ulubieńcy marca
ulubieńcy marca

W marcu jak w garncu? A i owszem, choć nie o pogodę chodzi, bo ta figle zaczęła płatać dopiero teraz, w kwietniu. I tak oto kilka dni temu przywitało nas słońce i kilkanaście stopni na termometrze, a dziś od rana za oknem śnieg i zdaje się, jakby to styczeń czegoś zapomniał i wrócił się po zgubę, siejąc dookoła chaos i zniszczenie (zwłaszcza na tle urokliwej wiosny, która dopiero co witała nas z otwartymi ramionami). Ale nasi redaktorzy do kulturalnego garnca wrzucają dziś swoich ulubieńców miesiąca i – jak to w garncu bywa – jest różnie, kolorowo i aromatycznie! Znajdziecie tu coś o książkach, coś o muzyce, coś o grach, filmach i serialach. Może w tym miesiącu obyło się bez większych zaskoczeń, ale nie znaczy to, że nie jest inspirująco i ciekawie. Jeśli więc nie wiecie, co zrobić ze sobą w taką pogodę, która potrafi zarówno wyprowadzić z równowagi, jak i zdezorientować w kwestii pory roku, a nawet dnia – zapraszamy serdecznie do lektury! Ulubieńcy marca polecają się do herbaty, kawy, wody, napojów wyskokowych. Ogólnie – polecają się do czerpania z nich garściami! Do czego i my zachęcamy.

 

Patrycja Słodownik

Obiecująca. Młoda. Kobieta. Tytułową obiecującą, młodą kobietą jest główna bohaterka, Cassandra Thomas, która po pasmach samych sukcesów w każdym aspekcie nagle diametralnie zmienia swoje życie. Rezygnuje ze studiów, podejmuje się słabo płatnej pracy, wraca do rodzinnego domu, a wieczorami prowadzi drugie życie. Właśnie ono, to drugie alter ego, stało się jej sensem życia. Cassie chodzi do klubów, udając upitą do nieprzytomności, pozwala nowo napotkanym mężczyznom zaprowadzić się do ich mieszkania. Tam pod pretekstem dobrej zabawy wymierza im sprawiedliwość. Widz na samym początku totalnie nie rozumie przyczyny takiego zachowania. Zastanawia się, czemu główna bohaterka zachowuje się w ten sposób. Stopniowo jednak reżyser odkrywa swoje karty, wyjaśniając przyczynę takiego zachowania.  Poznajemy także przyjaciółkę Cassandry, której nieobecność oraz przyczyny tejże odcisnęły piętno na całym dalszym życiu femme fatale. Z jednej strony widzimy uśmiechniętą, lubiącą brokat, błyszczyki i kolorowe rzeczy prawie trzydziestoletnią kobietę, z drugiej wiemy, że jest to maska. Tajemnica bólu, złości, nienawiści i chęci wymierzania sprawiedliwości.

Trudno mi jednoznacznie zakwalifikować ten film do jednego gatunku. Można w nim odnaleźć elementy komedii, thrillera, dramatu oraz romansu. Bez wątpienia porusza bardzo ważny problem związany ze zgodą lub brakiem zgody na domniemane przyjemności. Ukazuje sposób myślenia różnych osób z otoczenia pokrzywdzonej i krzywdzącego. Tak wielkie spektrum różnorodności zachowań może sugerować, że różne osoby w zależności od swojego stanowiska, pełnionej funkcji oraz zażyłości z ofiarą będą reagowały na to samo zdarzenie w inny sposób. Jedne będą bronić drapieżcę, argumentując błąd chwilową zachcianką, która nie może przekreślić dalszej kariery. Inne wyprą to z pamięci, a kolejnych życie skończy się z chwilą danego zdarzenia.

Bez wątpienia polecam film każdemu, bez względu na wiek. Doskonale obrazuje sposób myślenia niektórych mężczyzn na temat kobiet. Podkreśla, że problem seksizmu jest obecny wszędzie, niezależnie od warstwy społecznej. Przedstawia konsekwencje pewnych zachowań oraz daje nadzieję, że każda zbrodnia zostanie ukarana.


Klaudia Rudzka 

Marzec był miesiącem, w którym ogłoszono filmy nominowane do Oscarów. Ważną i niezmiernie udaną pozycją spośród nominacji w kategorii najlepszego filmu jest Sound of Metal w reżyserii Dariusa Mardera. Niech nie zwiedzie Was tytuł oraz plakat (mnie odrobinę zwiódł, gdyż myślałam, że będę miała do czynienia z filmem muzycznym). Nic bardziej mylnego, jest to bowiem głębokie, empatyczne kino, w którym króluje cisza. Opowieść w reżyserii Dariusa Mardera to przenikliwa historia pary zdanej tylko na siebie. W rolach głównych wystąpili Riz Ahmed i Olivia Cooke, których kreacje zasługują na uznanie. To historia psychicznego dojrzewania bohaterów, ich lęków i trudności, z jakimi muszą się zmierzyć i na które nie mają wpływu. Zakończenie natomiast to swoisty wielokropek pozostawiający w nas pole do refleksji. Gorąco polecam! Jeżeli będziecie mieli okazję obejrzenia tego dzieła – skorzystajcie. Mam nadzieję, że będzie to zasłużony Oscar. 

Kolejnym ulubieńcem jest wspaniały dokumentalny serial o ludziach i należących do nich ubraniach – Worn Stories. Powstały na podstawie książki Emily Spivack pod tym samym tytułem skupia się na historiach osób opowiedzianych przez pryzmat należących do nich części garderoby. Są to osoby ze świata kultury, mody, muzyki: jak chociażby Tim Cappello, czyli Sexy Sax Man, jak i ciekawe postacie o doskonałym darze opowiadania – mężczyzna odbierający ludzi z więzienia po długoletnich wyrokach, pomagający im na nowo odnaleźć się w nowej rzeczywistości, podczas pierwszych godzin wolności. Poprzez opowieść poszczególnych bohaterów poznajemy historię związaną z ważnym dla danego bohatera ubraniem. Każdy odcinek to inny motyw przewodni, lecz każdy jest równie ciekawy i inspirujący. Worn Stories to wciągający, lekki, dający do myślenia, a przy tym podnoszący ważne i potrzebne kwestie serial dostępny na Netflixie. Oprócz jasnego przekazu wynikającego z owych historii osobiście dostrzegam tu również drugie dno – niech każdy z nas znajdzie w swojej szafie choć jedną rzecz, która sprawiłaby, że również i my moglibyśmy stać się bohaterami Worn Stories :).


Małgorzata Kilijanek

Tuż przed ogólnoświatowymi obchodami Dnia Fortepianu (29 marca) premierę miało nagranie koncertowe Hani Rani z kultowego Studia S2 Polskiego Radia. W tej właśnie sali artystka tworzyła wcześniej nagrania na żywo do debiutanckiej Esji oraz uczestniczyła w tworzeniu teledysku do utworu Glass.

Na klimatyczny muzyczny spektakl składają się utwory: Hawaii Oslo, oparty na fortepianowej pętli, Glass z odmienionymi intro i outro, a także LeavingBuka, wzbogacone keyboardowymi dźwiękami Rolanda, wpływającymi na ich odmienny nieco od płytowej wersji nastrój. Za piękne czarno-białe kadry odpowiada Mateusz Miszczyński, za nagranie dźwięku Agata Dankowska, a za mix Piotr Wieczorek. Zmodyfikowane aranżacje z surowymi dźwiękami klawiszy zachwycają, a wirtuozeria zapiera dech w piersiach.

Hania Rani – Live from Studio S2

 

Hania Rani zagościła wcześniej w singlu On the other side kompozytora, producenta i skrzypka – Tomasza Mreńcy. Utwór zapowiada jego trzeci album Echo, składający się z jedenastu kompozycji zdecydowanie wychodzących poza muzykę ambientową. Tworzenie płyty zajęło artyście blisko dwa lata, a jego dźwięki zarejestrowane zostały w 2019 roku w Karlinie – rodzinnym mieście artysty, nieopodal Kołobrzegu. Finalizacja projektu nastąpiła za to we Wrocławiu w 2020 roku, podczas jego pandemicznej domowej izolacji. Urozmaicenia albumu w postaci zaproszenia gości Mreńca dokonał po raz pierwszy, a premierę zapowiedział na 17 maja 2021. W trakcie oczekiwań zarówno na płytę, jak i na koncerty – i Tomka Mreńcy, i Hani Rani – proponuję korzystanie z dobrodziejstw internetowej dostępności muzyki. Nic innego nam nie pozostaje.

Tomasz Mreńca feat. Hania Rani - On the other side (Official Video)

 

Książkowa propozycja ulubieńca marca, którą chciałabym wyróżnić, podczas lektury wzbudziła we mnie wiele skrajnych emocji, gdyż mimo ogólnej wiedzy na temat dyskryminacji kobiet, nie zdawałam sobie sprawy z problematyczności niektórych przykładów. Mowa o Niewidzialnych Kobietach dziennikarki Caroline Criado Perez, która za pomocą bardzo licznych przykładów udowadnia, że domyślnym użytkownikiem większości dóbr wciąż jest mężczyzna, a konsekwencje tego faktu ponoszą kobiety. W recenzji książki przybliżyłam pokrótce niektóre z poruszonych w niej zagadnień i bardzo zachęcam Was do jej lektury.


Martyna Michalska

ulubieńcy marcaChoć o prozie Twardocha usłyszałam już jakiś czas temu, to dopiero w tym roku przyszło mi zapoznać się z nią osobiście. Zazwyczaj uciekam od mocno „hajpowanych” tekstów kultury i tak też było z Królem Królestwem rzeczonego pisarza. Ale, jako że potrzebowałam odskoczni od literatury faktu, którą przeważnie czytam, zdecydowałam się sięgnąć właśnie po twórczość Twardocha. Król mnie nie zachwycił, głównie ze względu na mocno irytujący momentami sposób prowadzenia narracji. Z kolei Królestwo pochłonęło mnie konkretnie, przede wszystkim ze względu na tło historyczne, nieco dla mnie ciekawsze niż to w Królu, ale też bardziej interesujący sposób prezentacji świata przedstawionego. Wydarzenia w kontynuacji mają miejsce podczas drugiej wojny światowej, kiedy Ryfka walczy o przetrwanie swoje i zniszczonego wojną Jakuba Szapiry. W Królestwie, w przeciwieństwie do Króla, autor oddaje głos nie tylko jednemu bohaterowi. Ryfka i synowie Jakuba, Daniel i Dawid, stają się dzięki temu już nie tylko pobocznymi postaciami, a bardzo istotnymi głównymi bohaterami opowiadającymi. Dzięki temu zapoznajemy się z szerszym spojrzeniem na wydarzenia, które miały miejsce po wybuchu wojny, dostajemy też uzupełnienie wydarzeń z pierwszej części. Powieść została napisana w sposób, który bardzo angażuje czytelnika, kartki przewracają się praktycznie same, a koniec następuje zaskakująco szybko. Autor dużo miejsca poświęca nie tylko samym bohaterom, ale ogólnej sytuacji społecznej w okupowanej Warszawie i niełatwym stosunkom polsko-żydowskim, których obraz znacząco odbiega od tego, o czym czytaliśmy w podręcznikach do historii. Królestwo to świetnie napisana powieść i zapewne będą ją polecać. Nawet, a zwłaszcza, jeśli Król nie za bardzo przypadł Wam do gustu.


Patryk Wolski

Postanowiłem zrobić porządek z niekończącą się listą gier, które posiadam na Steamie, ale jeszcze ich nawet nie odpaliłem. Moją uwagę skupiłem głównie na klasycznych przygodówkach typu point’n’click, a tych uzbierałem przez ostatnie lata trochę. Z „kupki wstydu” zgarnąłem Little Misfortune – kolejną po Fran Bow perełkę od studia Killmonday Games. Jeśli lubicie opowieści o konflikcie niewinności i brutalności, realizmu i fantazji, to bardzo polecam wyżej wymienione tytuły i zachęcam do obserwowania kolejnych prac studia, bo mają unikatowy talent do tworzenia ciekawych gier. Obecnie Killmonday Games pracuje nad grą Different Galaxy, niestety ze względu na brak budżetu prace zostały wstrzymane. Wracając do meritum – Little Misfortune okazało się bardziej interaktywnym filmem, w którym podejmuję jedną z dwóch dostępnych decyzji, niż faktyczną grą przygodową z zagadkami i ekwipunkiem z przedmiotami. Urocza gra, chociaż zbyt krótka i wymagająca od gracza niewiele. 

Dlatego też moim bohaterem miesiąca będzie The Dream Machine, przygodówka niemal idealna. Wchodzimy w buty Victora Neffa, który wraz z ciężarną małżonką dopiero co wprowadził się do starej kamienicy. Okazuje się, że budynek ma mroczną przeszłość, a że nasz bohater postanawia rozgrzebać temat, to sam siebie namaszcza na zbawcę mieszkańców kamienicy – aby uratować żonę i współlokatorów, musi wejść do ich snów i zniszczyć więź ich umysłu z tajemniczą siłą władającą budynkiem. Prowadzi nas to do wielu magicznych, dziwnych światów i aż szkoda mi było, że gra się ostatecznie skończyła. Twórcy zbudowali tyle unikalnych lokacji, że chciałoby się ich więcej i więcej. Gra oferuje mnóstwo przebiegłych zagadek – niektóre były na tyle dla mnie skomplikowane, że musiałem sięgnąć po pomoc. I choć były momenty, że rwałem włosy z głowy, to nie żałuję ani minuty. Zwłaszcza że na grę również przyjemnie się patrzy, chociaż ma ona już prawie 10 lat. Kluczem do sukcesu jest tutaj animacja poklatkowa,  do wyprodukowania scenerii i postaci użyto bowiem wyłącznie gliny i tektury. Prawdziwa perełka.


Mateusz Norek

ulubieńcy marcaStawiam dolary przeciwko orzechom, że niewielu jest graczy, którzy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie słyszeli o Valheim. Wystarczyło tak naprawdę zaledwie kilka dni, aby ta niepozorna produkcja, która pojawiła się na początku lutego we wczesnym dostępie na Steamie, podbiła zarówno rekordy streamów, jak i wyników sprzedaży. Gra, którą tworzy pięcioosobowe studio, sprzedała się w miesiąc w liczbie pięciu milionów kopii, co na grę indie bez absolutnie żadnej promocji jest czymś niewyobrażalnym. Wisienką na torcie niech będzie 96% pozytywnych recenzji na Steamie. Osobiście nie zakochałem się w Valheim od pierwszego wejrzenia, ale kiedy usłyszałem, że modelem rozgrywki, bardziej niż klasyczny survival, przypomina moją ukochaną Terrarię, powtórzyłem tę informację znajomemu i kilka dni później rozpoczęliśmy naszą przygodę z grą i – co tu dużo pisać – wszystkie zachwyty nad nią są w pełni uzasadnione.

Wcielamy się w wikinga, który po śmierci zamiast do Valhalli trafia do tytułowej krainy, w której musi pokonać kilku potężnych przeciwników Odyna. Fabuła jest tutaj szczątkowa, ale ten nordycki, mitologiczny klimat dobrze spaja rozgrywkę i tworzy świetną atmosferę. Pętla rozgrywki jest dość prosta – zbieramy surowce, tworząc odpowiednie stanowiska do produkcji przedmiotów. Tworzymy swoją siedzibę, by móc schować się w nocy przed większą aktywnością potworów, tworzymy uzbrojenie, by pokonać bossa. To daje nam dostęp do lepszej technologii, na przykład kopania rudy i wytapiania brązu. Mapa podzielona jest na sąsiadujące ze sobą biomy, z których każdy stanowi coraz większe wyzwanie. Odpowiednio wyekwipowani wchodzimy na nowy teren, zbieramy nowe surowce i szykujemy się do walki z kolejnym bossem. Valheim wyróżnia jednak masa ciekawych, unikalnych i ułatwiających życie mechanik (takich jak system jedzenia i budowania, ogień tworzący w pomieszczeniach dym, odzyskiwanie surowców przy niszczeniu przedmiotów, brak kosztów naprawy itd.) i styl graficzny. Przy przybliżeniu obrazu zobaczymy, że gra używa tekstur w niskiej rozdzielczości, a jednak wygląda przepięknie. Zawdzięcza to przede wszystkim świetnym efektom świetlnym i pogodowym.  Valheim to gra niesamowicie klimatyczna, niezależnie czy przemierzamy początkowe, zielone łąki, żeglujemy statkiem podczas sztormu, czy zwiedzamy pełne draugrów, mroczne moczary. Każda mapa jest ogromna i tworzona proceduralnie, a całość, choć trudno w to uwierzyć, zajmuje zaledwie 1 GB! Dodatkowo, jak na tytuł we wczesnym dostępie, działa nadzwyczaj dobrze i już teraz oferuje ogromną ilość contentu, a twórcy pracują nad kilkoma dużymi aktualizacjami, mającymi pojawić się w tym roku. 

Valheim - Official Early Access Launch Trailer


Sylwia Sekret

ulubieńcy marcaKiedy mieszka się w moim domu – trzeba lubić Eminema. Nie ma innego wyjścia, nie ma półśrodków. Nie wystarczy go akceptować albo przechodzić obok jego muzyki i dokonań obojętnie. To – nomen omen – nie przejdzie. Kiedy jest się żoną mojego męża, trzeba wiedzieć dokładnie nie tylko, kim jest Eminem i jaką drogę przeszedł, by znaleźć się tu, gdzie jest, ale też znać przynajmniej część jego przyjaciół i wrogów. Artystów, których sam docenia i tych, którzy nie dorastają mu do pięt – choć stają na rękach i myślą, że im się udało. Kiedy jest się mną, trzeba oglądać każdy nowy teledysk do obiadu i powtórzyć tę czynność przynajmniej kilka razy. Trzeba znać tłumaczenia utworów i ich historię. Trzeba się zgłębić w idiomy, gry słowne i drugie dna w tekstach. Kiedy jest się mną, muzyka Eminema (czy się tego chce, czy nie) staje się soundtrackiem do życia. A dziś, pierwszy raz w historii portalu, do Ulubieńców miesiąca trafia kawałek tegoż artysty nie z ramienia jego największego fana, tylko z mojego. Higher, bo o tym kawałku mowa, z najnowszego albumu, czyli Music To Be Murdered By: SIDE B, jakoś wyjątkowo z tej płyty wpadł mi w ucho już od pierwszego przesłuchania. I teraz mam wrażenie (może przesadzam, a może nie), że katuję ten numer częściej niż mąż (nie mylić z: „niż męża”). Podoba mi się w nim zarówno muzyka, jak i tekst. Podoba mi się, że nie ma tu zbędnego wykrzykiwania tekstu, wyrapowywania go na siłę. Jest rytm, jest rym, jest dopasowany do niego tekst. Podoba mi się to, że choć następuje tu tradycyjne rozliczenie z przeszłością, to jest bardzo subtelne i przede wszystkim – co ważne – skupia się ono maksymalnie na samym artyście, a w dużo mniejszym stopniu na ludziach, którzy go otaczają bądź otaczali. To utwór nie tyle o zdobywaniu szczytu, ile raczej o tym, by będąc w połowie drogi na ów szczyt, już wypatrywać kolejnego, jeszcze trudniejszego w podejściu, wyższego i takiego, z którego widok będzie jeszcze piękniejszy. To utwór nie o tym, by się nie poddawać, próbując osiągnąć cel, tylko by nie składać broni, kiedy już się zdobyło to, co się chciało. Ten tekst w połączeniu z muzyką, która każe ci wstawać i działać, świetnie sprawdza mi się podczas biegania. Zwłaszcza kiedy warunki wcale nie sprzyjają. Ale z taką muzyką na uszach niestraszny deszcz, śnieg ani największa zawierucha. No i pod górkę się jakoś lepiej wbiega. I głównie z tego względu wzbogacili się o niego Ulubieńcy marca. Bo to świetny kawałek tak ogólnie, ale do biegania to już w ogóle. Nawet jak człowiek myśli, że już nie może i padnie na twarz, to już patrzy na kolejną górkę, kolejny zakręt, albo planuje wydłużyć… jutrzejszą trasę.

Eminem - Higher (Official Video) Explicit


Fot.: United International Pictures, Netflix, Gondwana Records, Cockroach Inc.,  irongatestudio

 

 

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *