtedy w pełni można się zaangażować w ten teatr. Starzy fani też znajdą coś dla siebie, bo gitarowe riffy, jak już zabrzmią z pełnią mocy, są nie do pomylenia z innym zespołem, a to, że obok tych riffów mamy wręcz dyskotekowy rytm? No cóż, jesteśmy na weselu. Weselu, na którym, nihilowe słowa – weselmy się! – wydają się zwiastunem końca świata. Z drugiej strony, według słów jednego z aktorów występujących na płycie – apokalipsa już trwa. A po drodze zgubicie się w labiryncie. Nic z tego nie rozumiecie? Słusznie, do opisania/zrecenzowania to jest bardzo trudny album, polecam więc po prostu zagłębić się w bogactwo muzyki, emocji, treści i formy, którą Furia zaprezentowała na W śnialni. Fantastyczne przeżycie.
Magda Kwaśniok

Magda Przepiórka

A że końcówka lutego jakoś tak melancholijnie sobie ze mną pogrywała, to chciałabym wspomnieć jeszcze o rzeczy jednej, acz dla mnie ważnej, bo cholernie uszy i sam łeb angażującej. Otóż Lykke Li nagrała swoją wersję kultowego hitu Glorii Gaynor z 1978 roku – I will survive. Wykonanie Lykke Li nie jest ani skoczne, ani energiczne, brak tu też jakichkolwiek elementów disco, którymi oryginał solidnie promieniował (i nadal wykonanie Gaynor kocham i uważam za jedno z moich ulubionych, jeśli chodzi o disco rytmy); jest powolne, rozciągnięte, raczej smętne, nierealne, delikatne i spokojne, a przy tym trafiające w ludzkie czułe punkty i gdzieś, w odległe/równoległe światy marzeń i snów przenoszące. Jest pięknie, świetny to wycinek dźwięków jest.
Mateusz Norek

Małgorzata Kilijanek
Największe wrażenie w lutym wywarł na mnie spektakl Teatru Powszechnego – Bieguni w reżyserii Michała Zadary, którego retransmisję premiery udało mi się obejrzeć online. Jak sam tytuł wskazuje, jest to adaptacja powieści Olgi Tokarczuk, czytanej przeze mnie wielokrotnie i uważanej za wybitną. Nagrodzony literacką Nagrodą Nike i Międzynarodową Nagrodą Bookera zbiór opowieści dotyczy między innymi podróży, relacji międzyludzkich, nietypowych i codziennych doświadczeń oraz trwałości ludzkiego ciała i umysłu. Przede wszystkim tego, co w ruchu.
Michał Zadara przeniósł wyjątkowy styl i niełatwą strukturę opowiadań na deski teatru, a aktorzy w niesamowicie autentyczny sposób ukazali ich sens. Książki Olgi Tokarczuk to rodząca się przed naszymi oczami nowa klasyka nowej epoki – świata, który na dobre już odmówił nam spójności. I ta spójność już nawet nie jest przedmiotem tęsknoty; oswajamy się z rozpadem. – tłumaczy reżyser i nie sposób się z nim nie zgodzić. Widowisko teatralne złożone jest ze zdań autorstwa Tokarczuk, posiada Narratorkę (w tej fantastycznie stworzonej roli Barbara Wysocka) i przytacza opowieści zarówno w miarę aktualne, jak i historyczne. Szczególnym znakiem naszych czasów wydała mi się postać w maseczce chirurgicznej, a motyw podróży w innych, niepandemicznych okolicznościach z pewnością nie pozwoliłby na tę samą wielość interpretacji. Kiedy po raz pierwszy czytałam książkę jakieś dziesięć lat temu, planowałam swoje podróże po miejscach zapisanych na jej kartkach. Oglądając spektakl w lutym 2021 roku i słysząc te same słowa, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę mogła jeszcze spokojnie wyruszyć w daleką podróż. Dzieło cechuje też wyjątkowa wnikliwość, zmienność i minimalizm. Zachwyca gra aktorska, scenografia oraz ścieżka dźwiękowa. Usatysfakcjonowani nim powinni być wszyscy wielbiciele wersji literackiej, jak i (prawdopodobnie) podchodzący do niej sceptycznie. Bieguni Zadary to wspaniałe, wciągające widowisko!
Sylwia Sekret

Fot.: Michał Bieliński / Teatr Powszechny, Tajfuny, Bethesda, Narodowy Instytut Audiowizualny, Pagan Records, Gandalf









