maj

Ulubieńcy miesiąca: Maj 2020

Maj 2020 za nami. Rozrost koronawirusa w kraju jest odwrotnie proporcjonalny do obawy przed zarażeniem wśród rodaków. Działania rządu są równie niezrozumiałe. Pan premier… Nie, my nie będziemy o tym pisać. Chociaż problem dotyczy nas wszystkich, to polityczny medialny szum zostawiamy daleko za sobą, bo nigdy na naszym portalu takimi sprawami się nie zajmowaliśmy ani zajmować się nie będziemy. Jesteśmy tu po to, żeby podzielić się z Wami naszymi przemyśleniami dotyczącymi popkultury! Maj 2020 nie przyniósł wielu spektakularnych nowości, w związku ze światową pandemią niewiele jest rzeczy godnych uwagi i panuje taka leciutka stagnacja, my jednak przeznaczyliśmy ten czas na nadrabianie zaległości. I tak, znajdziecie wśród naszych majowych ulubieńców opinie na temat nieco już starych seriali takich, jak Współczesna rodzina, Community oraz nowszą już produkcję Netflixa, jaką jest After Life. Wspominamy także kilka filmów, gier, płyt muzycznych, jak również jedną z wciąż nowszych powieści Stephena Kinga. 

A Was co urzekło w tym chłodnym maju? Czy jakieś dzieło popkultury zasłużyło w minionym miesiącu na miano Waszego ulubieńca? Zapraszamy do dyskusji. 

Małgorzata Kilijanek

Majowe chłody i przeplatające je przyjazne temperatury sprzyjały lekturze w towarzystwie ptasich treli – nieważne, czy treści naukowych, czy bliższych literaturze pięknej. W najnowszym wydaniu miesięcznikaPismo” zagościła opowieść Pawła Sołtysa (autora słodko-gorzkich MikrotykówNieradości), zatytułowana Zimy i wiosny, rozpoczynająca się refleksjami związanymi z tymi właśnie porami roku. Porusza również temat strachu, utraty kontroli oraz znanej nam rzeczywistości.

Jak można wyprzedzać swoje lata, przewidywać następne epoki, skoro prawie niczego jeszcze nie zrozumieliśmy z przeszłości? – to słowa z trzeciej kolumny tekstu. A przecież mamy demokrację – narzędzie ponoć najdoskonalsze w historii, mamy wielkie religie, wielbiące ponoć życie, mamy najlepiej wykształcone społeczeństwo, odkąd w ogóle są szkoły. I co? I tkwimy w bezsilności, na razie, a to „na razie” to nawet nie ostatni gwizdek, to po gwizdku już parę chwil, sędzia zszedł z boiska i zostaliśmy na nim sami, tylko trawa już wyschła, piach wchodzi w oczy, w usta. Zdaje ci się, że gdy krzykniesz, zadławisz się wcześniej niż inni, i może to jest właśnie najlepsze rozwiązanie – ta niezbyt optymistyczna wizja nie jest jednak pożądana ani przez autora, ani – jak się domyślam – przez czytelników. W podobnym refleksyjnym i melancholijnym klimacie utrzymany został brytyjski serial After Life, w którym w główną postać wciela się jego reżyser, Ricky Gervais. Tony, bo tak ma na imię główny bohater, musi zmierzyć się ze śmiercią ukochanej żony, Lisy. Rozpoczyna od myśli samobójczych i odrzucania pomocy innych. W obu sezonach jego postać ewoluuje, ale nie jest w stanie całkowicie uwolnić się od poczucia żalu i rozpamiętywania tego, co określa najlepszym, co spotkało go w życiu, czyli małżeństwa. Za kształtowanie opowieści o jego relacji odpowiedzialne są nagrania wideo z Lisą, jej pożegnanie z radami dla męża, dotyczącymi radzenia sobie po jej śmierci, a także jego opowieści, których wysłuchują rozmówcy. Są nimi współpracownicy z redakcji gazety Tambury Gazette, w której pracuje, redaktor naczelny – jego szwagier i poznawane po stracie ukochanej nowe osoby. Bohaterowie traktowani przez Gervaisa z ironią, uwikłani zostają w żenujące sytuacje, a epizodyczne postacie niejednokrotnie zadziwiają swoją specyficznością. To opowieść przejmująco smutna, ale wzruszająca i momentami zabawna; dająca nadzieję, jednak uświadamiająca, że łudzenie się nie ma sensu. Przepełniona empatią i mądrością. Uświadamiająca, jak kruche bywa życie, ale nienachalnie moralizująca, między innymi cytatem z Roberta Frosta o tym, że ono zawsze toczy się dalej.

After Life to kolejna, po Fleabag, przyjazna formuła dla tych, którzy cierpią na niedoczas. Zaletę tę uzasadniam długością odcinków poniżej trzydziestu minut, na których obejrzenie łatwiej wygospodarować cząstkę doby. Wzrusza, przepełnia ciepłem i refleksjami, nad którymi dobrze jest się pochylić.

Jako że stan izolacyjnej ostrożności jest wciąż wskazany, pewne nawiązanie do tego okresu zauważyłam w Samotności Brunona Schulza ze zbioru opowiadań Sanatorium pod Klepsydrą, który odświeżyłam dzięki przypomnieniu o nim Hani Rani na swoim facebookowym profilu.

Należy to do właściwości mojej egzystencji, że pasożytuję na metaforach, daję się tak łatwo ponosić pierwszej lepszej metaforze. Zapędziwszy się tak, muszę dopiero z trudem odwoływać się z powrotem, wracając powoli do opamiętania.

Jeżeli macie ochotę na lekturę całości, możecie to uczynić za pomocą jednego kliknięcia.


Natalia Trzeja 

Mój arcyulubieniec miesiąca  zawiera w sobie piękną muzykę oraz zniewalającą sztukę animacji. Mowa, oczywiście, o grze Journey (lub Podróż w zależności od preferencji językowych) studia Thatgamecompany. Jest to artystyczna gra przygodowa, w której wcielamy się w tajemniczą, zakapturzoną postać, udającą się na tytułową podróż przez pustynię, aby dotrzeć na szczyt, widocznej na horyzoncie, góry. Journey w swojej mechanice, tak jak i warstwie fabularnej czy artystycznej, jest bardzo minimalistyczna. Wręcz cała produkcja staje się definicją minimalizmu w całej okazałości. 

Journey Launch Trailer I Coming July 21 I PS4 Exclusive

Gra nie posiada typowej narracji, niemal jest ona doprowadzona do zera: brak dialogów, brak słów i jakichkolwiek wyrazów, a sama historia zapomnianej cywilizacji, którą odkrywa nasz bohater, jest „opowiedziana” obrazami. Podróż sama w sobie nie jest grą trudną, lecz założeniem deweloperów nie było torturowanie odbiorców masą zagadek logicznych, a zanurzenie się w artyzmie tego arcydzieła (z naciskiem na arcy!), próby odkrycia nieco filozoficznego sensu tej wędrówki i, co więcej, nauka współpracy i komunikacji bez użycia słów. Bowiem w trakcie naszej podróży przez pustynię możemy natknąć się na innych graczy, lecz wzajemna komunikacja ograniczona zostaje jedynie do dwóch sygnałów dźwiękowych. Nie ma możliwości rozmowy przez komunikator głosowy, chat, a do ukończenia gry nie znamy nawet nazwy użytkownika naszego towarzysza. Wszystkie te elementy, nauka komunikacji, oprawa graficzna, piękna pustynia, tajemnicza historia, fantastyczność, finezyjność, delikatność, minimalizm, ale i mistrzowska muzyka w wykonaniu Austina Wintory’ego zrobiły coś więcej niż jakąś tam gierkę! Stworzyły niesamowite dzieło sztuki pożerające każdą zagubioną duszę, która poszukuje nuty wrażliwości i artyzmu w tej nierozpieszczającej nas rzeczywistości. Poczekaj do wieczora. Załóż słuchawki. Wyłącz światło. I odpal Journey jako lekarstwo dla duszy. Potem już tylko rozkoszuj się magicznym brzmieniem I was Born for this i zniknij w odmętach piasku, które mają doprowadzić cię na szczyt. Do celu. 

I jeszcze raz… przepiękna muzyka!

Journey Soundtrack (Austin Wintory) - 18. I was Born for This


Klaudia Rudzka

Nie jestem Twoim Murzynemto bardzo aktualny i potrzebny dokument na temat segregacji rasowej i walki o prawa Afroamerykanów w USA. Laureat nagrody BAFTA, nominowany do Oscara, inspirowany fragmentami niedokończonej książki Remember This House Jamesa Baldwina. To niezwykle przejmująca historia rasizmu w Stanach opowiedziana z perspektywy zabójstw trzech bardzo znaczących przyjaciół pisarza – Medgara Eversa, Martina Luthera Kinga i Malcolma X. Raoul Peck pieczołowicie przekłada myśl Jamesa Baldwina na język filmowy, jednocześnie uświadamiając nam, jak bardzo współczesny jest to problem. Jeśli ktoś nie miał do czynienia z prozą autora, z całą pewnością po seansie filmu sięgnie po Zapiski syna swego kraju. Gorąco polecam ten ważny i dający do myślenia dokument, szczególnie w perspektywie ostatnich wydarzeń. Dostępny bezpłatnie do obejrzenia na Ninatece

Ciemnogrody zostały wymyślone jako eksperymentalny projekt flirtujący z alternatywnym popem, realizujący zarazem marzenie o tworzeniu pięknych, szczerych piosenek w rodzimym języku. To projekt, o którym na pewno warto sobie przypomnieć, a dla tych, którzy go nie znają – zapoznać się z twórczością powstałą na mocy kooperacji kompozytora Maxa Skiby z aktorką Adą Fijał. Singiel Planetarna Moc, wydany nakładem STUK Records w 2015 r., to hipnotyzujące kompozycje, które z całą pewnością warto odkurzyć, a przede wszystkim ocalić od niepamięci. Bardzo przyjemnie słucha się tego zaledwie półgodzinnego materiału, który przenosi nas do krainy wyobraźni. Niech zachętą do zapoznania się z Ciemnogrodami będą słowa wydawcy STUK Records: Twórcza energia wyzwolona kolizją muzyki, mody i kosmosu. Za inspiracje posłużyły podróże w czasie, obce cywilizacje, miejski beton i zimowe, depresyjne sny o nieosiągalnej wiośnie.

Ciemnogrody - Planetarna Moc [STUK 001]


Anna Sroka-Czyżewska

W maju nadrabiałam zaległości i oczywiście trafiło na mojego ulubionego pisarza. Instytut to książka Stephena Kinga, która bardzo, bardzo mi się podoba, ale już z innych powodów niż zazwyczaj – nie o dzieło najwyższych lotów przecież chodzi, ale w moim odczuciu o jakiś sentyment za przeszłymi czasami, starym Kingiem, poszukiwaniem swojej drogi i dojrzewanie w cieniu jakiejś ogromnej tragedii, smutku czy nieszczęścia. Instytut ma to wszystko i to, czego chciałam, w tej powieści odnalazłam –podobieństwo do innych książek mistrza (pojawiają się podobieństwa do takich utworów jak: Podpalaczka, To, Carrie czy Ciała ze zbioru Cztery pory roku), ale również coś nowego i interesującego. Bohaterów można polubić i im kibicować, nie są to jednak wyszukane charakterystyki jak we flagowych dziełach mistrza. Mnie to nie przeszkadzało. Dostrzegłam jakąś nową jakość w Instytucie i wyciągnięcie ręki w stronę nowych czytelników, nie zapominając o starych. I jeśli była to lektura przewidywalna, to nawet to mnie jakoś nie zniechęciło, bo były w niej elementy trzymające napięcie, budzące grozę. Grozę, jaką tylko może budzić autor, który wrzucił swojego bohatera do tajemniczego ośrodka w sam środek przepastnych lasów, gdzie eksperymentuje się na dzieciach. I to nie pierwszy raz, bo to taka nowa odsłona świata Kinga, gdzie podobne elementy występowały już wcześniej w innych powieściach i nie chodzi tylko o zdolności telekinezy czy  telepatii. Mrozi to poniekąd krew w żyłach, taka wizja w której akcja związana jest  z  zaginionymi dziećmi – wariacji na ten temat w prozie mistrza było wiele, jakby ten temat ciągle mu ciążył i powracał jak bumerang w kolejnych latach i kolejnych opowieściach. Dla mnie dobra, solidna powieść z dreszczykiem, która może przyciągnąć nowych czytelników, pomoże odgrzebać stare powieści i po raz kolejny uznać gawędziarski styl Kinga za doskonały, a niekiedy i wybitny. Polecam!


Martyna Michalska

michalska-czerwiec-20Maj (i początek czerwca) oznaczał serialowe pożegnania, czasem przedwczesne, ale jednocześnie tymczasowe, (nieodżałowana Sprawa idealna) czasem takie na zawsze, ale konieczne, jak w przypadku Ms America. Po tym jak skończyłam obydwa te seriale, nie mając na oku nic konkretnego do obejrzenia, po raz drugi spróbowałam się polubić z ogłaszanym nierzadko jednym z najlepszych seriali komediowych tasiemcem Współczesna rodzina. I naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej odbijałam się po pierwszych odcinkach, bo teraz, już po paru minutach parsknęłam śmiechem i wiedziałam, że zostanę z serialem na dłuższy czas. Współczesna rodzina to opowieść o losach trzech rodzin, a raczej jednej wielkiej rodziny – Jaya i Glorii wraz z Mannym, synem Glorii z pierwszego małżeństwa, Mitcha i Cama oraz ich córeczki Lily, Claire i Phila i ich trojga dzieci – Haley, Alex i Luke’a. Bohaterowie mierzą się z codziennymi wzlotami i upadkami, każdy na swój sposób. W opowieści tej nie brakuje przekomicznych sytuacji, ciepła rodzinnego oraz wsparcia i akceptacji nawet pomimo początkowej niechęci. Można zarzucić twórcom, że skonstruowali większość bohaterów w mocno stereotypowy sposób, ale cała opowieść jest podana w tak sympatyczny i zabawny sposób, że nie sposób poczytywać tego za wadę produkcji. Jeśli potrzebujecie dobrej komedii, to serdecznie polecam.


Patryk Wolski

To ja będę opozycją w stosunku do powyższej opinii Martyny. Współczesna rodzina była dla mnie ogromnym rozczarowaniem już po pierwszym odcinku i wiem, że te przerysowane stereotypy to nie jest to, czego szukam w serialach komediowych „do obiadu” albo „do poduchy”. Znalazłem natomiast ukojenie w Community, które niedawno pojawiło się na Netfliksie. O serialu już wcześniej słyszałem, ale było mi nie po drodze. Z wahaniem spróbowałem i już po drugim, trzecim odcinku wiedziałem, że wsiąknę w to bez reszty. Dan Harmon stworzył serial oparty na zróżnicowanych bohaterach, którzy lubią siebie pomimo wielu swoich wad. Ale co ważniejsze, jego kreatywność nie zna granic. Nie wiem, czy skojarzyliście, ale to jest ten sam gość, który stworzył szalone show Rick&Morty. To powinno podpowiedzieć Wam, że wiele odcinków to nie tylko zabawa treścią, ale również formą. Community ma nawet swój wewnętrzny event, na którym mogli się później wzorować ludzie od Brooklyn 9-9 – a mianowicie raz w roku w szkole Greendale odbywa się turniej paintballa. Za każdym razem w innej odsłonie. Greendale to w ogóle dziwna szkoła, pełna wielu pokręconych bohaterów drugiego i trzeciego planu. Mam wrażenie, że Harmon dopiero w drugim sezonie pozwolił sobie na odpalenie petardy, a na początku prowadził komedię w ugrzecznionym stylu. Wiele odcinków to perełki, które po prostu się pamięta.

Tym bardziej szkoda, że Community od piątego sezonu stopniowo upadało, tracąc głównych bohaterów z różnych przyczyn – Chevy Chase miał się okazać typem, z którym na dłuższą metę nie da się pracować, a cały ferment zniechęcił też Donalda Glovera do dalszych występów. A szósty sezon to już wskrzeszanie trupa – nowa stacja, jeszcze bardziej okrojony skład i przede wszystkim brak Dana Harmona za sterami sprawiły, że finałowy sezon oglądało się w bólach. Nie zmienia to faktu, że już tęsknię za Community i jestem pewien, że będę miał fazę na ponowne oglądanie serialu Harmona tak, jak mam z Przyjaciółmi.


Mateusz Norek

Już po raz trzeci w moich ulubieńcach miesiąca gości gra związana z uniwersum Warhammera. Tym razem mowa jednak nie o Warhammerze Fantasy, a o toczącym się w dalekiej przyszłości Warhammerze 40,000. Świat ten nie jest jednak aż taki odmienny, bo tutaj również istnieje jedynie wojna, a ogromne imperium człowieka toczy konflikty z najróżniejszymi przeciwnikami i rasami. Jednymi z najbardziej wpływowych ludzi, mających nieograniczoną wręcz władzę i będących jednocześnie sędziami i katami, są inkwizytorzy. I to właśnie w kogoś takiego przyjdzie nam się wcielić w grze Warhammer 40,000: Inquisitor – Martyr. Tytuł chciałem sprawdzić już dawno, ale hamowały mnie nieco oceny, jakie produkcja dostawała po premierze. Twórcy, studio NeocoreGames, które na grach hack’n’slash zjedli zęby (odpowiedzialni są za tytuły z serii The Incredible Adventures of Van Helsing), nie poddali się i udało mi się wraz z aktualizacją 2.0, wydaną w tamtym roku, usprawnić niemal wszystkie aspekty Martyra

Fabuła gry skupia się na tytułowym statku Martyrze, który zaginiony przed wieloma laty, nagle pojawia się w sektorze Caligari. Jako inkwizytor zostajemy wysłani do zbadania wraku i szybko odkrywamy, że skrywa on tajemnicę, mogącą zmienić całkowicie losy Imperium, a do tego zyskał on coś w rodzaju samoświadomości (fani filmu Ukryty wymiar poczują się jak w domu). Przejście głównej kampanii zajmuje naprawdę sporo czasu,a historia potrafi wciągnąć. Grać możemy jedną z trzech archetypów postaci – krzyżowiec to ciężkozbrojny tank, zabójczyni jest zwinna i zadaje ogromne obrażenia, a psionik specjalizuje się w atakach obszarowych i przypomina typową klasę maga. Mimo że postaci są tylko trzy, rozwijać każdą z nich możemy w bardzo różny sposób, bo w Martyrze umiejętności zależą od broni, którą aktualnie używamy, a każdy archetyp ma do dyspozycji swój własny arsenał. 

No i cóż mogę powiedzieć, gra się w to naprawdę dobrze. Graficznie tytuł prezentuje się solidnie, jest odpowiednio szaro i mrocznie, a możliwość destrukcji otoczenia dodaje starciom mięsistości. System kart tarota pozwala do każdej misji wylosować dodatkowe wyzwania i utrudnienia, bardzo ciekawie i kompleksowo wygląda system craftingu, a po ukończeniu wątku głównego jest co robić. Żeby nie było nudno, oprócz dziennych i tygodniowych wyzwań twórcy co jakiś czas dodają też specjalne wydarzenia, z których można uzyskać naprawdę solidne nagrody. Bardzo ciekawy jest również pomysł, żeby pewną walutą zdobywaną w grze, móc kupować płatne DLC. Martyr nie jest grą idealną ani wybitną, nadal potrafi się przyciąć i czuć mocno, że potencjał był na zdecydowanie bardziej udany tytuł, ale skoro twórcy nadal go wspierają, jestem pewny, że będzie tylko lepiej i warto dać mu szansę, nie sugerując się dość przeciętnymi wrażeniami z premiery. 

Warhammer 40,000: Inquisitor Martyr - Official Trailer

Jako bonus polecam również fanowski projekt Astartes, czyli krótkie animacje z uniwersum Warhammera 40K, które skupiają się na oddziale Kosmicznych Marines. Niesamowity klimat!


Mateusz Cyra 

Spośród wszystkich dzieł popkultury, z którymi zapoznałem się w maju za godne umieszczenia w niniejszym zestawieniu uważam dwa filmy: Nieoszlifowane diamenty oraz majową nowość M2 Films na VOD – Moja mała Zoe. To kompletnie różne produkcje i zestawiam je ze sobą tylko dlatego, że obie dostarczyły mi równie silnych emocji.

Najnowsze dzieło braci Safdie to czysty chaos, pulsujący od zdarzeń z fenomenalnym Adamem Sandlerem, który już któryś raz udowadnia, że łatka komediowego beztalencia przywarła do niego zupełnie niesprawiedliwie. Jasne, sam sobie zapracował na taki skrót myślowy związany z jego osobą doborem ról, ale ostatnie lata w jego wykonaniu to zdecydowanie miła odmiana oraz utarcie nosa malkontentom. Nieoszlifowane diamenty to istna petarda, która wybucha nam w twarz bez ostrzeżenia. Nie dość, że film sam w sobie jest piekielnie udany to, gdy zaczynamy dłubać w scenariuszu i doszukiwać się drugiego dna, wnioski nasuwają się bez większych kłopotów: portretując chciwego Ratnera, twórcy pokazali tendencje całego świata. To zadziwiające, że bracia Safdie są tak ignorowani przez mainstream, ale zakładam, że to tylko kwestia czasu. Intensywne, pulsujące adrenaliną, w pełni świadome kino, które polecam wszystkim, chociaż wiem, że znajdzie się grupa osób, którą rytm filmu odrzuci.

Z kolei Moja mała Zoe to obraz brutalny przede wszystkim dla rodziców. Nieważne, czy tych świeżo upieczonych, czy starych wyjadaczy, którzy swoje pociechy odchowali dawno temu. Możecie spytać, dlaczego. Ano dlatego, że pewne rzeczy pozostają w człowieku niezależnie od czasu. Delpy rozkłada na czynniki pierwsze bezsilność rodzica w obliczu nieuchronnej śmierci dziecka. To film, który niespodziewanie poruszył moje serce. I chociaż Delpy nie opowiada niczego nowego, to jednak robi to na tyle brawurowo, że o jej filmie nie sposób zapomnieć.


fot.: NeocoreGames, Netflix, M2 Films, Ninateka, Albatros, 

maj

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Natalia Trzeja

Piszę, więc jestem. I straszę w horrorach. Bu.

Małgorzata Kilijanek

Pasjonatka sztuki szeroko pojętej. Z wystawy chętnie pobiegnie do kina, zahaczy o targi książki, a w drodze powrotnej przeczyta w biegu fragment „Przekroju” czy „Magazynu Pismo”. Wielbicielka festiwali muzycznych oraz audycji radiowych (Radio Nowy Świat i Radio 357), a także zagadnień naukowych, psychologii społecznej i czarnej kawy. Swoimi recenzjami, relacjami oraz poleceniami dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami Głosu Kultury.

Anna Sroka-Czyżewska

Na zakurzonych bibliotecznych półkach odkrycie pulpowego horroru wprowadziło mnie w świat literackich i filmowych fascynacji tym gatunkiem, a groza pozostaje niezmiennie w kręgu moich czytelniczych oraz recenzenckich zainteresowań. Najbardziej lubię to, co klasyczne, a w literaturze poszukuje po prostu emocji.

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Klaudia Rudzka

Kino w każdej postaci, literatura rosyjska, reportaż, ale nie tylko. Magister od Netflixa, redaktor od wszystkiego. Właściwy człowiek we właściwym miejscu – chętnie zrelacjonuję zarówno wystawę, koncert, płytę, jak i sztukę teatralną.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.