W marcu jak w garncu – tak powiadają i ci, którzy używają tego powiedzenia, jak pokazał miniony miesiąc, wiedzą, co mówią. Raz zdawało się, że wiosna na dobre przybyła, rozpakowała walizkę i powiesiła w szafie swoje dość lekkie i frywolne ciuchy, by innym razem wpadła z impetem zima i wyśmiała te delikatne fatałaszki, zarzucając je na powrót swetrami o grubym splocie, szalikami, czapkami, rękawiczkami. Czy w naszych kulturalnych wyborach w ubiegłym miesiącu było podobnie? Czy panowała iście marcowa różnorodność, jeśli chodzi o tytuły, które przypadły nam do gustu? Niecierpliwcom możemy powiedzieć od razu, że Ulubieńcy marca polecają się tym razem zarówno serialowo, filmowo i muzycznie, jak i mangowo i teatralnie. Sprawdźcie, co znalazło miejsce w sercach naszych redaktorów i przygotowywało na powolne przyjście wiosny.
Patryk Wolski

Jakub Pożarowszczyk
Muzycznie marzec był nie mniej intensywny od poprzedniego miesiąca. Cieszy wysyp premier i naprawdę raduje moje serce, że w mojej muzycznej banieczce mało kto zaliczył wtopę. W marcu rządziły moim odtwarzaczem trzy płyty. Każda z kompletnie z innych bajek. Miesiąc zacząłem od legendy rocka progresywnego – Marillion. Ich nowy LP An Hour Before It’s Dark przedstawia Brytyjczyków w wybornej formie. To album pełen niepokoju o los naszego świata, emocji, pasji i inwencji twórczej, pokazującej, że Hogarthowi i spółce daleko do zjadania własnego ogona. Pod koniec marca kupiła mnie nowa płyta Placebo – Never Let Me Go. Postawiłem krzyżyk na tym zespole gdzieś w okolicy Meds z 2006 roku. Więc do nowego dzieła Briana Molko i Stefana Olsdala podszedłem bez żadnych oczekiwań i przepadłem. Dawno nie słyszałem tylu potencjalnych przebojów na jednym LP. Placebo A.D. 2022, to zespół w wyśmienitej kondycji. To też ekipa, która się rozwija, czego dowodem jest gęsty, elektroniczny sos w brzmieniu albo fenomenalne, smyczkowe aranże w moim ulubionym kawałku – The Prodigal.
Szałem w marcu u mnie jednak był nowy krążek szwedzkiego Ghost. A zasadniczo Tobiasa Forge’a i kilku anonimowych muzyków występujących pod nazwą Ghost. Nieważne. Muszę szczerze wyznać, że do momentu wydania Impery byłem srogim hejterem ekipy Papy Emeritusa. Irytował mnie image zespołu. Nie robiła wrażenia muzyka, kompozycje i cały ten „hype”, jaki był wokół Ghost. Mimo to posłuchałem Impery i już po drugim tracku zbierałem szczękę z podłogi. Panowie muzycy postanowili pójść na całość i doprowadzić swoją stylistykę do granic absurdu. Nikt tu się nie kryje z zamierzonym kiczem, bezpretensjonalnością, aranżacyjnymi fajerwerkami, efektownymi solówkami gitary i bezczelnymi odniesieniami do klasyki stadionowego rocka rodem z lat osiemdziesiątych w stylu Journey z okolic krążka Escape. Do tego trzeba dodać teatralność à la nieodżałowany Meat Loaf i mamy przepis na arcydzieło albo totalną katastrofę. Wyszło arcydzieło, chociaż wiem, że wielu odsądza nowe Ghost od czci i wiary, co jestem w stanie zrozumieć. Ale co ja zrobię, że kawałki, jak Kaisarion, Spillways czy bezwstydnie popowy Darkness at the Heart of My Love, to dla mnie hiciory, które nieprędko opuszczą moją świadomość?
Gosia Kilijanek
W marcu odwiedziłam Teatr STUDIO, aby sprawdzić, jak Bowie w Warszawie wygląda na scenie. Zdradzam więc: wygląda olśniewająco. A jak śpiewa! Po lekturze najnowszej książki Doroty Masłowskiej, stanowiącej wydanie sztuki napisanej na zaproszenie STUDIO, byłam bardzo ciekawa jej reżyserskiej interpretacji Marcina Libera. Łącząca wiele wątków kryminalna historia osadzona jest w stolicy z lat 70., po której grasuje Dusidamek, wyposażony w szalik z obcojęzycznym napisem, który zarzuca na swoje ofiary. W tym samym czasie skokiem do Wisły rozwiązać życiowe dylematy ma zamiar Regina, ale plany krzyżuje jej Plutonowy Wojciech Krętek. Codzienność mieszkańców Warszawy dekady gierkowskiej przeplata się z ich skrytymi marzeniami, dramatom życiowym towarzyszy przemoc, a peerelowskim wnętrzom liczne sekrety bohaterów. Narratorem psychodramy rodzinnej, jak i całej opowieści, jest ekscentryczny przybysz z kosmosu, a pierwszy z wątków oparty został na prawdziwym zdarzeniu.
Lata siedemdziesiąte. Znany muzyk DAVID BOWIE wraca pociągiem z Moskwy do Berlina. Wielogodzinna podróż dłuży się. W myślach układa nuty, frazy na nową płytę… To musi być coś wyjątkowego; coś, co zrewolucjonizuje muzykę światową.
Co z tego, gdy impas twórczy nie ustępuje. Podróż do Moskwy miała to zmienić.
Gwiazdor nie czuł się jednak do końca usatysfakcjonowany swym tam pobytem. (Baletnica Masza, z którą zadzierzgnął taki sobie niby-romans, nastręczała mu się, o nic nie żywiąc urazy. Niemożliwa do spławienia, we wszystkim chciała z nim być, wszędzie mu towarzyszyć, w muzeum i w operze.
Poza tym zbyt wiele się tam piło. Pożegnalną wódkę, ostrą jak płynne żyletki, którą gulnął z Maszą na dworcu pośród jej wilgotnych, histerycznych pocałunków, szorstkich od czarnej farby włosów i dzikiego, owczego zaduchu jej kożucha, wciąż jeszcze czuł gdzieś w skroniach. Na drogę dostał od niej cztery jajka na twardo. Z nudy obłupywał z nich kolejno skorupki, a one za każdym razem od nowa wypełniały przedział intymnym siarkowym fetorkiem, czemu nikt się wiele nie dziwił).
Tymczasem pociąg jedzie już przez… chyba przez Polskę. To jakiś taki kraj byłej Jugosławii… słyszał kiedyś o nim. Westchnąwszy, wyciągnął najnowszy nabytek – jeden z modnych ówcześnie na Zachodzie kalkulatorów, ku zadziwieniu nieznających tego wynalazku współpodróżnych, którzy wpatrywali się w niego – obsługującego nieznane urządzenie jak dzieci w wystawę sklepu z zabawkami!
On zaś dla zabicia czasu począł liczyć sennie, markotnie…
88374 +2842840 –2929087…
Wynik jednak wcale nie obchodził go. Naduszał nowe działania tylko dla przyjemności wprowadzania wartości liczbowych wciąż większych i większych, dziwniejszych, nikomu nieznanych… Cyfr tak wielkich, że wyrażały już tylko przestrzeń. Kosmos. Przysnął? A może wcale nie.
Odemknął oczy. Zmierzchało. Za oknem tężała zieleń nieskończonych łąk. W oddali zauważył dwie maleńkie, roziskrzone sylwetki. To były dziewczyny pasące krowy; zdało mu się nawet, że słyszy ich przeszywające przestrzeń harde, miłosne niemal zawodzenia:
DZIEWCZYNA 1: Helo, helo, Helenko, jakoz ci się pasie?
DZIEWCZYNA 2: Mie się dobrze pasie, ciebie nie wiym jako, boch już je daleko, helo!
DZIEWCZYNA 1: Helo, helo!
Gdy się ocknął, pociąg stał już w Warszawie.
Ze słów pewnego jegomościa, który uwidział sobie, że świetnie włada angielskim, wywiedział się, że to dłuższy postój. Głucha ciemność peronu pachniała żelastwem, sikami i bzem. Sekundował mu odległy swąd gotowanej kapusty dochodzący z jakiejś garkuchni. Ostrożnie wynurzył się z dusznej gawry przedziału w nieprzenikniony, rzadko posiany słabymi światłami mrok obcej metropolii…
Tu DAVID BOWIE przepada w ciemnościach dworca.
W 1973 roku pociąg relacji Moskwa–Berlin zatrzymał się na dłuższy postój w Warszawie, a jego pasażer, Bowie, wybrał się na spacer i dotarł do placu Komuny Paryskiej, przy którym nabył płytę Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” Śląsk. The Polish Song and Dance Ensemble vol. 2. Tym samym poznał utwór Helokanie, który przemycił w Warszawie, na wydanej w 1977 roku na płycie Low. Artysta w książce i na scenie stanowi jednak tło dla równolegle rozgrywających się wydarzeń. Główna bohaterka, Regina (Maja Pankiewicz), próbuje odkryć swoją tożsamość, odrzucając zaloty króla pieczarek i fantazjując o koleżance z letniego obozu. Opresyjny system wyzwala w niej pragnienie buntu wobec wszystkich, którzy zmuszają ją do odgrywania konkretnych ról społecznych. Jak pisze Masłowska, dziewczyna to pomnik pamięci wszystkich tych, którym nie wolno było kochać tych, których kochali. Sprzątaczka, Pani Nastka, dzieli się relacją ze swojego życia z pijanym mężem, matka Reginy w emocjach tłumaczy, jaka jest wartość rodzinnego nachtkastlika, a milicjant Krętek prowadzi poszukiwania przestępcy z Mokotowa.
Błyskotliwe dialogi, pełne gier językowych, przeplatające powagę komizmem, trafnie wpisują się w dokumentację epoki. Kroku dotrzymują im kwestie muzyczne, a moim faworytem stał się utwór Heroes śpiewany przez Bartosza Porczyka. Na wyjątkową uwagę zasługuje również cała warstwa dźwiękowa, za którą odpowiada grupa BŁOTO. Spektakl Libera to wspaniała gra aktorska, charakteryzacja i scenografia. Ilustracje do wydania książkowego przygotował Mariusz Wilczyński (autor Zabij to i wyjedź z tego miasta), a idealne kostiumy sceniczne – kostiumografki z grupy Mixer, współpracującej z reżyserem.
Jak głosi opis na stronie teatru: Osnuty wokół legendarnej wizyty artysty spektakl jest odą do miłości, szczególnie tej niespełnionej i nierozkwitłej. O takiej Warszawie jeszcze nie słyszeliście. Ale usłyszeć możecie, a dodatkową ją zobaczyć, do czego zresztą zachęcam.
Chciałabym również Waszej uwadze polecić podcast, który jest moim nieustannym ulubieńcem miesiąca, choć może trafniejsze byłoby określenie niezbędnik miesiąca. To Raport o stanie świata Dariusza Rosiaka, w którego odcinkach wsłuchuję się w eksperckie komentarze na temat wojny w Ukrainie. Niezbędnik obecnych czasów.
Natalia Trzeja
Czuję, że ten rok minie mi pod szyldem japońskiej popkultury, gdyż czas poświęcony na oglądanie anime i nadrabianie nowych mang zajmuje mi ostatnio ponad połowę mojego kulturowego spędzania czasu (chyba jako rezultat ograniczenia kinowych seansów, ale nadrobię!). Mimo iż moja przygoda z tą serią zaczęła się w zeszłym roku, już zyskała miano jednej z moich ulubionych mang. Pierwszych dwanaście tomów rozpracowałam w bardzo krótkim czasie, więc nie muszę tu wspominać o swoim rozczarowaniu na wieść, że pozostałych trzynaście jest u nas dopiero w fazie tłumaczenia. Tak właśnie przyszło mi niecierpliwie czekać na tom trzynasty. Gdy szczęśliwa odebrałam paczkę i ruszyłam do lektury, nie mogłam tutaj wspomnieć o innym ulubieńcu niż właśnie mandze Miecz zabójcy demonów.
Kolejny tom utrzymuje poziom swoich poprzedników, a nawet jest i lepiej. Akcja staje się tutaj bardziej dynamiczna, a historia dzieje się w kilku miejscach naraz, co pomaga budować w czytelniku napięcie poprzez skakanie z jednego wątku w drugi w najmniej oczekiwanych momentach. Wszystko to sprawia, że ten tom czyta się z zapartym tchem, nie mówiąc już o wspaniałych ilustracjach, które w tej mandze za każdym razem kradną moje serce. Miecz zabójcy demonów idealnie balansuje pewną śmieszność, komizm z pewną dozą tragizmu w kreacji niemal wszystkich postaci. Nie jest to kolejna bajeczka, a energiczna mieszanka fantastyki na granicy horroru; jest zabawnie, jest strasznie, jest tragicznie. Czyli idealna kombinacja charakteryzująca ten współczesny shounen. Kocham!
Magda Przepiórka
Poszłam w marcu do kina, a że całkiem dawno w kinowych kuluarach nie byłam, to się wyjątkowo cieszyłam. Wybrałam film, na który czekałam i z którym wiązałam ogromne nadzieje. Trochę straszno jednak było iść, bo bałam się rozczarowania i seansu, który nie wstrząśnie i nie wygniecie wewnętrznie, a jedynie okaże się przyzwoity lub, co gorsza, nie wywoła żadnych emocji — a gorszej filmowej zbrodni być przecież nie może. To była Córka. Reżyserski debiut Maggie Gyllenhaal (mniej znanej, ale równie — i jak się okazało — wszechstronnie utalentowanej siostry Jake’a Gyllenhaala) wywołał już sporo zamieszania podczas festiwalu w Wenecji na początku września 2021 i finalnie zakończył tę prestiżową przygodę z nagrodą za najlepszy scenariusz. Nagrody nagrodami, ale fakt jest taki, że seans Córki to wyśmienite połączenie perfekcyjnego aktorstwa („święte” trio w postaci Olivii Colman, Dakoty Johnson i Jessie Buckley), reżyserskiej werwy i spostrzegawczości oraz autorskiej odwagi w prowadzeniu narracji.
Na papierze i na ekranie to wszystko wygląda bardzo dobrze, czy jednak czuć w tym kino, czuć w tym emocje? I to jak. Córka to opowieść o macierzyństwie (szczególnie skupia się na jego ciemniejszej stronie, którą kino popularne niezbyt chętnie porusza — fabuła oparta jest na powieści Eleny Ferrante pod takim samym tytułem, co film) i dlatego wydawać się może, że opowieść ta nie do wszystkich trafi. Przy tym to także historia o kobietach, schematach, w jakie te są – mniej lub bardziej świadomie – wpisywane oraz trudnościach związanych z wyrwaniem się z wizji narzuconej przez ogół społeczeństwa. To jednocześnie obraz opowiadający o tym, że nic nie jest czarno-białe, a raczej czarne jednego dnia, a białe drugiego — nikt z nas nie może być jednoznacznie dobry ani jednoznacznie zły. To w końcu bolesna, ale jakże prawdziwa opowieść o ludziach. W skrócie Maggie Gyllenhaal stworzyła intensywny, przypominający horror — poprzez swój gęsty i nieoczywisty klimat — film psychologiczny o tym, że każdy z nas ma czasami dosyć.
Anna Sroka-Czyżewska

Klaudia Rudzka
Joan Didion to amerykańska dziennikarka, powieściopisarka, eseistka i scenarzystka tworząca w duchu Nowego Dziennikarstwa. Znana jest z niezwykłej szczerości oraz celnego portretowania Ameryki. Rok magicznego myślenia to wyróżniona nagrodą National Book Award pozycja, wymieniana wśród stu najważniejszych książek, które trzeba przeczytać w życiu. W swojej pozycji, której polskie wydanie wznowiono w 2021 roku, Joan Didion porusza niełatwy i zarazem bolesny temat, jakim jest żałoba po stracie ukochanej osoby oraz choroba córki. Z uwagą i pokorą przygląda się zarówno sobie podczas tych trudnych doświadczeń, jak i otaczającemu ją światu. Najbardziej emocjonalną wbrew pozorom częścią pozycji jest opisywanie codzienności oraz zwykłych chwil, z którymi obcuje autorka, ponieważ to dzięki nim zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę codzienność może zmienić się diametralnie, a dzieje się to zwykle podczas niczym niewyróżniającego się dnia. Napisana historia jest wnikliwym, ale jednocześnie kojącym stadium straty i akceptacji zupełnie innej rzeczywistości. Jest to pozycja, która bez wątpienia zasługuje chociażby na to, by ją kojarzyć, ponieważ napisana w przystępny, a wręcz kojący sposób, porusza najbardziej graniczne doświadczenia naszego życia.
Sylwia Sekret

Fot.: Disney, Wydawnictwo Literackie, Teatr STUDIO / Natalia Kabanow, Waneko, Loma Vista/Universal Music Polska, Netflix, HBO Max















