ulubieńcy marca

Ulubieńcy miesiąca: marzec 2019

Marzec minął niepostrzeżenie – jak niemal każdy poprzedni miesiąc. Ale to dobrze – za nami już zmiana czasu, na dworze robi się coraz cieplej i tylko wyczekiwać, aż wiosna wybuchnie nam w twarz feerią kolorów, zapachów i słonecznych promieni. Jednak wiadomo – w marcu, jak w garncu… i to nie tylko jeśli chodzi o pogodę. Również nasi redaktorzy powrzucali do garnca ze swoimi marcowymi ulubieńcami tytuły bardzo różne i wpisujące się w różne dziedziny kultury. Są seriale, filmy, są albumy muzyczne i wystawy sztuki. Jest spektakl i koncert. Nie zabrakło także powieści. Są produkcje komercyjne, nastawione na finansowy sukces, ale także te mniejsze i nie tak głośne. Każdy z naszych redaktorów jest inny i choć w wielu kwestiach się zgadzają, często oczarowuje ich coś kompletnie innego. A nasz cykl Ulubieńcy miesiąca to właśnie taka forma, w której możemy (jeśli nie chcemy), nie uzasadniać nawet naszego wyboru, a po prostu powiedzieć, co nam się podobało, co nas zachwyciło, co sobie upodobaliśmy. Jak w rozmowie ze znajomym. Przy kubku ciepłej herbaty lub pachnącej kawy. Albo kieliszku nęcącego trunku. Jeśli więc macie pod ręką coś takiego – zapraszamy do lektury. Przed Wami Ulubieńcy marca!


Przemek Kowalski

Rzadko mój wpis gości w Ulubieńcach. Powód jest prosty – jeśli coś mi się podoba, zazwyczaj piszę pełną recenzję. Tym razem jednak napisanie dłuższego tekstu przerosło mnie i to po wielokroć, bowiem nie byłbym w stanie przeprowadzić obiektywnej i stuprocentowo rzetelnej relacji z genialnego marcowego koncertu Florence+The Machine, który dokładnie w połowie ubiegłego miesiąca, 15. 03, odbył się w łódzkiej Atlas Arenie. Zbyt wiele emocji targa mną do dziś, dlatego taki właśnie subiektywny wpis po niemal trzech tygodniach od wydarzenia.

Zacznę może od supportu, którym to była pochodząca z Edynburga grupa Young Fathers. Broń Boże nie mam zamiaru umniejszać chłopakom z brytyjskiego trio, wina leży po mojej stronie, ale z ręką na sercu przyznaję – nie mam pojęcia, jaki to był rodzaj muzyki ;). Sprawdzałem w Internecie i Google utrzymuje, że to alternatywny rap. Tak więc chyba trochę się już zestarzałem, bo w moim odczuciu daleko tu było do rapu. W trwającym mniej więcej pół godziny występie można było doszukać się rocka, gospel, elementów reggae i electro. Czymkolwiek to nie było, trzeba Young Fathers oddać, że przy ich muzyce raczej nie da się zasnąć, co siłą rzeczy prowadzi nas do zalety supportu – przed „głównym daniem” rozgrzali Atlas Arenę do czerwoności!

Około godziny 21.00 na scenę wkroczyła gwiazda wieczoru, czyli Florence Welch i jej Maszyna, a wszystko to w ramach High As Hope Tour – trasy promującej czwarty studyjny album zespołu. Zaczęło się spokojnie, tak jak i zaczyna się ostatni krążek – od nastrojowego i kołyszącego June, po którym odpalono potężniejszą armatę w postaci jednego z największych przebojów High As Hope – utworu Hunger. Mógłbym tak oczywiście wymieniać utwór po utworze, relacjonując przy tym reakcję widzów, co jednak mija się z celem, jakim jest choćby próba oddania emocji towarzyszących całemu wydarzeniu. Zresztą, jak wspomniałem, nie potrafię chyba pisać rzetelnych relacji z takich widowisk, dlatego też w zamian będzie trochę prywaty. Mianowicie żaden ze mnie koncertoholik, na dobrą sprawę na palcach obu rąk policzyłbym koncerty, w jakich miałem przyjemność brać udział. Z wielkich gwiazd światowego formatu na żywo uczestniczyłem jedynie w warszawskim show Alicii Keys kilka lat temu oraz w (również łódzkim) występie Queen, w roku 2017. Oba wydarzenia bardzo zapadły mi w pamięci i wspominam je miło do dzisiaj, jednak czegoś takiego, co przeżyłem 15 marca na Atlas Arenie… wątpię, bym przeżył jeszcze kiedykolwiek. Prawdopodobnie nigdy nie znajdowałem się w otoczeniu tak licznej grupy przepełnionej tak pozytywną energią!!! I tak, przed chwilą napisałem, że byłem na Queen. Cały polski fanclub Florence and the Machine spisał się znakomicie, organizując dla całej Atlas Areny (a właściwie dla Florence i zespołu) niesamowitą oprawę i niepowtarzalny klimat. Pomijam już fakt, że nigdy nie widziałem w jednym miejscu tylu ludzi z wiankami we włosach (znak rozpoznawczy Florence Welch). Wokalistka rewanżowała się publiczności z nawiązką, wielokrotnie rozmawiając z zebranymi i żartując (doprawdy, urocza prośba, by popukać palcem w ramię osobę stojącą obok i poprosić, by wyłączyła swój p… telefon). Artystka rozgrzewała się z każdą kolejną minutą, a w momencie kulminacyjnym, czyli wykonywania utworów Deliah oraz What Kind Of Man, zapanowało absolutne szaleństwo, kiedy to gwiazda wbiegła w tłum fanów wynoszący ją na rękach. Biorąc pod uwagę specyficzne kreacje Flo (zazwyczaj zwiewne sukienki lub coś na wzór „szat”) i uwielbienie zagorzałych fanów, uwierzcie, że nie przesadzę, pisząc, iż były to sceny wyglądające niemal biblijnie. Nie żartuję.

W trakcie koncertu rozbrzmiały „stare” znane hity zespołu takie jak chociażby Cosmic Love, Dog Days czy Ship To Wreck, nie zabrakło również rzecz jasna utworów z najnowszej promowanej płyty. Jednak – choć zabrzmi to może śmiesznie – nie sama muzyka była najważniejsza (choć należy podkreślić, że Welch FENOMENALNIE operuje na żywo swym mezzosopranem – dobra, to sprawdziłem po fakcie na Wikipedii ;)), a atmosfera pełna wzajemnego szacunku i radości uczestniczenia w całym widowisku. Nie wiem nawet,jak inaczej ubrać to w słowa. Florence Welch była trzecią „wielką gwiazdą”, jaką widziałem na żywo, powiedzmy, że dziesiątą w ogóle, i z ręką na sercu – koncert ten przebił wszystkie poprzednie zebrane razem (sorry Alicio, sorry Adamie Lambercie). Na zakończenie w ramach bisu artystka zaprezentowała kolejny przebój z nowego albumu (a zarazem mój ulubiony kawałek całej płyty) – Big God i tym utworem zakończę niniejszy wywód, który nawet w jednej tysięcznej nie oddaje moich emocji. Zanim jednak klip, najpierw jeszcze dwa słowa niejako powiązane z koncertem. Jadąc do Łodzi, byłem… ot, przeciętnym “niedzielnym” fanem. Znałem każdy z czterech albumów zespołu, każdy z nich przypadł mi do gustu, orientowałem się w wypuszczanych teledyskach, jednak nie zagłębiałem się w postać samej Florence Welch. Podczas koncertu jednak pewne rzeczy zaczęły rzucać się w oczy – nieśmiałość wokalistki, jej mimika, ton głosu przy kontakcie z publicznością (urocze!), ruchy sceniczne, wszystko, co prezentowała, sprawiało, że jako widz czułem, że mam tu do czynienia z prawdziwą artystką przez duże „A”; jednocześnie – i nie chcę tu obrazić ani fanów, ani samej Flo, wręcz przeciwnie – wyczuwało się (przynajmniej ja tak miałem), że „coś z nią chyba jest nie tak”. Nie wiem, jak to uargumentować, by nie brzmiało dziwnie, czy obraźliwie, bo i nic złego nie mam na myśli, po prostu gdzieś podskórnie czuło się, że to nie jest typ osoby, która jest urodzonym showmanem, mimo że show robiła niesamowite i widać, że czerpie z tego autentyczną radość. Dopiero po powrocie do domu sprawdziłem w Google, kim jest Florence Welch. Kobieta ta posiada kilka zaburzeń w tym jednym z nich jest dyspraksja. Nie będę się tu teraz rozwodził nad tym, czym charakteryzuje się ta choroba, jednak polecam sprawdzić jej objawy i sposób leczenia, a później pomyśleć, że chorująca na nią Florence Welch śpiewa, tańczy, maluje i pisze poezję. Jestem w ciężkim szoku i pełen podziwu dla jej osoby. Jest niesamowita. Jest wyrwana z innej epoki i szczera w tym, co robi. To nie jest maska. To nie jest udawane. Teraz już nie dziwi mnie, dlaczego tłumy ludzi przybyły do łódzkiej Areny z wiankami wplecionymi we włosy. Summa summarum: niesamowitym przeżyciem był występ tej WIELKIEJ artystki, której od piętnastego marca 2019 zawsze już będę wierny. Powiem więcej: cała ta impreza była jednym z TYCH momentów w życiu, o których się wie, że to TE, które zostaną w głowie i sercu na zawsze. Totalny obłęd!

Florence + The Machine - Big God


Anna Sroka-Czyżewska

Od jakiegoś czasu miałam chrapkę na dobrą powieść rodem z amerykańskiego Południa – miejsca intrygującego, nieznanego, odkrywanego na nowo, ale miejsca również zniszczonego brutalną historią i rozrywanego współcześnie przez wszelkiego rodzaju waśnie, próbującego zabliźnić rany i pogodzić się z przeszłością. Historia o niebanalnym tytule Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie Jesmyn Ward była moją pierwszą lekturą w marcu, i jak dotąd, najwspanialszą. Jest to bolesna, wręcz skąpana w bólu opowieść o młodym chłopcu imieniem Jojo, który w swoim życiu zaznał niejednego cierpienia, a niejedno jeszcze przypadnie mu w udziale. Tak bowiem determinuje go miejsce, z którego pochodzi, oraz ludzie, którzy dali mu życie – nieodpowiedzialni, otumanieni narkotykami, przeżarci egoizmem, którzy sami uciekają przed goniącymi ich majakami przeszłości. W takich oparach i duchocie właśnie snuta jest ta, można powiedzieć, ballada; trochę gotycka, ale na wskroś amerykańska, proza piękna, subtelna, ale niestroniąca od opisów brutalności i zła, nieunikająca bolesnego rozrachunku z przeszłością. To również powieść drogi, ale nie tylko z miejsca do miejsca – również drogi w przeszłość i przyszłość, a dla kilkunastoletniego Jojo również droga ku dojrzałości, ku próbie zrozumienia i wybaczenia; powieść o jednej z dysfunkcyjnych rodzin, których niemało w tym zapomnianym przez wszystkich miejscu, ale też powieść, która doskonale czerpie z realizmu magicznego, bowiem w Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie mamy do czynienia z przenikaniem się światów, ale bardzo delikatnym, subtelnym i wieloznacznym, bowiem pod tą warstwą historia nabiera prawdziwej głębi.

Jesmyn Ward w swojej opowieści wzrusza dogłębnie, rani nas boleśnie, hipnotyzuje i odurza. Swoich bohaterów wystawia na ciężkie próby, zadaje im mocne razy, a my zmuszeni jesteśmy na to spoglądać, zastanawiając się, gdzie jest granica Ich i naszej wytrzymałości. Niesamowite tłumaczenie Jędrzeja Polaka ukazuje nam język prosty, czasem naturalistyczny, pozornie bezuczuciowy, ale pełen metafor. W ten sposób opowieść o mieszkańcach Bois Sauvage w stanie Missisipi nie jest ckliwa czy moralizatorska. Jest przykładem na poetyckość przekazu, na jego głębię i wieloznaczność.

Chcę jeszcze dodać, że powieść uhonorowana była w 2017 roku National Book Award, co niewątpliwie pokazuje, jak ważnym jest głosem w dyskusji na temat współczesnej Ameryki, ale nie tylko dlatego polecam tę książkę. Również bez nawiązań do amerykańskiej współczesności jesteśmy w stanie dostrzec siłę tego przekazu i docenić jej niezwykłość, wzruszyć się, a nawet zapłakać. To piękna proza, o której nie da się zapomnieć.


Natalia Trzeja

Nowy rok, nowy miesiąc, nowa ja i stary dobry Hozier. Genialny, wypoczęty i gotowy, aby po długiej przerwie ponownie podbijać serca miłośników muzyki swoim oryginalnym brzmieniem z nutą innowacyjności. Męski wokal number #1 zdecydowanie należy do Andrew Hoziera-Byrne’a, a ogłaszając to, staram zachować się wszelką recenzencką obiektywność, chociaż bezsprzecznie przyznaję się, że kocham tego człowieka przez wielkie “K”. Pięcioletnia przerwa wystawiła na próbę moją fanowską wierność, jednak ten długi przestój sprawił, że Hozier wrócił z podwójną siłą, tworząc jeszcze lepsze kompozycje, które zostają ze mną na długo po wyłączeniu odtwarzacza. W tym przypadku nie można mówić o nim jako o gwieździe jednego hitu, a artyście świadomym swojego głosu i kierunku, w którym zmierza jego muzyka. W tym miesiącu moim ulubieńcem, towarzyszem i wsparciem (zwłaszcza w chwili tonięcia w oceanie studenckich notatek) okazała się piosenka Almost (Sweet Music) z drugiego albumu Wasteland, Baby! Ty, co tak urzeka w tym utworze – jak i w każdym innym – są subtelne i wręcz “emocjonalne” dźwięki gitary, które tak zawsze utożsamiałam z tym artystą. Charakterystyczna melodia i podejście do tego instrumentu sprawia, że rozpoznałabym tego muzyka, słuchając jego przebojów w radiu bez wcześniejszej zapowiedzi. Hozier wykazuje dużą świadomość własnego głosu i dojrzałość artystyczną dzięki czemu nie angażuje w swoją twórczość aktualnych trendów czy chęci dopasowania się do “celebryckiej układanki”. Dla mnie jest śmiałym wirtuozem, a jego teksty stają się poetyckie niczym wiersze. Almost (Sweet Music) niesie ze sobą treść, która musi zostać przez słuchacza zinterpretowana, gdyż piosenka nie rzuca w nas wiadomością bezpośrednio, a wciąga adresata w swoją historię. W tym przypadku mogłam pobawić się w panią detektyw, która stara się odkryć dramat ukryty za śpiewanymi słowami.

I wouldn’t know where to start

Sweet music playin’ in the dark

Be still my foolish heart

Don’t ruin this on me

Może ta “prawie (słodka muzyka)” oznacza melodię, która towarzyszyła mu przez cały związek  z ukochaną? A gdy odeszła pozostaje gorzki posmak, dlatego piosenka zyskała przydomek Almost Sweet? To właśnie sprawia, że utworów Hoziera słucha się tak dobrze, gdyż nie są to dla mnie tylko piosenki do posłuchania w samochodzie, ale również skłaniają do pewnych przemyśleń, gdy w ciemnym pokoju leżę na łóżku i przy zapalonej lampce spoglądam na sufit, słuchając płyty tego artysty. I jest to chyba zajęcie, które nigdy mi się nie znudzi.

Na ogromne uznanie zasługuje wideo, które – jak wskazuje nazwa – zostało nagrane w Nowym Jorku. Całość można przyrównać do amatorskiego “machania kamerą”, jednak piękna sceneria słynnego amerykańskiego miasta i efekt rozmytego obrazu przenoszą nas parę lat wstecz, gdy nie było Instagrama, a w telewizji królował serial Przyjaciele. Wiele z nas lubi takie starocie określać jako vintage i właśnie takie wrażenie otrzymujemy po obejrzeniu tego wideo (bo oficjalnym teledyskiem raczej tego nie można nazwać), co w połączeniu z przepięknym brzmieniem tworzy idealną harmonię. To, że jestem gorącą wielbicielką rzeczy “zestarzałych”, jakby wyjętych z innej epoki, scalone z piosenką Hoziera, sprawiło, że nie mogłam wybrać innego ulubieńca miesiąca. I może dla większości po przesłuchaniu Almost (Sweet Music) to już nie będzie tylko “ten facet od Take me to church”.


Michał Mielnik

Daniel Buren – Miasto białych kart

Dość regularnie bywam w stołecznym Teatrze Studio, a w związku z tym na bieżąco śledzę eksperymenty sceniczne na deskach jednego z najodważniejszych warszawskich teatrów. Inscenizacja powieści portugalskiego noblisty, José Saramago, jest częścią szerszego projektu na styku teatru i sztuki, a punktem odniesienia jest instalacja wybitnego francuskiego artysty i teoretyka sztuki Daniela Burena, który właśnie dla Teatru Studio zrealizował pracę In situ w ramach projektu Scenografia jako dzieło sztuki. Wpisuje się to zresztą w interdyscyplinarną funkcję tej placówki, która prowadzi też działalność wystawienniczą. Spektakl niniejszy jest w związku z tym drugą odsłoną cyklu.

Znamienne, że w obu przypadkach są to diametralnie różne teksty, bo też po napisanym w duchu nowego brutalizmu, hermetycznym, awangardowym tekście Sary Kane pod tytułem Łaknąć, otrzymujemy dzieło orwellowskie, będące formą politycznej satyry notabene bardzo aktualnej, bo przeniesionej na polski grunt wraz z bardzo bieżącymi odwołaniami do współczesnej krajowej polityki (vide radomskie lotnisko). Tym, co spaja obie sztuki, jest rzeczona praca, a mianowicie szereg monumentów pojawiających się jako scenografia zresztą w różnych kontekstach. Jest to wobec tego interesujący zabieg, w którym reżyser organizuje sztukę wokół gotowej już przestrzeni, a nie odwrotnie.

Sam tekst nawiązuje do innej pozycji z dorobku Saramago, a mianowicie Miasta ślepców. W bliżej niezdefiniowanym mieście obywatele postanawiają skorzystać ze swoich praw wyborczych w dość niekonwencjonalny sposób, wrzucając do urn 80% białych kart, co wywołuje kryzys elit politycznych, a w rezultacie kryzys polityczny. Ten szczególny rodzaj buntu wykorzystujący mechanizmy demokracji prowadzi do stanu wyjątkowego i dyktatury. Sztuka w reżyserii Ewy Rucińskiej staje się w związku z tym doskonałą metaforą sprzeczności oraz paradoksów ustroju demokratycznego, w który wpisane jest jego podstawowe narzędzie, a zatem periodyczne wybory legitymizujące władzę. Utwór jest tym bardziej aktualny, że w skali wręcz globalnej stykamy się ze zjawiskiem kryzysu zaufania do elit rządzących, czego wykwitem jest choćby rewolta żółtych kamizelek we Francji. Wszystko to jest przyobleczone w formułę kabaretu, a odtwarzający rolę funkcjonariuszy głównych partii politycznych aktorzy grają w świadomie przerysowany sposób. Efekt ten wzmacnia charakterystyczna charakteryzacja.

Przede wszystkim jednak przykuwa lapidarna forma dzieła, także w wymiarze czasowym, bo spektakl trwa zaledwie niespełna 70 minut. Nowatorska forma dramatu każe zastanowić się nad kondycją świata, w którym żyjemy,, przesiąkniętego politycznością każdego aspektu życia, w szczególności relacją między obywatelem a klasą polityczną, która winna być emanacją jego woli. Owa sprawczość wyborcy jest dziś poddawana w wątpliwość, a zatem jedyną dostępną formą staje się dlań tak spektakularny akt, jak ten zaprezentowany w sztuce.


Iwona Mózgowiec

Moje serce w marcu zostało skradzione przez Złodziejaszki Hirokazu Koreedy. Skradły też serce Grażyny Torbickiej oraz Złotą Palmę za Najlepszy film roku 2018 na festiwalu w Cannes. Nie czuję się więc odosobniona w swoich sympatiach. Złodziejaszki to bardzo przyjemny obraz o relacjach międzyludzkich z akcją umiejscowioną na przedmieściach Tokio. Nie brakuje tu oczywiście smutnej refleksji na temat ludzkości, rodziny czy norm rządzących w społeczeństwie. Świat też nie jawi się wcale jako wspaniałe miejsce pozbawione brutalności i okrucieństwa. Przeciwnie – aby w nim przetrwać, trzeba trochę zachachmęcić, zrobić czasem mały szwindelek lub zwyczajnie kogoś wykorzystać. Można też sprzedawać swoje ciało. Jakimś jednak cudem reżyser (dający się ponoć ponieść nurtowi Nowej Fali) zawarł w tym filmie tak duży ładunek ciepła i życzliwości, że gotowi jesteśmy uwierzyć, że podglądamy biedną, kochającą się wielopokoleniową japońską rodzinę w prowizorycznym domku skleconym z byle czego.

A to nieprawda. Nobuyo Shibata (Sakura Ando) i Osamu Shibata (Lily Franky) wcale nie są małżeństwem, podobnie jak Shota (Jyo Kairi) i Yuri (Miyu Sasaki) wcale nie są ich dziećmi. Niejasny jest też ich związek z babcią (Kirin Kiki) i jej wnuczką (Mayu Matsuoka). Sęk w tym, że więzi w “rodzinie” Shibata, budowane jak ich dom z najróżniejszych “elementów”, okazują się silniejsze i bardziej wartościowe niż prawdziwe więzi rodzinne.

Oglądamy tu zarówno urocze scenki rodzajowe w domowym zaciszu, jak i współczesne japońskie miasto z perspektywy outsiderów. Rozczula nas pierwszy wypadnięty mleczak, śmieszą dialogi nad jedzeniem i cieszy wyprawa na plażę. Trzymamy kciuki za udane kradzieże w lokalnym spożywczaku i drobne oszustwa w kasynie. Ta lekkość nielegalnego bytu skontrastowana z próbami resocjalizacji naszych bohaterów pokazuje, że gdzieś system popełnił błąd. Może tak właśnie trzeba żyć, ukraść, ile się da, i w nogi?

Choć film nie oferuje żadnych innowacyjnych rozwiązań fabularnych ani nie buduje napięcia poprzez sceny pościgu czy sekrety i intrygi, nie sposób oderwać wzroku od tytułowych złodziejaszków. Polecam seans z całego serca, na pewno ich pokochacie!


Małgorzata Kilijanek

Wraz z początkiem marca miałam okazję podziwiać wystawę urodzonej w 1941 roku Argentynie Liliany Porter. Ekspozycja w warszawskiej Zachęcie jest pierwszą w Polsce tak obszerną prezentacją twórczości artystki. Dojrzały styl w sztuce kształtowała od lat osiemdziesiątych XX wieku do chwili, gdy w swe prace zaczęła wplatać stare zabawki, kiczowate figurki, pamiątki czy łupy z targów staroci i sklepów z antykami (od razu na myśl przyszła mi Olga Drenda i jej Wyroby – ciekawą rozmowę pisarki z Michałem Nogasiem znajdziecie tutaj). Stały się one głównymi bohaterami jej instalacji, modelami do sportretowania za pomocą aparatu fotograficznego czy aktorami utrwalanymi na taśmie filmowej. Jednym z najważniejszych tematów sztuki Porter jest jednak krytyka reprezentacji rzeczywistości i ironiczna opowieść o stałej potrzebie jej odtwarzania (problemy oryginału i kopii, powielania wizerunku, nakładania masek). W wielu pracach zajmuje się odwracaniem czasu, podkreślając jednocześnie nieuniknioność jego upływu. Na wystawie można dostrzec też wątek podróży (metafora życia), drogi i linii oraz nadawanie sensu kiczowatym ozdobom. Autorka pisze o zainteresowaniu symultanicznością śmiechu i rozpaczy, banalności i możliwych znaczeń, a podczas oglądania jej prac można zdać sobie sprawę z faktu, że we współczesnych przekazach medialnych relacje społeczno-politycznych przełomów czy katastrof bez problemu przerywają banalne reklamy. Sytuacje to przekrojowa prezentacja dzieł Porter: wczesne grafiki, kompozycje malarskie, fotograficzne oraz filmy. Jak można przeczytać w opisie wystawy: pozostaje ona artystką osobną o bardzo charakterystycznym (chciałoby się powiedzieć, młodzieńczym) stylu i gorzko-dowcipnej wizji świata, kreatorką małych światów. Sytuacje można oglądać do 5 maja 2019 roku.

Jeśli chodzi o tematy muzyczne, które staram się przemycać w Ulubieńcach, to na wyróżnienie zasługuje w tej kategorii album Foals Everything Not Saved Will Be LostPart 1, stanowiący połowę dwupłytowego wydania. Po odejściu z zespołu w 2018 roku basisty, Waltera Gerversa, Foalsi zdają się prezentować dawną, znaną słuchaczom jakość w nieco odświeżonej wersji. Na płycie słychać mniej gitarowych riffów, za to więcej syntezatorowych partii, a jej alternatywnemu klimatowi przewodzi stonowany głos Yannisa Philippakisa. Nie brakuje też momentów melancholijno-psychodelicznych (Syrups), echa punku (On The Luna), brzmień przywołujących na myśl Davida Byrne’a i Talking Heads (In Degrees) czy ballady (I’m Done With The World).

White Onions to pełen przesterowanego dźwięku i instrumentów klawiszowych najbardziej rockowy utwór na trackliście, jeden z moich faworytów. Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na kontynuację krążka poruszającego problemy współczesnego świata (takie jak ciągłe poczucie niepewności, zmiany klimatyczne, wszechobecna inwigilacja) oraz… koncert grupy Foals na tegorocznym OFF Festivalu.

FOALS - White Onions [Official Music Video]


Michał Bębenek

Moje największe uznanie w marcu uzyskał niepozorny i krótki serial, za którym stoi niejaki Ricky Gervais. Mowa oczywiście o dostępnym na Netflixie After Life, którego brytyjski komik jest twórcą, zarazem wcielając się w główną rolę. Fabuła jest dość prosta – Tony, dziennikarz lokalnej gazety w niewielkim miasteczku, niedawno stracił ukochaną żonę. Jego rozpacz jest ogromna i nie popełnia samobójstwa tylko dlatego, że ktoś musi zajmować się psem. Jednocześnie Tony daje sobie prawo do złości absolutnej – na cały świat. Postanawia sobie, że od teraz będzie każdemu mówił to, co myśli, chociażby nie wiem jak nietaktowne lub bolesne by to było. Jak sam twierdzi – bycie dupkiem to jego nowa super moc, ale jeśli przeholuje, zawsze pozostaje mu furtka bezpieczeństwa, w każdej chwili może się zabić. Przemek w swojej recenzji napisał już właściwie większość moich własnych odczuć. Od siebie dodam tylko tyle, że Gervais stworzył tutaj małe arcydzieło. After Life ma momenty tak zabawne, że można się popłakać, lecz jednocześnie wydźwięk całego serialu jest niesamowicie smutny i zdarzają się chwile, kiedy łzy cisną się do oczu już bynajmniej nie ze śmiechu. To przede wszystkim historia o wielkiej stracie i radzeniu sobie z nią. Tony ma swój własny sposób na tę traumę i jego droga do pogodzenia się ze światem i z samym sobą może stanowić swoiste katharsis dla wielu ludzi, którzy sami próbują sobie ze stratą poradzić (co zresztą potwierdza niesamowita ilość pozytywnych komentarzy na Twitterze Gervaisa). Naprawdę warto.


patersonWiktoria Ziegler

Film dobry na koniec miesiąca. Ale i początek. I środek. Paterson. Kiedy czujesz, że życie Cię przytłacza – oglądnij go. Kiedy tego nie czujesz, też go oglądnij. Nie będziesz żałował. Traktat o zwyczajności. O tym, że bycie przeciętnym jest dobre. I że społeczeństwo nie decyduje o Twojej wartości. Tytułowy bohater – Paterson – jest kierowcą miejskiego autobusu. Ale zdaje się być strażnikiem metafizycznych podziemi. Jego tydzień jest zwykły. Ma zwykły dom, żonę. Każdego wieczoru chodzi do najzwyczajniejszego baru na piwo. Kładzie się spać i budzi w swoim najzwyklejszym życiu. Nietuzinkowe jest jednak jego nastawienie do życia. Przed porannym kursem pisze wiersze. Zainspirowane zapałkami. Rozmowami w jego autobusie. Cichy poeta codzienności. Jego żona jest szaloną artystką, która ozdabia firany, zasłony łazienkowe i poduszki. I tak sobie żyją. Zwyczajnie. Niezwyczajnie. Ważnym bohaterem staje się ich pies. Film jest minimalistyczny, przemilczany. Uczy pokory. Najtrudniejszej sztuki życia codziennego. I nie chodzi mi o naiwny i głupkowaty zachwyt wszystkim, co nas spotyka. Ale o zrozumienie tego, że nie musimy być wybitni, by być wielcy. Reżyser – Jim Jarmusch – jest również producentem, aktorem, kompozytorem, muzykiem. Sam twierdzi, że piękno w życiu drzemie w małych detalach, a nie w wielkich zdarzeniach. Myślę, że tego nam potrzeba. Oderwania się od drabiny sukcesu i wybrania cierpliwych schodów codzienności. Które są dobre, a mogą być nawet piękne. Nie bójmy się zwyczajności.

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Paterson


Paulina Leszczyńska

Marzec przyniósł wiosenny powiew świeżości. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o głośnej premierze Kapitan Marvel. Oczywiście, że na każdym kroku na pierwszy plan przebija się oklepany ostatnimi czasy temat feminizmu, ale nadal – film ten to szalenie udana produkcja Marvela, która bardzo dobrze karmi ciekawość i zaspokaja niecierpliwość przed nachodzącym finałem Avengersów. Poza tym, Kapitan Marvel to produkcja dobrze przemyślana i świetnie zrealizowana. Postacie są wyraziste, a humor sytuacyjny skonstruowany wprost perfekcyjnie! W końcu nie bez powodu cała sala co moment w głos śmiała się z zabawnych komentarzy Furyego, w którego jak zawsze, wcielił się Samuel L. Jackson.

W filmie nie brakuje również po mistrzowsku wręcz poprowadzonej intrygi, genialnej charakteryzacji i, co najważniejsze, wątków wyjaśniających piętrzące się od lat tajemnice. Każdy kolejny film z MCU dokładał pytań, które właśnie w tym blockbusterze zostają wyjaśnione. Nie powiecie przecież, że nigdy nie ciekawiło Was chociażby to, co wydarzyło się z okiem Furyego. No właśnie! I wiecie co? Seans z Kapitan Marvel Wam to wyjaśni!

Nie jestem obiektywna, ponieważ moja miłość do Marvela trwa od lat, ale niezależnie od osobistego sentymentu i upodobań, Kapitan to po prostu dobry kawałek kina. Brie Larson spisała się na medal i mam nadzieję, że równie dobrze zaprezentuje się w nadchodzącym Endgame. Jeśli nadal masz wątpliwości, nie zastanawiaj się. Marsz do kina!


Fot.: Disney, Wydawnictwo Poznańskie, Universal Music Polska, Teatr Studio, PMPG Polskie Media, Sony Music Entertainment Japan, Netflix, Gutek Film

ulubieńcy marca

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Małgorzata Kilijanek

Pasjonatka sztuki szeroko pojętej. Z wystawy chętnie pobiegnie do kina, zahaczy o targi książki, a w drodze powrotnej przeczyta w biegu fragment „Przekroju” czy „Magazynu Pismo”. Wielbicielka festiwali muzycznych oraz audycji radiowych (Radio Nowy Świat i Radio 357), a także zagadnień naukowych, psychologii społecznej i czarnej kawy. Swoimi recenzjami, relacjami oraz poleceniami dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami Głosu Kultury.

Natalia Trzeja

Piszę, więc jestem. I straszę w horrorach. Bu.

Anna Sroka-Czyżewska

Na zakurzonych bibliotecznych półkach odkrycie pulpowego horroru wprowadziło mnie w świat literackich i filmowych fascynacji tym gatunkiem, a groza pozostaje niezmiennie w kręgu moich czytelniczych oraz recenzenckich zainteresowań. Najbardziej lubię to, co klasyczne, a w literaturze poszukuje po prostu emocji.

Paulina Leszczyńska

Absolwentka filologii angielskiej, studentka zarządzania zasobami ludzkimi, miłośniczka kina, literatury, wszelkiego rodzaju muzyki, podróży, kuchni wegetariańskiej oraz kawy.

Wiktoria Ziegler

Zastanawia się, pyta, poszukuje sensu.

Iwona Mózgowiec

Próbuje z różnym skutkiem zapracować na swoje nazwisko. Póki co, traktuje je jak przewrotny żart. Umie czytać i pisać. Z rachowaniem gorzej.

Michał Mielnik

Radca prawny i politolog, hobbystycznie kinofil - miłośnik stołecznych kin studyjnych, w których ma swoje ulubione miejsca. Admirator festiwali filmowych, ze szczególnym uwzględnieniem Millenium Docs Against Gravity, 5 Smaków, Afrykamery, Ukrainy. Festiwalu Filmowego.

Tagi
Śledź nas
Patronat

1 Komentarz

  • Jak to „możemy nie uzasadniać”? Przecież każecie pisać poza zdjęcie do materiału :) #SorryMusialem

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.