Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: Październik 2018

październik
październik

Czy chcemy tego, czy nie; czy przyjmujemy to do wiadomości, czy uparcie wierzymy, że to wcale nie miało miejsca – Październik minął… W dodatku jak z przysłowiowego bicza strzelił. Nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tą myślą i w kulturalnym stylu zmierzyć się z listopadem, w którym już zaczyna się świąteczna gorączka. Porzućmy jednak ogołocone z liści drzewa, porzućmy coraz niższe – mimo wciąż zaskakująco ciepłej jesieni – temperatury, porzućmy przedwczesne świąteczne dekoracje i zestawy prezentowe i jeszcze na chwilę skupmy się na minionym miesiącu. Październik to taki typowo jesienny miesiąc, jednak kultura na pory roku i miesiące zazwyczaj nie zwraca uwagi. Na szczęście bez względu na pogodę zawsze znajdą się takie tytuły, które w danym miesiącu nas porwały i o których chcemy Wam opowiedzieć. W tym miesiącu królowały filmy, gry i muzyka. Aż dwoje naszych redaktorów wymienia wśród swoich ulubieńców najnowszy krążek Dawida Podsiadły, podobnie jak powtarza się uniwersum z gry Life is Strange. Jeśli jesteście ciekawi, jakich jeszcze kulturalnych ulubieńców przywiał nam październik, zapraszamy do lektury poniższego tekstu. I koniecznie podzielcie się swoimi odkryciami lub udanymi kulturalnymi powrotami!


Mateusz Cyra

Długo myślałem nad swoim ulubieńcem. Październik przeleciał mi przez palce i szczerze powiedziawszy, nie miałem zbyt wiele czasu na zagłębianie się w popkulturę. Obejrzałem raptem trzy filmy, pewnie tyle samo odcinków jednego serialu, słucham non stop tej samej płyty, audiobooki w październiku nie porwały… Autentycznie miałem problem, żeby cokolwiek napisać. Aż do obejrzenia naszego patronatu medialnego (nasz Wielogłos o nim znajdziecie TUTAJ). Utoya, 22 lipca nie jest filmem, który dodamy do zakładki “ulubione” i będziemy do niego wracać średnio raz w miesiącu. To film raczej na jeden raz – chyba że komuś sprawia frajdę oglądanie zapisu prawdziwych wydarzeń i masakry młodych ludzi, którzy zostali zdziesiątkowani na norweskiej wyspie Utoya w lipcu 2011 roku.

Film, za którego wprowadzenie w Polsce odpowiedzialny jest dystrybutor Aurora Films, należy do tych ciężkich, siadających w umyśle człowieka i niedających spać po nocach. Erik Poppe stworzył dzieło duszne, klaustrofobiczne i nękające widza nieustanną serią z karabinu, a to przecież kompletne nic w zestawieniu ze świadomością, że wydarzenia przedstawione na taśmie filmowej miały miejsce naprawdę, w dodatku kilka lat temu. W filmie ani razu nie padają dane osobowe mordercy, a nam dane jest zobaczyć go zaledwie dwa, trzy razy w przelotnym kadrze, co oczywiście jest przemyślanym i bardzo mądrym zabiegiem – nikt nie chce przecież robić bohatera (nawet filmu) z kogoś, kto kompletnie na to nie zasługuje. Z tego też powodu kamera cały czas podąża za przerażonymi i próbującymi ocaleć nastolatkami i pokazuje nam, jak zachowali się ci ludzie w obliczu nieznanego zagrożenia. Utoya, 22 lipca to oczywiście film fabularny, przedstawiający fikcyjnych bohaterów, jednak zawierający w sobie prawdziwe historie, opowiedziane przez tych, którzy ocaleli. I to właśnie ofiarom tego tragicznego dnia dedykowany jest ten film. Serdecznie polecam, choćby dla przestrogi i zastanowienia się nad kondycją dzisiejszego świata. Nie jest przecież powiedziane, że w naszym pozornie poukładanym świecie zza zakrętu nie wyskoczy nagle psychopata, mierząc do nas z broni palnej… Zdecydowanie najlepsza i najmocniejsza rzecz, jaką widziałem w październiku.


Paulina Markowska

Przyznam szczerze, że październik był bardzo obfity w premiery, a co za tym idzie na mojej liście ulubieńców pojawiały się kolejne pozycje. 12 października drugą solową płytę wydała Martina Stoessel. Jej krążek Quiero volver był długo wyczekiwany przez fanów, zwłaszcza że piosenkarka już wcześniej pokazała światu kilka nowych teledysków. Nagrała choćby singiel z Alvarem Solerem La cintura. Na drugiej płycie znalazło się jedenaście utworów śpiewanych zarówno po hiszpańsku, jak i po angielsku. Utwory są świeże, czuć w nich latynoską duszę. Jeśli ktoś nadal uważa ją za kolejną gwiazdkę Disneya, to jest w błędzie. Martina sporo działa na scenie muzycznej. Nie mówimy tutaj już tylko o Argentynie czy Ameryce Południowej, ale również o Ameryce Północnej i całej Europie. Jest to dojrzała i młoda kobieta z niesamowitą świadomością artystyczną, która po prostu korzysta ze swojej popularności. W związku z tym dużo pracuje, a jej fani cały czas są przez zaskakiwani choćby nowym utworem i teledyskiem do niego. Płycie daję 8/10.

Druga wyczekiwana płyta należy do Dawida Podsiadły. Po ponad rocznej przerwie wrócił w wielkim stylu. Prezentuje nam dziesięć piosenek napisanych przez niego samego i śpiewanych po polsku. Małomiasteczkowy już dawno stał się niesamowitym przebojem, a bilety na trasę koncertową sprzedały się w błyskawicznym tempie. To wielki powrót Podsiadły na polską scenę muzyczną. Niezwykle udany, kolejny singiel Nie ma fal również staje się coraz bardziej popularny. Sam Podsiadło zaskakuje swoich fanów. Ostatnio sprzedawał swoje płyty w kiosku w centrum Warszawy. To oryginalny sposób na rozpromowanie krążka. Na razie powrócił do udzielania wywiadów, wystąpił w programie Kuby Wojewódzkiego, założył konto na Instagramie. Odnoszę wrażenie, że jest to dla niego naprawdę ważna płyta, w której bardziej niż dotychczas ukrył cząstkę siebie. Dawid mnie urzekł, dlatego dostaje ode mnie 10/10.

Trzeci ulubieniec dostał się na moją listę rzutem na taśmę. Jest to produkcja Netflixa, Bodyguard. I nie ma on nic wspólnego z filmem z Whitney Houston i Kevinem Costnerem. Sezon pierwszy to co prawda tylko sześć odcinków, ale jest to serial naprawdę godny polecenia. Trzyma widza w napięciu, wprowadza nowe wątki. Całość ma charakter kryminału i thrillera z dobrze przemyślanym scenariuszem. Wątki mieszają się i uzupełniają nawzajem, a do tego dochodzi świetna gra aktorska całej obsady. Widz sam już traci orientację, nie wie, kto kogo zabił. Serial pokazuje przy tym świetnie sam środek politycznego świata i wszystkie niezbyt wygodne dla polityków rzeczy, które się tam dzieją. Najuczciwsze osoby zostają oskarżone o zbrodnie, a może jednak nie są takie krystaliczne, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka? Zdecydowanie najlepszy jest ostatni odcinek, który wszystko wyjaśnia, ale najbardziej trzyma w napięciu. Oglądałam go z otwartymi z niedowierzania ustami. Zdecydowanie 10/10.


Małgosia Kilijanek

Mój październikowy ulubieniec pokrywa się z jednym z wyborów Pauliny. Na który mogło paść? Na Małomiasteczkowego Dawida Podsiadły. Argumentację zacznę zgodnie z chronologią od działalności marketingowej artysty i jego managementu. Pierwsze było usunięcie zawartości instagramowego konta Dawida, następnie przygotowanie quizu dla odbiorców, umożliwiającego telefoniczną rozmowę z twórcą płyty (a przynajmniej usłyszenie w słuchawce tajemniczego wróżbity) i akcja promocyjna w postaci sprzedaży albumów przez samego Podsiadłę pod Pałacem Kultury i Nauki. Przy okazji tej ostatniej, do zielonego kiosku ustawiała się ogromna kolejka i spontanicznie było mi dane nawet uczestnictwo w jej tworzeniu. Był to happening, który powinien stać się przykładem dla wzbudzania przez innych zainteresowania różnej kategorii kulturą. Dokładając do tego wyprzedaną trasę, w tym cztery koncert na Torwarze oraz platynę po tygodniu od premiery, otrzymujemy sukces, o jakim wielu artystów może jedynie pomarzyć. A wszystko to za sprawą artystycznych działań skromnego, inteligentnego dwudziestopięciolatka, który poważnie podchodzi do przelewania swoich emocji we własną twórczość. Na małomiasteczkowej płycie najbardziej urzekły mnie dwa utwory: Najnowszy klip oraz Nie kłami. Zaraz jednak uświadomiłam sobie, iż na wyróżnienie zasługuje również pozycja Trofea (w której wybrzmiewa: Nie robię zdjęcia/ Nie podpiszę Tobie płyt/ Nie mogę zmieścić historii waszych żyć/ (…) / W kraju nad Wisłą/ każdy mówi mi na Ty / a moje nazwisko/ to czytany głośno szyld ), Dżins, Matylda i cała reszta… Na tym albumie trudno o słabsze ogniwo. Wyjątkowe teksty po polsku, elektroniczne brzmienia i niesamowity głos Podsiadły składają się na dzieło, którego można słuchać bez końca. O rozłożenie go jednak na czynniki pierwsze postaram się w najbliższym czasie, a póki co zostawię Was z jednym z utworów.

Zawodzę jak miastowa młodzież
Hej, no może coś powiesz?
Czekaj, widzę prognozę
Przewidują zgodę

Marudzę jak miastowa młodzież
Nie, to nie ta odpowiedź
Dlaczego mi zmieniasz pogodę?
Pozostaje odejść

Kolejnym ulubieńcem października okazał się dla mnie film – 7 uczuć Marka Koterskiego. To opowieść o dzieciństwie we wspomnieniach dorosłego, czego wyrazem było obsadzenie w roli dzieci dojrzałych aktorów. Historia bliska widzom, dająca do myślenia i wywołująca salwy śmiechu wśród oglądających. W recenzji (którą znajdziecie TUTAJ) podsumowałam go jako przedstawiciela polskiego kina na najwyższym poziomie i bardzo zachęcam do jego obejrzenia.

Ostatnia pozycja ode mnie to grupa In The Nursery, łącząca w swej muzyce dark wave z elektroniką, a szczególnie ich płyta 1961. Na wspomnianym albumie artyści nawiązują do osobistych przemyśleń, wydarzeń historycznych i literackich związanych z rokiem zawartym w tytule. Co ciekawe, siódmy na trackliście utwór Solaris zainspirowany został twórczością Stanisława Lema. Mroczna oraz intrygująca twórczość Klive’a i Nigela Humberstone’ów wydaje się idealna na jesienne wieczory (i noce).


Michał Bębenek

Cóż innego mogło znaleźć się wśród moich ulubieńców minionego miesiąca niż długo wyczekiwana kontynuacja jednej z najlepszych gier, w jakie zdarzyło mi się grać. Mowa oczywiście o Life is Strange 2, a konkretnie o pierwszym epizodzie tej produkcji, zatytułowanym Roads. Zaiste była to dość spora niespodzianka, wiadomo było bowiem, że historia Max i Chloe definitywnie dobiegła końca, lecz zapewne wielu graczy spodziewało się, że tym razem przyjdzie im kierować losami Chrisa – bohatera The Awesome Adventures of Captain Spirit (czyli swoistego prologu do sequela Life is Strange). Nic bardziej mylnego, twórcy postanowili przedstawić nam coś jeszcze innego i jeśli ci, którzy ukończyli przygody Kapitana Spirita, pamiętają dwójkę młodych ludzi widocznych za płotem na samym końcu historii Chrisa, zapewne skojarzą ich z postaciami będącymi głównymi bohaterami dwójki. Sean i Daniel Diaz są braćmi, którzy w wyniku tragicznego wypadku, zmuszeni są do ucieczki z domu, a my towarzyszyć będziemy im w wędrówce przez malownicze drogi i lasy stanu Waszyngton. Kierować będziemy poczynaniami starszego z braci – Seana, na którym spoczywa odpowiedzialność za dziewięcioletniego Daniela, który nie do końca rozumie, co się dzieje, a jednocześnie coraz bardziej manifestuje się w nim niezwykła moc. Pierwszy epizod, póki co, daje nam pewne pojęcie na temat tego, jak będzie wyglądała cała gra, i oczywiście już od początku studio Dontnod bezbłędnie gra na emocjach. Jako wielkiemu fanowi części pierwszej, trudno mi to ocenić obiektywnie, ale wydaje mi się, że na chwilę obecną nie jest to aż tak mocne emocjonalne uderzenie, lecz mimo tego, niełatwo jest przejść obojętnie obok wydarzeń, które spotykają braci Diaz. Jak to w Life is Strange bywa, nie zabraknie oczywiście całej masy wyborów, których musimy dokonać i które będą miały mniejszy lub większy wpływ na dalszą fabułę (przykładowo, to od nas zależy, czy zdecydujemy się ukraść coś w sklepie, co poskutkuje zmianą zachowania Daniela, biorącego przykład ze starszego brata). Po pierwszym epizodzie śmiało mogę stwierdzić, że Life is Strange 2 zapowiada się naprawdę bardzo dobrze i już nie mogę się doczekać kolejnego odcinka (którego data premiery niestety jest jeszcze nieznana).


Jakub Pożarowszczyk

Znowu jadę w tej odsłonie Ulubieńców po linii najmniejszego oporu, choć (znowu) nie do końca. Październik dla mnie był czasem nadrabiania zaległości płytowych, a październikowe premiery rzadko lądowały w moim odtwarzaczu tudzież na playliście Spotify. Ale uparłem się na początku tego cyklu, nieproszony przez nikogo, że będę tutaj opowiadał o nowościach.

Głośną premierą nie tylko w Polsce, ale i na świecie był I Loved You At Your Darkness formacji Behemoth. Nie będę ukrywał, po singlach byłem nieco sceptycznie nastawiony, szczególnie że poprzednik, fenomenalny The Satanist, podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Trochę dałem się ponieść fali heheszków, jaka przepłynęła po polskim podziemiu z powodu nowego Behemotha, i jak słuchałem pierwszy raz takiego Bartzabel, to moja reakcja była następująca: “LOL, XD, co to, k***a jest?”. Ale znając twórczość Nergala, postanowiłem dać szansę całości i z każdym przesłuchaniem heheszków było co raz mniej, a na ich miejsce nadchodziły wyrazy uznania i szacunku, jaki się należy zespołowi za muzykę, którą tworzy.

Behemoth zaskoczył i nie poszedł drogą The Satanist, tylko znowu zrobił coś, czego niekoniecznie się wszyscy spodziewali. Po pierwsze brzmieniowo oraz produkcyjnie płyta jest absolutnym majstersztykiem, nie tylko w gatunku black metal. No właśnie, ile black metalu znajdziemy w muzyce Behemotha na nowej płycie? Prawdziwki uznają, że w ogóle – zapewne. I coś w tym jest. Nergal nie zamyka się w ramach gatunku i ponownie poszukuje nowych środków wyrazu. I nie ma co ukrywać, że z tą płytą zespół wchodzi już całymi butami w mainstream, czego wyrazem jest miejsce w pierwszej dwudziestce najlepiej się sprzedających płyt w USA. Ważne, aby to robić z klasą.

Żeby było jasne, Behemoth pozostaje wierny swoim korzeniom, ale z drugiej strony niektóre kompozycje momentami brzmią wręcz… rockowo w sensie ich konstrukcji, a nie rzecz jasna brzmienia samego w sobie. Ecclesia Diabolica Catholica ma taki refren, który za nic nie chce opuścić słuchacza po odłożeniu płyty na półkę. Podobnie doskonałe pod względem czystej melodyjności są momenty ma Bartzabel czy punkowy nieco If Crucifixion Was Not Enough.

Behemoth – Wolves ov Siberia (Official Video)

Rzecz jasna na płycie są strzały, które nie spowodują, że tradycjonaliści zaczną palić płyty Behemotha niczy kościoły w Norwegii swego czasu. Dowody, że zespół potrafi przywalić, można znaleźć chociażby w ekstremalnym, ale i… chwytliwym Wolves ov Siberia czy Rom 5:8. Nie ma chyba jednak co liczyć na to, że Nergal wróci do grania z czasów Lasów Pomorza albo chociażby Satanici.

Najlepsze jednak w I Loved You At Your Darkness jest to, że z każdym przesłuchaniem odkrywam w niej coś nowego, jakiś brzmieniowy smaczek, riff, motyw. Nie jest to najlepsza płyta Nergala i spółki w karierze, ale jest to dowód, że Behemoth będzie mieć jeszcze wiele do powiedzenia w przyszłości.


Marla Magdalena

Październik niestety nie obdarował mnie zbyt dużą ilością wolnego czasu, a ten, który miałam, musiałam uczciwie dzielić pomiędzy trzy seriale: Kidding, American Horror Story: Apokalipsa oraz odrobinę Chilling Adventures of Sabrina. Jeżeli chodzi o pierwszy z nich to muszę powiedzieć, że wyczekiwany przez wielu serial z Jimem Careyem nie spodobał mi się od razu. Historia wydawała mi się taka… niepoukładana. Sama już momentami nie wiedziałam, co jest w nim groteską, a co poważnie podejmowaną kwestią. Zwłaszcza że sama fabuła to dość trudny temat – Jim Carey występuje w roli Pana Picklesa, prowadzącego program przeznaczony dla najmłodszych. Poznajemy go w momencie, kiedy w nieszczęśliwym wypadku ginie jego syn, a sam bohater stara się z tym uporać. Chociaż momentami znacznie bliżej jest w tych działaniach do załamania nerwowego niż postępów w żałobie. Przyznam, że chyba 5 odcinek stał się tym, który mnie przekonał do tej dziwnej konwencji. Dodatkowo prywatnie Jim Carey ma bardzo zbliżony światopogląd do mojego, przez co nie mogę oprzeć się wyszukiwaniu specyficznego rodzaju symboli czy przesłanek. Myślę, że mam rację co do tego, jak serial się rozwinie, ale nie chcę o tym mówić zawczasu.

Drugim serialem, który skradł na dobrą moją uwagę, jest najnowszy sezon American Horror Story: Apokalipsa. Seria opowieści grozy, która w tym roku ma już 8. odsłonę, jest moją ulubioną, jeżeli chodzi o straszące seriale, a ten sezon jest ogromnym ukłonem w stronę wiernych fanów (to o mnie!, to o mnie!). Mamy tutaj do czynienia z bohaterami i miejscami, które fani doskonale znają, wiele rzeczy układa się w arcyciekawe założenia, a dodatkowo wizualnie wszystko trzyma świetny poziom. Dużym zaskoczeniem jest Cody Fern – jego prezencja doskonale nadaje się do postaci Antychrysta, w którą wcielił się naprawdę imponująco widowiskowo!

Ostatnim serialem, który w zasadzie porzuciłam po kilku odcinkach, jest Chilling Adventures of Sabrina. Bardzo byłam ciekawa tej produkcji, bo jako dziecko uwielbiałam Sabrinę i chciałam być prawdziwą czarownicą! No i nagle dostaję niezwykle mroczną produkcję. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, ale niektóre sceny były bliskie doprowadzenia mnie do wręcz oburzenia! Satanistyczne przesłania, bardzo ostro przygotowana symbolika, mamy też dość mocne sceny, które na pewno nie nadają się na emisję o 11 rano w niedzielę (jak miało to miejsce z poprzednią wersją serialu). Mam świadomość, że Sabrina z 2018 to dość wierna adaptacja komiksu, ale jakoś bliżej było mi do roześmianej i wesołej Sabriny sprzed lat. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że wizualnie serial wygląda uroczo. Kolorystyka, wnętrza, kadry… Zobaczymy, może jeszcze w listopadzie nadrobię porzucone odcinki i sprawdzę, czy było warto zabrać się za nie ponownie. Póki co Chilling Adventures of Sabrina nie jest może rozczarowaniem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale niekomfortowym zaskoczeniem już na pewno.


Iwona Mózgowiec

Moim małym, słodkim ulubieńcem października bezkonkurencyjnie stała się pozycja Wydawnictwa Agora – Pypcie na języku. Co Michał Rusinek wyczynia w tej książce, przechodzi ludzkie pojęcie. Ten elegancki, kurtuazyjny tropiciel językowych lapsusów serwuje czytelnikowi pokaźną dawkę radości – od wewnętrznego zadowolenia, przez cichutki chichot i nagłe parsknięcia, aż po wybuchy niedającego się pohamować śmiechu. Polecam wypróbować w środkach komunikacji publicznej.

Zbiór uroczych felietonów ma oczywiście inne funkcje poza rozrywkowymi. Autorowi dziękuję, że tak skutecznie połączył przyjemne z pożytecznym i w zupełnie nieinwazyjny sposób uczula na meandry i zasadzki języka polskiego. Jak sam pisze, świadomość języka to sprawa nieoczywista. Wszak język to dla większości z użytkowników jedynie środek do celu w procesie komunikacji. A  koncentrując się na tym celu, bardzo rzadko pochylamy się nad samym narzędziem komunikacyjnym.

Świadomość języka aktywuje się najczęściej właśnie dzięki pypciom, czyli rysom, błędom i odstępstwom od reguły. A muszę przyznać, że zauważone i zgromadzone w tej książce pypcie na języku w większości są profesjonalnie wytropione, bezbłędnie zdiagnozowane i odpowiednio nazwane. I oczywiście bezwzględnie opatrzone błyskotliwą puentą, a jakże. Podzielono je na pypcie: z życia (autora) wzięte, kulturalne, historyczne i nostalgiczne, współczesne, wirtualne i komórkowe, kulinarne, zapożyczone, językoznawcze oraz obywatelskie. Ogółem 205 stron rozkoszy językowej.

Zbiór tych felietonów okazał się wspaniałym remedium na jesienną chandrę. Zapewne będzie równie wspaniałym remedium na zimowe smutki. Dodam na koniec, że w książce znajduje się pypeć z mojej rodzinnej miejscowości i muszę pogratulować samej sobie, że wytropiłam i obśmiałam go pierwsza. Oczywiście nic Wam nie zdradzę, przeczytajcie sami.


Paulina Leszczyńska

Październik to czas powrotów do obowiązków i powakacyjnych rozczarowań. Wśród całej gamy niepowodzeń, znalazłam jednak małą perełkę, która na jakiś czas napełniła mnie nadzieją na odkrycie kolejnych, godnych uwagi, jesiennych propozycji. Zaszczytny tytuł mojego prywatnego ulubieńca października padł na Venoma. Nie, nie jest to pozycja, na punkcie której kompletnie oszalałam (co niejednokrotnie się zdarzało) i nie jest to też przyprawiający o palpitacje serca blockbuster na miarę Avengersów. Film Rubena Fleischera jest jednak kawałkiem bardzo dobrego kina akcji. Nie zabraknie nam w Venomie żartów sytuacyjnych, scen pościgów i porywających walk. Głównego bohatera, granego przez jakże uwielbianego przeze mnie Toma Hardy’ego, po prostu nie da się nie lubić. Eddie to człowiek oddany swojej narzeczonej i pracy. O ile jednak pierwsza odwzajemnia jego uczucia, o tyle zaangażowanie wobec drugiej doprowadzi do nietypowych wydarzeń, dzięki którym otrzymamy możliwość poznania Venoma i jego relacji z niewinnym dotychczas Eddiem.

Żaden z zapalonych fanów komiksowych ekranizacji raczej nie zachwyci się Venomem. Docenić jednak warto oryginalną koncepcję i niekonwencjonalne podejście do tematu. Ostatecznie bowiem okazuje się, że nie wszystko jest czarne lub białe, a końcówka, okraszona rapowymi zdolnościami Eminema, daje nam bardzo realne nadzieje na kontynuację perypetii tytułowego symbionta.


Martyna Michalska

W przedostatnim tygodniu października wróciłam do Life is Strange. Zostało mi niewiele, bo zaledwie parę ostatnich zadań, na których wcześniej się zacięłam, ale tym razem udało mi się je wykonać bez problemu. No i po skończeniu było mi jakoś tak smutno, bo klimat Life is Strange jest absolutnie wyjątkowy. Słodko melancholijny, angażujący gracza bez reszty. Nie chcąc jeszcze żegnać się z tym klimatem i, przede wszystkim, z bohaterkami opowieści (a właściwie z jedną z nich) zaczęłam prequel tej rewelacyjnej historii, czyli Before The Storm. I o ile zaczynając grę, miałam obawę, że ta opowieść będzie dużo lżejsza i nie dorówna poziomem do Life is Strange, tak kończąc, czułam się, jakby ktoś dosłownie rozszarpał mi serce na kawałki. Może nie tyle ze względu na pewną tajemnicę, do której rozwiązania dochodzimy w miarę rozwoju fabuły i chodzenia znanymi ścieżkami w Arcadia Bay, a bardziej na to, że mając w pamięci wydarzenia z podstawki, obserwowanie rozwoju relacji Chloe Price i Rachel Amber i coraz większa sympatia, jaką zaczęłam darzyć dziewczyny, spowodowały, że cała historia była dla mnie niemal bolesna i naprawdę mocno mną trzepnęła. Przez ładnych parę dni po zakończeniu Before the Storm, trudno mi było dojść do siebie i myślami cały czas byłam w tym świecie. Mimo (a może właśnie dzięki) dawce tak dużych emocji towarzyszących mi podczas gry i długo po niej, bardzo nie chciałam wychodzić z tego świata, więc jako jego namiastkę traktowałam ścieżkę dźwiękową, która jest po prostu doskonała (link do niej znajdziecie TUTAJ) i idealnie buduje klimat opowieści. Do tej pory, kiedy myślę o tym tytule, nie mogę się pogodzić z tym, co się stało w pierwszej części. To świadczy o, śmiało mogę to napisać, geniuszu twórców, którzy byli w stanie stworzyć historię angażującą gracza bez reszty i skonstruować bohaterki z krwi i kości, tak, że stały mi się bardzo bliskie. Przykro mi, że to już koniec tej historii. Na zawsze jednak Life is Strange (piszę ogólnie o pierwszej części i prequelu) będzie miało specjalne miejsce w moim sercu.


Sylwia Sekret

Jakoś nic mnie wyjątkowo w minionym miesiącu nie porwało – ani ksiażka, ani film (owszem, Utoya, 22 lipca zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale to dla mnie zbyt mocna i podejmująca zbyt trudny temat produkcja, by mówić o niej w Ulubieńcach), ani gra, ani żaden utwór muzyczny, a już tym bardziej cały album. Fakt też, że niemal nie zapoznawałam się z niczym nowym. I szczerze mówiąc, już byłam niemal pewna, że pierwszy raz będę musiała zrezygnować z udziału w październikowej odsłonie tego Cyklu, kiedy przypomniałam sobie, że jest przecież coś, co już od dawna jest moim ulubieńcem, a o czym jakoś nigdy nie było okazji wspomnieć. I również w październiku owo coś towarzyszyło mi tak samo dzielnie i wytrwale, jak i często. Mówię tu o czymś, co chyba jeszcze nie pojawiło się w ulubieńcach. Nie jest to żadna powieść czy zbiór opowiadań; nie jest to dzieło filmowe ani serial; nie mam na myśli wystawy sztuki czy konkretnej muzyki; to nie jest również wydarzenie kulturalne. Na mojego październikowego ulubieńca wyznaczam natomiast pewien kanał na YouTube. Kanał, który towarzyszy mi od dłuższego czasu niemal codziennie – kiedy rano wykonuję makijaż, kiedy gotuję, czasami kiedy sprzątam, a także kiedy nie mogę zasnąć.

Stanowo to kanał prowadzony przez Jaśmin, Polkę mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. I choć Jaśmin opowiada na swoim kanale o wielu rzeczach, w tym właśnie o życiu w Stanach – zresztą w sposób bardzo ciekawy i zabawny – ja trafiłam na niego przez serię Kryminalne i to właśnie ją sobie ukochałam i pozostałam jej wierna. Na ten moment obawiam się, że obejrzałam już wszystko, co było do obejrzenia, i z niecierpliwością czekam na nowe filmy. Tymczasem odpalam sobie te z innej serii i również sprawują się świetnie. Nie ukrywam jednak, że Kryminalne to właśnie tematyka, która mnie zainteresowała najbardziej. To, co odróżnia kanał Stanowo od innych, które przedstawiają różne kryminalne historie, to przede wszystkim długość odcinków. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam, kiedy takie historie trwają i trwają, a im więcej szczegółów jest podanych, tym lepiej. Tymczasem większość kanałów oferuje krótkie filmiki, sucho przedstawiające fakty i teorie. Jaśmin natomiast to pod tym względem pewien ewenement – nie dość że jej odcinki potrafią trwać nawet po 2 godziny (idealne, kiedy robimy jakąś czasochłonną potrawę lub bierzemy się za porządki w szafie!), to w dodatku – nie owijając w bawełnę – ta kobieta to ma gadane! W pozytywnym tego wyrażenia znaczeniu, rzecz jasna ;). Uwielbiam jej sposób przedstawiania historii, uwielbiam jej poczucie humoru, jej cięty język… jej swobodę w opowiadaniu.

Sprawa Dzieci z Kurim – Kryminalnie #34

Kryminalne to nie tylko fakty, daty i nazwiska – to prawdziwi ludzie, prawdziwe tragedie i zagadki. Jaśmin tworzy wokół nich zajmująca historię z najprawdziwszą fabułą, a jej opowieści (nawet jeśli sama historia nie jest wybitnie ciekawa) wciągają jak cholera! Ta dziewczyna ma po prostu dar do opowiadania. W dodatku, co ważne, nie jąka się, nie zacina, ma przyjemny w odbiorze głos, mówi płynnie, czuć, że opowiada, a nie czyta z kartki. Do tego uwielbiam to, jak kończy te “mroczne opowieści”, mówiąc: “Mam nadzieję, że Wam się podobało… O ile takie historie mogą się podobać” – co jest również wyrazem szacunku do ludzi, o których opowiada (mam na myśli fiary, nie oprawców). Od pierwszego filmiku zostałam fanką zarówno samej Jaśmin, jak i kanału Stanowo. Jeśli interesuje Was tematyka Stanów Zjednoczonych i życia tam, a przede wszystkim – jeśli lubicie słuchać kryminalnych historii – koniecznie zajrzyjcie na ten kanał, jeśli go nie znacie. Nie radzę jednak odpalać niektórych filmików w nocy. Są takie, które potrafią przestraszyć.


Fot.: Aurora Films, Sony,Dontnod Entertainment, Square Enix, Mystic, Netflix, Wydawnictwo Agora, Sony Pictures, Square Enix, Uniwersal Music Polska, YouTube/Stanowo.com