Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: Październik 2019

październik
październik

Stało się. Czy przyjmujemy to do wiadomości, czy uparcie wierzymy, że to wcale nie miało miejsca – Październik minął… W dodatku jak z przysłowiowego bicza strzelił. Nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tą myślą i w kulturalnym stylu zmierzyć się z listopadem, w którym już zaczyna się świąteczna gorączka. Porzućmy jednak ogołocone z liści drzewa, porzućmy coraz niższe – mimo wciąż zaskakująco ciepłej jesieni – temperatury, porzućmy przedwczesne świąteczne dekoracje i zestawy prezentowe i jeszcze na chwilę skupmy się na minionym miesiącu. Październik to taki typowo jesienny miesiąc, w którym festiwale muzyczne odchodzą do lamusa, zastąpione tymi filmowymi, podczas których spragnieni kultury ludzie mogą zaszyć się w klimatyzowanych salach kinowych, a plenerowe eskapady coraz częściej zastępujemy ciepłym napojem, ulubionym kocem i lekturą książki lub maratonem na Netflixie. Na szczęście bez względu na pogodę zawsze znajdą się takie tytuły, które w danym miesiącu nas porwały i o których chcemy Wam opowiedzieć. W tym miesiącu królowały u nas filmy, muzyka, literatura, ale znalazło się także miejsce dla podcastu i gry. Cieplutko Was pozdrawiamy, Drodzy Czytelnicy, i równie gorąco zachęcamy do lektury tekstu o naszych ulubionych dziełach minionego miesiąca. Gwarantujemy, że znajdziecie tu coś dla siebie i może odkryjecie coś zaskakującego godnego uwagi.  


Mateusz Cyra

Odkąd zapoznałem się z serią Life is Strange i rewelacyjnymi soundtrackami do tego uniwersum gier – nieustannie poszukuję piosenek, które mogłyby się wpisać klimatem do przygód Max Caufield, Chloe Price, Rachel Amber oraz Seana i Daniela Diaz. Dlatego z miejsca pokochałem omawiany właśnie album, który w całości wpasowuje się w stylistykę utworów dobranych do tych gier. Dla formalności jednak: Moim ulubieńcem miesiąca jest debiutancka płyta, będąca jednocześnie nazwą zespołu – Better Oblivion Community Center. Phoebe Bridgers i Conor Oberst to duet i debiut niezwykły. Ona – dwudziestopięciolatka z Kaliforni, która ma na swoim koncie bardzo dobrze przyjętą płytę. On – dobija do czterdziestki, pochodzi z Nebraski, założył zespół Bright Eyes, ma na swoim koncie cztery solowe albumy, jest właścicielem dwóch wytwórni: Saddle Creek Records i Team Love Records. Także nie ma tu nawet mowy o muzycznych świeżakach – ci artyści doskonale wiedzą, co robią, i są specami od muzyki indie folkowej.  Conor Oberst pracował z Phoebe Bridgers przy jej krążku Stranger in the Alps (2017). Między nimi coś zaiskrzyło i przez niemal cały 2018 rok pracowali nad nową muzyką. Nigdy nie planowali wydać płyty, jednak tworzyło im się tak dobrze, że zebrany materiał z powodzeniem wystarczył na długogrający album. Od razu powiem, że ta płyta jest kompletnym zaprzeczeniem mainstreamowej muzyki. To nie jest tego typu materiał, tu nigdy nie było sztabu marketingowców, chwytliwej kontrowersji, a żaden z artystów nie ma statusu megagwiazdy. Gdybyście jednak zapytali mnie, dlaczego Better Oblivion Community Center jest wczesnym pretendentem do albumu roku, z łatwością podałbym więcej niż jeden ważny powód. Nie ma na płycie wielkiego hitu, który doprowadziłby Conora Obersta lub Phoebe Bridgers na szczyt list przebojów,  muzyka utrzymana jest w stonowanej, momentami wręcz surowej, ale głównie czystej akustycznie stylistyce folkowej, nie ma tu żadnych fajerwerków ani wychodzenia poza ramy gatunku. Ale za każdym razem, gdy słucham tej płyty, chcę od razu zacząć ponownie jej słuchać i to jest powód, dla którego uważam, że Better Oblivion Community Center jest lepszy niż większość innych płyt, jakich słuchałem w tym roku. Nie mogę wyjść z podziwu, jak świetnie współgrają ze sobą Bridgers i Oberst – w każdej piosence słyszymy, że te głosy są doskonale ze sobą splecione, harmonizują ze sobą w smutnym, melancholijnym, pełnym zadumy, ludzkim i przede wszystkim niezwykle celnym spojrzeniu na otaczającą codzienność. Już otwierający utwór, I Didn’t Know What I Was in For, zawiera w sobie tak przyziemny, ale mrocznie trafny fragment, w którym Bridgers śpiewa tęsknie przez gitarę akustyczną:

Aby zasnąć, potrzebuję białego szumu, aby mnie rozproszyć

w przeciwnym razie muszę słuchać, jak myślę…

chwilę później Oberst dołączy i razem zaśpiewają:

Usiądź na kanapie i pomyśl o tym, jak życie jest tylko obietnicą, którą złożyłem.

A prawda jest taka, że to dopiero początek lirycznej magii, którą zawarli w swoim superduecie Better Oblivion Community Center.


Małgosia Kilijanek

W październiku przypomniał mi o sobie (za pomocą portalu streamingowego) zespół, którego dawno nie słyszałam – Bang Gang. Ten islandzki projekt specjalizuje się w brzmieniach downtempo, shoegaze’owych, elektronicznych i trip hopowych, a założony został w Reykjavíku w 1996 roku. W Ulubieńcach pragnę umieścić dwa albumy: Ghosts from the Past z 2008 roku, na którym zagościli Keren Ann i Anthony Gonzales, oraz The Wolves Are Whispering wydanego w 2015, wyjątkowo intrygującego mieszanką skrajnych emocji, idealnego dla przestrzeni filmowych. Pod nazwą Bang Gang kryje się ekscentryczny artysta, Bardi Johannson, który swoją twórczością uwielbia zaskakiwać, a jego mroczne, melodyjne dźwięki trudno umieścić w jakiejkolwiek muzycznej szufladce, o czym przekonać możecie się, klikając „play”.

 

Odkryciem, które zagościło na długo na mojej playliście, okazał się singiel Kaśki Sochackiej Wiśnia, którego premiera nastąpiła 26 października. Kaśka – jak wyczytać można z jej facebook’owego fanpage’a – to drobna blondynka z twardym kręgosłupem i niskim, zachrypniętym głosem, a jej muzyka to alternatywny pop folk. Za muzykę w utworze odpowiada artystka, a tekst współtworzyła z nią Agata Trafalska (znana między innymi z pisania utworów dla Korteza), natomiast przyjemny, jesienny kolejowy teledysk został nakręcony na trasie Wałbrzych-Kłodzko.

Podobno kiedyś codziennością

będą trąby powietrzne.

Październik miesza ze sobą

zimę lata równocześnie.

A ja tęsknię

Kaśka Sochacka - Wiśnia


Klaudia Rudzka 

Październik to miesiąc bogaty w premiery filmowe. Do kin wszedł głośny Joker, Czarownica 2, Zombieland: Kulki w łeb czy Portret kobiety w ogniu. Powoli zaznajamiamy się typowanymi kandydatami do Oscarów, a miejsca muzycznym festiwalom ustępują jesienne wydarzenia filmowe – takie, jak chociażby Tofifest, American Film Festiwal, Pięć Smaków czy Camerimage. Jeśli miałabym wybrać najlepszy film, którego polska premiera odbyła się w październiku to, mimo licznych, obiecujących produkcji zagranicznych, pierwsze miejsce zajmuje nowe dzieło Jana Komasy – Boże Ciało. Dlaczego zaliczam ten film do ulubieńców miesiąca? Między innymi dlatego, że tworząc Boże Ciało, Jan Komasa wykazał się dojrzałością, wyczuciem i ogromnym talentem reżyserskim, do którego nie do końca byłam przekonana po seansie Sali Samobójców. Nowa historia reżysera została doceniona na całym świecie: film Komasy powalczy w wyścigu o Oscara spośród 93 pozycji międzynarodowych, został sprzedany do prawie 40 krajów i będą mogli go obejrzeć widzowie między innymi we Francji, Stanach Zjednoczonych czy Australii. Historia cieszy się zainteresowaniem do tego stopnia, że w Stanach Zjednoczonych ma powstać serialowy remake polskiego filmu. Nic dziwnego, Boże Ciało to bowiem film, który przy jednoczesnym ukazaniu polskiej prowincji zachowuje uniwersalność. Komasa w znakomity i bardzo trafny sposób opowiada o miłości, religii, winie, odkupieniu. To  historia, która niesie ze sobą powiew świeżości do filmów mówiących o tematyce kościelnej i religijnej, których ostatnimi czasy mamy swoisty wysyp. Siła naszej rodzimej produkcji prócz wspomnianej wielowymiarowości tkwi również w zdjęciach Piotra Sobocińskiego jr. oraz w przedstawieniu ludzkich emocji za pośrednictwem znakomitego Bartosza Bieleni. To aktor, który z pewnością może spodziewać się zagranicznych kontraktów, powtarzając w pewnym sensie ścieżkę Jakuba Gierszała, do którego również Jan Komasa miał oko 😊. Boże Ciało to pozycja, której z całych sił kibicuję w wyścigu o oscarowe zwycięstwo – to po prostu trzeba obejrzeć.


ghosteen pożar październik Jakub Pożarowszczyk

Australijski pieśniarz najwyraźniej dopiero teraz przepracował tragiczną śmierć syna. Poprzedni krążek – Skeleton Tree – był jedynie naznaczony tą niewyobrażalną stratą i dopiero na Ghosteen artysta daje pełny upust swoim emocjom, można się więc domyślić, że nie jest to lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze album. Cave na Ghosteen dosłownie wypruwa z siebie flaki, słychać oraz w każdym dźwięku czuć, że facet cierpi, że próbuje pogodzić się z tym, co się stało. Okropna geneza tego krążka nie przesłania jednak jego ogólnego, wcale nie aż tak pesymistycznego wydźwięku. Tak, Cave na Ghosteen rozlicza się ze śmiercią, stara odnaleźć spokój ducha i go w końcu znajduje, sądząc po ostatnich wersach kończącego album Hollywood.

Muzycznie jest to album ascetyczny, oszczędny, produkcyjnie surowy, bardzo ambientowy, elektroniczny z częstym, nieco trącącym myszką brzmieniem syntezatora MicroKorga. Momentami się prosi o rozwinięcie instrumentarium, o dodanie chociażby kolejnej palety klawiszowych brzmień – nic z tego. Jedno jest za to pewne – rocka tutaj nie uświadczymy. Na Ghosteen dużo jest ciszy, przestrzeni pomiędzy nutami. Kompozycje są proste, nieskomplikowane, momentami wręcz schematyczne, szczególnie te na pierwszej płycie. Gdzieniegdzie rażą licealne rymy, na pewno Cave lirycznie nie jest w najlepszej formie. Z drugiej strony jest to absolutnie nieistotne. To album Cave’a, nagrany dla samego siebie, z jego wewnętrznej potrzeby. Artysta dzieli się z fanami swoim stanem ducha, co na pewno spowodowało u niektórych zaskoczenie i skonfundowanie, ponieważ natężenie emocji: bólu i rozpaczy jest tak wielkie, że – co tu dużo mówić – aż trudne do wytrzymania. Mnie osobiście rozbroiło przytoczenie buddyjskiej przypowieści o Kisagotami w kończącym płytę Hollywood. Falset Cave’a dosłownie łamie serce. Przyznam się szczerze, że nie spodziewałem się takiego albumu. Po pierwszym jego odsłuchu dosłownie nie miałem na nic ochoty, jakby uszło ze mnie życie. Dawno, naprawdę dawno nie wstrząsnęła mną aż tak żadna muzyka. 

Należy dać szansę tej płycie. Na pewno nie jest to najlepszy album Cave’a. Na pewno jest za to najpiękniejszy.


Anna Sroka-Czyżewska 

Październik niby ciepły i słoneczny, ale upłynął mi z lekturami raczej mrocznymi i raczej dość przygnębiającymi. Mimo wszystko nie spodziewałam się takiego ładunku emocji w powieści Shobha Rao One płoną jaśniej.

Indie są takim krajem, gdzie rozwój gospodarki jest bardzo dynamiczny, ale niestety podział społeczeństwa bardzo drastyczny. I jest to świat, w którym bollywoodzkie filmy kuszą nas kolorem, taneczną muzyką i bajkowymi historiami, gdzie dobro zwycięża, a podział klasowy na końcu nie ma znaczenia. Kłóci się to z rzeczywistością, która dla wielu kobiet, szczególnie ich, jest brudna szara i naznaczona przemocą, ponieważ Indie dominują w światowych statystykach pod punktem – przemoc seksualna wobec kobiet.

Dwie dziewczyny z małej indyjskiej wioski, Purnima i Sawitha, toczą życie zgodne z ich statusem społecznym, w którym nie ma miejsca na zmianę swojej pozycji, w którym nie ma miejsca na edukację, na możność decydowania o sobie w jakimkolwiek aspekcie – obie są z góry skazane na swój los. Dziewczyny połączy tragedia i wielka przyjaźń, która nie pozwoli im poddać się i zboczyć z niełatwej drogi, jaką los dla nich przeznaczył.

Głośno mówi się o prawach kobiet, o prawach człowieka, jednak tam, gdzie taka debata jest konieczna, górują zakorzenione głęboko przekonania i zatwardziały patriarchat. Świadomość okropnych zbrodni dokonywanych codziennie na setkach niewinnych kobiet i dziewcząt nie daje spokoju. Tematy takie jak niewolnictwo, handel ludźmi, przemoc seksualna, gwałty i okaleczenia to tematy poruszane przez autorkę wprost i boleśnie dla czytelnika. Opisy są dość drastyczne, ale realne i dosadne. Powieść trafia bezpośrednio do czytelnika, a pewnych scen i obrazów nie sposób wymazać z pamięci. Jest to opowieść o cierpieniu, o niewysłowionym cierpieniu, ale także o iskierce nadziei, która tli się głęboko i bardzo jasno w sercach bohaterek.


Wiktoria Ziegler

Myślę, że każdy miesiąc jest dobry, by pomyśleć o ekologii. By pomyśleć o tym, co możemy zrobić, by zadbać o naszą planetę. By zrobić to świadomie i mądrze. Więc dlaczego nie posłuchać by świetnego podcastu na ten temat? Mam dla Was dwie wspaniałe kobiety – Karoliną Sobańską oraz Kasię Wągrowską, autorkę książki Życie zero waste. Karolina to blogerka, która nagrywa podcasty o zdrowiu, ekologii i świadomym życiu. Kasię „poznałam” trochę wcześniej, obserwując ją na Instagramie. Bardzo mądrze, ale też z pewnym luzem, opowiada o recyklingu i ogólnie o ekologicznych wyborach. Jak sama bardzo trafnie to ujęła – pisze o #zerowaste bez spiny. W podcaście Karoliny Kasia w skrócie opowiada, na czym polega zero waste, jak powstało i jak stało się częścią jej życia. Co w ogóle oznacza to pojęcie? Życie bez żadnych odpadów? Czy takie życie jest w ogóle możliwe? Zero waste to taki styl życia, w którym rzeczywiście skupiamy się na tym, żeby nie generować zbyt dużej ilości śmieci czy odpadów, ale również, by nie marnotrawić – tłumaczy Kasia. Nie chodzi więc jedynie o ograniczanie, ale też nietrwonienie i niemarnotrawienie. Autorka książki Życie zero waste wskazuje również na bardzo ciekawe zjawisko – gadżeciarstwo ekologicznych akcesoriów. Przecież wszyscy chcemy być eko, więc gromadzimy bidony, pudełka i wpadamy w niezdrową pętlę konsumpcjonizmu. Kiedy coś się zepsuje, lubimy kupować nową rzecz. Bo tak jest szybciej i prościej. Gdyby zepsuł Wam się czajnik, kupilibyście nowy czy szukalibyście kogoś, kto go naprawi? Wiadomo, że szybciej i wygodniej jest wybrać pierwszą opcję. Dziewczyny zachęcają nas jednak, by wybrać czasem trudniejsze rozwiązanie, ale nadać rzeczy drugie życie, co może okazać się nawet tańsze! Nie mogę nie wspomnieć o słynnych pięciu „R”, fundamentach życia zero waste –  refuse (odmawiaj), reduce (ograniczaj), reuse (używaj ponownie), recycle (segreguj i przetwarzaj), rot (kompostuj), czasem dodaje się również kolejne „R”, czyli repair (naprawiaj). Kurczę, usłyszycie tyle ciekawostek, rzetelnej wiedzy i po prostu przyjemnej rozmowy. Posłuchajcie koniecznie Karoliny i Kasi! To będzie miło i pożytecznie spędzona godzina, a Wy oprócz zrobienia czegoś dla planety, zrobicie również coś dla siebie – uświadomicie i doedukujecie się, a tego nigdy za mało. Idźcie i słuchajcie!


Magda Przepiórka

październik=przepiórka 19Jesienne październikowe wichry płochliwe przywiały w moją stronę głównie odkrycia z kategorii muzycznej. Jeden zespół, dwie solowe wokalistki – cała trójka reprezentuje swoją twórczością polską muzykę niezależną. Od paru lat zresztą rodzime brzmienia zachęcają do przebywania pośród nich, a przede wszystkim są w stanie zatrzymać mnie w tej strefie na dłużej. Dużo nowego w polskiej muzyce się dzieje – debiuty, powiewy świeżości, romanse międzygatunkowe, mieszanie przeszłości ze współczesnością; to wszystko daje nadzieję na progresywny rozrost jakościowej twórczości polskich artystów. Mnie w październiku szczególnie urzekła sanah i wykreowana przez nią EP-ka ja na imię niewidzialna mam.  To młoda, zaledwie 22-letnia debiutantka, której kompozycje wyróżniają się tekstami opartymi na prostocie, ale i przesiąknięte są fascynującą młodzieńczą autentycznością oraz taką niepokornością, zadziornością. Pierwsza EP-ka sanah przesłuchana przeze mnie niezliczoną ilość już razy, wciąż pozostaje w mojej głowie, prawdopodobnie zagnieżdżając się w niej na stałe. I taki obrót sprawy wcale a wcale mi nie przeszkadza. Oby zapowiadana na wiosnę 2020 płyta sanah była przedłużeniem tego, co dziewczyna zaprezentowała na ja na imię niewidzialna mam. Nie obrażę się jednak, jeśli znajdą się na niej nieutożsamiane dotąd z artystką aranżacje.

Ofelia – może nie jest to do końca odkrycie tego miesiąca, gdyż już wcześniej z twórczością Igi Krefft – wokalistki kryjącej się pod tymże scenicznym pseudonimem – miałam okazję się zaznajomić, ale to właśnie w październiku zauroczyłam się w pełni twórczością Ofelii. W „ofeliowych” dźwiękach współczesny wrażliwy pop miesza się z chwytliwym elektronicznym beatem. Wypuszczone przez Ofelię kawałki są raz rytmiczne, dynamiczne, raz bardziej subtelne, a przy tym zachowują oryginalną strukturę. Widać, że artystka czerpie inspiracje ze współczesnej muzyki, jednocześnie czuć też, że to wszystko jest „jej”. Iga ma na siebie pomysł i z uporem go realizuje (przeczytałam gdzieś, nie pamiętam już gdzie, wypowiedź kogoś, kto określił Ofelię jako nadzieję na damską wersję Dawida Podsiadły; coś w tym tkwić może i ciekawa jestem, w jakim kierunku Ofelia dalej brzmieniowo pożegluje). Dotychczas najbardziej przewałkowaną przez mnie słuchowo piosenką wokalistki jest Zaraz. Stanowi przykład kawałka, z którym można zostać na zawsze. Słuchany o każdej porze, w każdym możliwym nastroju, stanie emocjonalnym – mnie nieustannie pobudza, nastraja pozytywnie i wywołuje muzyczną radość. Przyznam się, że w przypadku Zaraz za każdym jego przesłuchaniem szczerzę się do siebie i innych, jak człek po solidnej dawce sprawdzonego muzycznego narkotyku, co według mnie jest najlepszą z możliwych rekomendacji. A debiutancki album Ofelii już w listopadzie!

Ofelia - Zaraz [Official Lyric Video]

Zimnv –  grupa muzyczna, którą tworzy trzech charyzmatycznych chłopaków (Kuba Zimny – od którego nazwiska zaczerpnięta została nazwa zespołu – Marcin Godek i Mat Tomasik). 17 maja tego roku ukazał się ich debiutancki krążek Ślady czereśni. Na płycie znajdziemy 10 kompozycji gatunkowo plasujących się na obszarze subtelnego indie popu przesyconego słowami mówiącymi o tym, co było. O dojrzewaniu, „stawaniu się”, odkrywaniu, poznawaniu. Kompozytorskie powroty do przeszłości cechują się melancholijnym, takim rodzinnym i ciepłym wydźwiękiem, z jakim kojarzy mi się każde dziecięce, a potem nastoletnie lato. Czar, urok, intymność utworów pozwalają na szybkie wniknięcie w świat grupy, bo poniekąd jest to świat każdego z nas. Dziecięce zmagania z rzeczywistością, ale i rozbuchaną wyobraźnią, szalejące hormony, tęsknota za rodzinnymi przestrzeniami, miejscem, w którym się dorastało, ale i z którego w końcu się wyrosło, a jednocześnie przeplatająca to wszystko specyficzna, niezmiernie pozytywna barwa głosu wokalisty – Kuba Zimny odpowiada również za teksty znajdujące się na płycie. Przesłuchując Ślady czereśni, momentalnie przenoszę się do dziecięcych przepychanek, wojaży, pierwszych miłości; w twarz uderza mnie intensywnie powiew beztroskiego lata, w ustach czuję smak jedynych w swoim rodzaju, bo nieustraszenie podkradzionych z domowego ogródka, przesyconych płomienną czerwienią czereśni, i jestem ukontentowana. Bo kto by nie chciał raz na jakiś czas, ot tak, jedynie za pomocą muzyki, przenieść się do czasów minionych, nieznacznie już zamglonych.

Na koszulkach bród i ślady czereśni

Na kolanach strupy na twarzach szczęście

Bierz ile się da ile się zmieści

Wsadź do kieszeni troszeczkę wrześni

Cofnij czas

Wróćmy do wrześni

Słońca żar

I ślady czereśni

Zimnv - Ślady Czereśni (audio)


październik sekret 19Sylwia Sekret

Nie wiem, czy bardziej na miano ulubieńca października zasługuje u mnie piąta odsłona serialu Brooklyn Nine-Nine, czy fakt, że w końcu została ona dodana na platformę Netflix. Tak bardzo nie mogłam się tego doczekać, że kiedy w końcu siadłam do oglądania… ogarnął mnie mały lęk, że się zawiodę. Że serial stracił na wszystkim, za co go pokochałam i tylko obejdę się smakiem. Ha! Nic z tego! To nadal ten sam Brooklyn, który sprawia, że śmieję się w głos, że parskam niekontrolowanym śmiechem. W tym sezonie zdarzyło mi się i popłakać ze śmiechu, i znaleźć się w sytuacji, kiedy po prostu nie potrafiłam przestać się śmiać. Żart, gag już dawno się skończył, a ja po chwili opanowania znów zaczynałam się śmiać. I kiedy wydawało się, że już zapanował spokój, patrzyliśmy na siebie z mężem i znowu oboje wybuchaliśmy śmiechem. Trochę wstyd, ale co zrobić. I choć w tym sezonie jest kilka sytuacji, które mogłyby sprawić, że twórcy popadną w przesadę, banał, tandetę i… (najgorzej) lukrowość, to na szczęście nic takiego się nie dzieje, a my możemy cieszyć się  tym, za co pokochaliśmy Brooklyn od pierwszego wejrzenia. Ja mogę. Za co ja pokochałam. I kocham. Nadal.

Właśnie takiej rozrywki trzeba mi było w październiku. Uwielbiam ten serial. Nie jest ambitny, nie jest może wybitny. Ale jest w nim właśnie ten typ humoru, który do mnie trafia najbardziej, choć wiem, że dla niektórych może być on wręcz odstręczający. Ja jednak Peraltę, Boyla, Rosę, Santiago, Terry’ego i kapitana Holta po prostu kocham. I tylko ta rozpacz, kiedy obejrzałam ostatni odcinek piątego sezonu i nagle zapanowała taka pustka… W oczekiwaniu na kolejny sezon pozostanie mi po prostu obejrzeć wszystkie sezony jeszcze raz. Od nowa. Jesień i zima to właśnie czas, kiedy trzeba sobie poprawiać humor na wszystkie możliwe i dozwolone sposoby. I wymyślać tytuły sekstaśmy swoich znajomych.


Mateusz Norek

Uwielbiam uniwersum Warhammera fantasy. Brutalne, mroczne, odarte z wszelkiej nadziei. Oparte na wiecznej i z góry skazanej na porażkę wojnie o przetrwanie. W granicach Imperium przez jedno nierozważne słowo można skończyć na inkwizytorskim stosie, ale poza murami jego twierdz czyha ogrom istot, które pragną naszej śmierci lub popchnięcia nas w objęcia obłędu i chaosu. O ile twórcy tego świata, Games Workshop, bardzo ochoczo rozdają prawa do marki twórcom gier, o tyle ich jakość często pozostawia wiele do życzenia. Od czasu do czasu na rynku pojawiają się jednak prawdziwe perełki. Rok temu w ulubieńcach  zachwycałem się strategicznym tytułem Total War: Warhammer, w tym roku natomiast z zarządzania wielkimi armiami przeniosłem się do bardziej osobistego uczestnictwa w walce z chaosem.

Warhammer: End Times – Vermintide 2 to kooperacyjna, pierwszoosobowa gra dla 4 osób, które wcielają się w jednego z pięciu dostępnych herosów, by przedzierać się przez hordy wielkich szczurów (Skavenów), żołnierzy chaosu i od niedawna również zwierzoludzi. Pierwszym skojarzeniem jest tutaj oczywiście nieśmiertelne Left 4 Dead, oparte na bardzo podobnych założeniach. Zwłaszcza że podobnie jak tam, w Vermintide 2 również kluczem do zwycięstwa jest współpraca i przede wszystkim szybkie eliminowanie specjalnych przeciwników, którzy mogą na dobre unieruchomić jednego z graczy. Graficznie dzieło studia Fatshark prezentuje się bardzo dobrze, mapy są klimatyczne i mimo korytarzowości, nie wydają się w większości klaustrofobiczne, są również utrzymane w odpowiedniej dla uniwersum palecie mroku i brudu. Walka jest niesamowicie przyjemna, mięsista i krwawa, a przy tym o wiele bardziej rozbudowana, niż wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka. Przyznam szczerze, że grę zakupiłem po długich namowach znajomego i początkowo, na niższych poziomach trudności, nie sprawiała mi aż takiej satysfakcji, zwłaszcza że opiera się na wielokrotnym powtarzaniu tych samych misji. Jednak przy poprzeczce podniesionej wyżej, Vermintide 2 wciągnął mnie totalnie i nawet porażka podczas misji nie frustruje aż tak bardzo, kiedy analizujemy, jakie błędy popełniliśmy. Każda rozgrywka wymaga skupienia, bo chwila nieuwagi może kosztować życie, jednak satysfakcja ze zwycięstwa jest wtedy również dużo większa. Ważne jest odpowiednie zbalansowanie drużyny, w czym pomaga to, że każda dostępna postać ma trzy odmienne kariery, zmieniające sposób grania. Przykładowo krasnolud może grać jako zwiadowca, nastawiony na walkę dystansową i wsparcie drużyny dodatkową amunicją i granatami, twardym ironbreakerem, używającym zazwyczaj tarczy i pełniącym w drużynie rolę tanka, lub berserkerem, który ma dostęp jedynie do broni białej, zadaje za to niesamowitą ilość obrażeń.

Gra nie jest oczywiście pozbawiona błędów, wraz z niedawnym dodatkiem Winds of Magic (a więc wtedy, kiedy dołączyłem) twórcy popsuli sporo balansowych kwestii, ale powoli wychodzą na prostą, a sezon 2. gry, która ma wystartować jeszcze w tym roku, ma przynieść dużo dobrze zapowiadających się zmian i darmowej zawartości, jestem więc optymistycznie nastawiony do przyszłości Vermintide 2 i polecam wszystkim bicie szczurów na odstresowanie się po ciężkim dniu.

Warhammer: Vermintide 2 | Gameplay Trailer

Fot.: Broda Records, Netflix, Kino Świat, Games Workshop

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *