Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: Październik 2021

pażdziernik
pażdziernik

Październik zaskoczył nas kilkoma ciepłymi dniami, ale nie pozwolił ani na moment zapomnieć o tym, że koce i ciepłe trunki to nasza oręż na najbliższe miesiące. Na szczęście bronić się przed chłodem, szarością, nudą lub smutkiem – czy po prostu przed jesienno-zimową aurą – można także przy pomocy popkultury. I jak to dobrze, że miesiąc w miesiąc jest z czego wybierać – czasami buszując po nowościach, a czasami wracając do zakurzonych już tytułów. Nasi redaktorzy rozkoszowali się w tej jesiennej atmosferze kulturą w jej przeróżnych rodzajach. Była muzyka, były książki, seriale, do których wracało się po drobnych nieporozumieniach, były również gry. Małgosia, Sylwia, Ania, Mateusz, Patryk, Klaudia, Magda i drugi Mateusz dzielą się poniżej swoimi Ulubieńcami października. Sprawdźcie, może coś i Wam wpadnie w oko? Może coś i Wam umili jakiś szary dzień albo sprawi, że ten dobry i słoneczny będzie jeszcze lepszy.

Zapraszamy do lektury!


Małgorzata Kilijanek

Październik minął mi zaskakująco szybko, a w codziennym pędzie nie zauważyłam nawet momentu, w którym liście zmieniły kolor i spadły z drzew. Wśród październikowych ulubieńców zagościły u mnie jednak tytuły, które z chęcią polecę Wam na kolejne jesienne wieczory.

Pierwsza propozycja to Bardzo Bardzo Serio, czyli miejsce spotkań i rozmów o życiu, Polsce, miłości i śmierci, i innych lekkich tematach – w sieci. To podcast dziennikarskiego duetu: Katarzyny Kasi i Grzegorza Markowskiego, który cenić (i uwielbiać) można również za czwartkowe poranki w Radiu Nowy Świat i wieczorne Szkła Kontaktowe.

Jak sami tłumaczą: Do rozmowy zapraszamy osoby, z którymi zawsze chcieliśmy spokojnie pogadać nie tylko o tym, co ważne tu i teraz, ale też wszędzie i zawsze. Zaczęliśmy nasz podkastowy projekt z dwóch powodów: ciekawości i poczucia niedosytu. Z ciekawości, bo mamy mnóstwo pytań, bo czasem czujemy się zagubieni w otaczającym nas świecie, bo nie wiemy, jak mądrze odczytywać sygnały, wysyłane do nas przez skomplikowaną rzeczywistość. Z niedosytu, bo chociaż w naszej pracy prowadzimy wiele rozmów, to są one okrojone przez antenowe wymagania i bardzo często trzeba kończyć, zanim się na dobre zaczęło.

Do tej pory wśród losujących ich pytania – mniej lub bardziej serio – znaleźli się: Mariusz Szczygieł (dzielący się interpretacją Bitwy pod Grunwaldem, która nieodwracalnie zmienia spojrzenie na obraz Matejki), Mariusz Walter (wspominający przyrzeczenie sobie samemu, że nigdy nie będzie już głodny), Małgorzata Omilanowska (punktująca problemy związane z zarządzaniem polską kulturą przez Ministerstwo Kultury oraz opowiadająca o zmaganiach z chorobą nowotworową), Andrzej Rychard (poruszający kwestie niepewnej przyszłości Polski) i Sylwia Chutnik (tłumacząca, co wiązało się z jej coming outem i apostazją, wspominająca, z czym zmaga się społeczność LGBT oraz jaka narracja przeważa w kwestii uchodźców na granicy z Białorusią). Każda z rozmów jest niezwykle wartościowa i zgodnie z założeniami autorki i autora: to, co mówią ich rozmówcy, zostaje w nas na długo. Bardzo polecam!

Wieje piaskiem od strony wojny

15 października odbyła się premiera płyty Ralpha Kamińskiego, na której znalazły się jego interpretacje ponadczasowej twórczości Kory i grupy Maanam. Piosenki nagrane w hołdzie dla artystki stanowiły wcześniej ilustrację autorskiego spektaklu Ralpha o tym samym tytule – KORA, którego premiera odbyła się w czerwcu podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Dzieło współtworzą z nim Bartek Wąsik, Michał Pepol, Wawrzyniec Topa, Paweł Izdebski i Wiktoria Bialic, a warstwa dźwiękowa zasługuje na szczególną uwagę. Na trackliście znalazły się między innymi Krakowski Spleen, Szare miraże, Kocham cię, kochanie moje czy Wieje piaskiem od strony wojny, a odsłuch płyty Ralpha zachęca również do przypomnienia sobie oryginalnych wersji. KORA nie jest kopiowaniem artystki, ale bardzo ciekawym eksperymentem muzycznym. I moim ulubieńcem miesiąca numer dwa.

Jak już wszystkiego posłuchacie, możecie sięgnąć po tom opowiadań Wydawnictwa Czarne O kotach, w którym Stefan Chwin, Olga Drenda, Piotr Paziński, Małgorzata Rejmer, Piotr Siemion i Paweł Sołtys dzielą się swoimi refleksjami na temat życia czworonogów, jak i ich roli towarzyszy ludzi. Do kociego świata zabierają czytelniczki i czytelników w charakterystyczny dla siebie sposób, z wyjątkową wrażliwością i szacunkiem wobec futrzastych przyjaciół, a ich opowieści i anegdoty znakomicie dopełnia oprawa graficzna autorstwa Gosi Herby. Choć wydanie pojawiło się na rynku w 2018 roku, to chociażby otwierająca je historia Fiona. Kot, który myślał Stefana Chwina wydaje się wyjątkowo pod względem metafor aktualna w roku 2021. Do lektury zachęcam nie tylko wielbicielki i wielbicieli kotów wszelkiej maści.


piekłoSylwia Sekret

Wraz z początkiem października premierę miała płyta zatytułowana Piekło, projekt zespołu Strachy na Lachy na czele z Krzysztofem Grabażem Grabowskim. Od lat jestem fanką zarówno ich muzyki, jak i Pidżamy Porno, dlatego wiadomość o nowym albumie przyjęłam z nieskrywanym entuzjazmem. I choć pierwsze przesłuchanie nie zakończyło się sukcesem (o czym możecie przeczytać w Wielogłosie, w którym razem z Martyną wymieniamy się dość skrajnymi opiniami o krążku), z każdym kolejnym utwory przemawiały do mnie coraz bardziej. Jednak Piekło ma w swoich kręgach jeden utwór, który już po przysłowiowej pierwszej nutce skradł moje serce i kradnie kawałek po kawałku do tej pory, z każdym przesłuchaniem jeszcze mocniej mnie w sobie rozkochując. Kiedy tylko usłyszałam pierwsze dźwięki i pierwsze słowa z kawałka Niebotyczne Niebowstąpienie, moje skojarzenie powędrowało ku Obcemu astronomowi Grzegorza Ciechowskiego, który to utwór uwielbiam, odkąd pamiętam (swoją drogą skojarzenie okazało się nad wyraz słuszne, o czym dowiedziałam się po przesłuchaniu wywiadu z Grabażem). Niebotyczne Niebowstąpienie ma dla mnie tę samą nutę piękna i jakiejś niedającej się do końca pojąć i wyrazić nostalgii, którą ma utwór Dodekafonia z płyty o tym samym tytule. Ma w sobie i niewyobrażalną miłość, i melancholię. Poczucie, że wszystko stracone, ale także siłę, która z tego wypływa. Siłę, która pokona nawet tę klęskę. Zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym utwór przemawia do mnie w stu procentach. To, że mogę słuchać go w kółko i że wciąż tak duże wywiera na mnie wrażenie, może wynikać między innymi z faktu, że został napisany tak, by nie dało się z niego wysnuć jednoznacznej historii. To my jako słuchacze mamy moc, by coś sobie dopowiedzieć, coś po swojemu zrozumieć. Słucham Niebotycznego Niebowstąpienia non stop, zapętlam i nie mam dosyć. Jeśli kiedykolwiek mi się znudzi, to będzie to wyłącznie moja wina.

STRACHY NA LACHY - Niebotyczne niebowstąpienie [OFFICIAL VIDEO]


Anna Sroka-Czyżewska 

No i październik niestety już się skończył, a wraz z nim nadzieje na ostatnie promienie jesiennego słońca. Jesień to moja ukochana pora roku, wtedy też mam najwięcej energii do czytania, nadrabiania literackich i filmowych zaległości. Nie inaczej było teraz. Spośród kilkunastu książek wybrałam tę jedną, która bez wątpienia należy do najlepszych przeczytanych, może nawet najlepszych, jakie czytałam ostatnio. Tematyka true crime, seryjny morderca, głośny i chwytliwy tytuł – Bestia obok mnie Ann Rule. Muszę przyznać, że od czasu Z zimną krwią Trumana Capote, nie czytałam lepszego reportażu z gatunku true crime (chociaż blisko było z Ostatnim Tropem Marka Bowdena, a który polecała Sylwia tutaj). Chociaż o Tedzie Bundym już wiele powiedziano, wiele napisano i nawet świetny serial dokumentalny Netflixa, Taśmy Teda Bundy’ego, nie przygotował mnie na zderzenie z tak mocnym materiałem, jaki znajduje się w reportażu Ann Rule. Reportaż pisany jest z perspektywy kobiety, która Teda znała osobiście przez wiele lat i traktowała w pewnym momencie życia jak przyjaciela. Ciekawe, co byście powiedzieli, gdyby to Wasz kolega z pracy okazał się jednym z  najbardziej poszukiwanych seryjnych morderców w historii? Ano właśnie. Ten Reportaż otwiera oczy nie tylko w sprawie morderstw, jakich dokonywał Ted Bundy, ale także pokazuje prawdę, o której mało kto być może chce pamiętać. Taka bestia naprawdę może być gdzieś obok mnie, obok nas. Bo tak naprawdę Teda nic nie wyróżniało – był młodym, przystojnym facetem, inteligentnym i czarującym, takim, z którym ofiary szły bez zastanowienia, gdy prosił je o pomoc. A potem ginęły bez śladu, jedna po drugiej, aż liczba doszła do ponad trzydziestu. O tylu wiemy. Reportaż Ann Rule obnaża dość drastyczne szczegóły spraw, bez pomijania potwornych szczegółów. Oprócz tego jest lekturą niezwykle wciągającą, a przy tym dającą wiele do myślenia. Bestia obok mnie to klasyczna już pozycja true crime, która po ponad 40 latach trafiła na polski rynek i uważam, że jest to bardzo istotna pozycja dla osób zainteresowanych tematyką kryminalną, prawdziwych zbrodni i spraw związanych z seryjnymi morderstwami.


Mateusz Cyra

Moim kompletnie nieoczekiwanym ulubieńcem października jest serial, który niegdyś bardzo ceniłem, ale który od pewnego momentu zaczął mnie nużyć, by wreszcie sprawić, że się od opowiadanej historii odbiłem. To serial, który zapoczątkował we mnie sympatię dla zombiaków w popkulturze, bo wcześniej jakoś kompletnie nie było mi z nimi po drodze. Wreszcie to produkcja, za której początkowy etap i gigantyczny sukces odpowiadał nie kto inny, jak Frank Darabont, czyli twórca nieśmiertelnych Skazanych na Shawskank czy Zielonej Mili. Wiecie już doskonale, o jakim serialu mówię, dlatego nie zamierzam dłużej nie wymieniać tego tytułu – The Walking Dead po ponad trzech, jeśli nie czterech latach przerwy, okazał się wziąć mnie z zaskoczenia i wpadłem przy tej produkcji (znowu) w tryb „jeszcze tylko jeden odcinek”. Porzuciłem ten serial na pierwszym odcinku siódmego sezonu, w momencie, gdy w spektakularny sposób na scenie pojawił się Negan i jego ukochana, spragniona krwi Lucille. Pamiętam, że ten pierwszy odcinek szarpnął mną wtedy tak bardzo, że musiałem sobie zrobić przerwę od tego serialu, co było pewnym paradoksem, bo poprzednie dwa sezony obejrzałem w zasadzie na autopilocie i trochę z przymusu, bo włożyłem w ten serial tyle czasu, że nie chciałem go przerywać w połowie. Co sprawiło, że kilka tygodni temu odpaliłem tę produkcję od momentu, w którym poprzednio zakończyłem? Pragnienie, aby wrócić do świata, który już znam, ale niegdyś go porzuciłem. Padło na rejony Atlanty w Stanach Zjednoczonych i walkę Ricka wraz z jego ludźmi w świecie po apokalipsie zombie. I powiem Wam szczerze, że wciągnąłem się bez reszty, a w moich oczach serial nabrał drugiej świeżości. Może z każdymi wielosezonowymi produkcjami trzeba tak robić, bo oglądanie ciągiem sprawia, że odczuwamy przesyt materiału, a taka przerwa sprawia, że człowiek siada do danego dzieła ze świeżym spojrzeniem. Z marszu poleciało siedem odcinków (miałem całkiem dużo wolnego czasu na to), a w ostatnich dniach już sobie „dziubię” kolejne odcinki, bo tego czasu już tyle niestety nie mam, ale wolne myśli popkulturowe uciekają mi właśnie do tego uniwersum. Ciekawi mnie tylko, czy i kiedy nadejdzie moment, że złapię kolejny przesyt lub uznam fabułę za na tyle nieinteresującą, że odpuszczę sobie zupełnie. Prawda jest jednak taka, że nie lubię marnotrawić poświęconego czasu i pewnie obejrzę ten serial do końca. Na ten moment jest to moje październikowe guilty pleasure.


Patryk Wolski

Co jakiś czas bierze mnie ochota na przetestowanie gry od niezależnego studia, bo kilka razy trafiłem na perełki, które przyjemnie wypełniły mi kilka wieczorów. W październiku postanowiłem skorzystać z ostatniej okazji na zagranie w Knights and Bikes, gdyż gra z końcem miesiąca miała zniknąć z subskrypcji Xbox Game Pass. W moim przypadku często jest to dodatkowy impuls, aby w końcu odpalić grę, która przez wiele miesięcy czeka w kolejce. I bardzo się cieszę, że to zrobiłem – debiutancka gra studia Foam Sword robi wrażenie, toteż nie dziwię się, że trafili pod skrzydła legendarnego Double Fine. W grze wcielamy się w dwie dziewczynki – Demelzę i Nessę – które odkrywają otaczającą je okolicę w poszukiwaniu legendarnego skarbu, który musi być gdzieś ukryty na zamieszkałej przez nich wyspie. Obie mają bardzo wybujałą wyobraźnię, bo historia nabiera coraz bardziej epickiego kształtu rodem z największych powieści fantasy. Gra opiera się głównie na eksploracji i zręcznościowych pojedynkach i nie należy do najtrudniejszych, a infantylna grafika może sugerować, że jest to produkcja skierowana dla młodszych odbiorców. I z jednej strony tak, jest to gra, przy której dzieciaki mogłyby się dobrze bawić. Aczkolwiek Knights and Bikes opowiada jednocześnie bardziej mroczną, przyziemną historię o utracie matki i nieradzeniu sobie Demelzy z ponurą rzeczywistością. Można się pośmiać z uroczej grafiki, oryginalnych przeciwników czy rozbrajających dialogów, ale gdzieniegdzie przebija się mrok (który przez dziewczynki jest wizualizowany jako przeklęta mgła), który poruszy dorosłego gracza. A jeśli chodzi o gracza – warto wspomnieć, że grę można przejść samodzielnie (tak jak ja – wtedy gracz steruje jedną z dziewczynek, a drugą zajmuje się SI), ale wydaje się, że kooperacja w tej grze może dawać jeszcze więcej radochy. Poza współpracą i różnymi umiejętnościami, które pozwalają rozwiązywać zagadki środowiskowe, gra oferuje również krótkie przerywniki skupione na rywalizacji (np. kto pierwszy dojedzie do mety, kto zbierze więcej skarbów itd.). Knights and Bikes długo czekała u mnie na swoją kolej, a ja się cieszę, że gra mi na szczęście nie umknęła.


Klaudia Rudzka 

Październik to ważny miesiąc dla Niemocy – zielonogórskiego, a teraz można powiedzieć poznańskiego trio- Radka, Michała i Filipa, którzy od lat komponują elektroniczne instrumentale, współtworząc niezależną scenę muzyczną w Polsce. Na pewno gdzieś kiedyś ich słyszeliście, a może nawet byliście na koncercie, Niemoc bowiem ma na swoim koncie koncerty na festiwalach takich jak  OFF Festival, Opener, Spring Break oraz wiele występów nad Wisłą czy Wartą. 22 października ukazało się Kilka Najlepszych Dni w Życiu – druga płyta w dorobku zespołu nakładem Seszele Records. Przed premierą mogliśmy obejrzeć wypuszczane co miesiąc single, na których gościnnie wystąpiło kilku polskich wokalistów. W utworze Plankton usłyszymy Kachę z Coals, natomiast w Polowaniu na mnie Misię Furtak. Na płycie wystąpili jeszcze Michał Wiraszko z zespołu Muchy, czy Joanna Longić z Tęskno. Kilka Najlepszych Dni w Życiu można uznać za przełomowe (jak to kilka najlepszych dni w życiu 😊), od lat bowiem Niemoc słynęła z post-waveowych, gitarowo syntezatorowych brzmień, którym bardzo dobrze zrobił wokalny eksperyment. Osobiście jestem mocno zaintrygowana, czym Niemoc zaskoczy nas kolejnym razem, a tymczasem gorąco zachęcam do wysłuchania płyty.


Magda Przepiórka

JOON to maltańska piosenkarka i producentka, która w tym roku wydała swój debiutancki album. To głównie wyrazisty, choć równie często senny synth pop. W tekstach jej piosenek znaleźć można sporo mistycznych, marzycielskich, ale i pełnych nadziei treści. Dużym plusem dla mnie jest także to, że twórczość maltańskiej artystki jest momentami po prostu dziwaczna, oderwana od rzeczywistości. O JOON dowiedziałam się, przeglądając po raz wtóry ofertę niezależnej wytwórni muzycznej Italians Do It Better (wydawali u nich między innymi: Chromatics, Glass Candy, Symmetry, Pink Gloves czy Desire). 

Na pierwszym albumie JOON, zatytułowanym, a jakże, Dream Again, znajduje się dwanaście kawałków — numerek jeden dumnie dzierży E.T. (i jak zazwyczaj nie jestem wielką fanką utworów otwierających albumy — przez ich częste przekombinowanie — tak tutaj wpadłam do tego dziwacznego, elektronicznego świata i do końca października już z niego nie wylazłam). Z małymi przerwami na inne muzyczne rozrywki JOON pożarła mi cały miesiąc i mało co z niego zostawiła. Ale wcale nie mam jej tego za złe, bo dziewczyna jest niesamowita. I jej album w listopadzie będę ugniatać wirtualnie dalej. Poza debiutancką płytą warto też przejrzeć single JOON. Szczególnie: Cruel Summer, Just Can’t Get Enough czy Papa Don’t Preach, które są synth popowymi coverami znanych przebojów. Mnie siadły perfekcyjnie.

JOON "CRUEL SUMMER" (Official Video)


Mateusz Norek

Od dłuższego czasu chodziła za mną chęć zagrania w odprężającego i staroszkolnego city buildera. Duża była w tym zasługa nostalgii, bo przypomniały mi się długie godziny, które spędziłem w kultowych tytułach studia Impressions Games – Faraonie oraz Zeusie. Najpierw pograłem w niewielką, ale bardzo przyjemną grę Kingdoms and Castles, ale prawdziwe spełnienie moich poszukiwań klasycznego city buildera nastąpiło, kiedy odkryłem tytuł Nebuchadnezzar. A właściwie wróciłem do niego ponownie, bo o grze usłyszałem jeszcze przed premierą, która w lutym tego roku wypadła dość słabo i dzieło małego studia Nepos Games zebrało mocno umiarkowane opinie. Na szczęście problemy dotyczyły głównie zawartości, która została już przez twórców dodana, więc aktualnie wrażenia graczy są o niebo lepsze. 

W grze mamy za zadanie stworzyć starożytną cywilizację Mezopotamii, budując kolejne miasta i spełniając coraz bardziej wymagające cele misji. Budujemy więc domy i tworzymy niezbędne zakłady produkcyjne, by coraz więcej ludzi chciało osiedlać się w naszej metropolii. Na początek wystarczy zapewnić ludziom chleb i mleko, ale do rozbudowy domów potrzeba coraz rzadszych i bardziej skomplikowanych do wytworzenia surowców. Niektóre miejsca pracy muszą być obsadzone przez wyższą klasę społeczną, która ma zupełnie inne wymagania niż prości chłopi, jak chociażby odwiedziny kapłanów, a okolica ich willi musi spełniać wymogi dostatecznej atrakcyjności wizualnej. Im więcej mieszkańców liczy nasze miasto, tym łatwiej o ryzyko chorób, pożarów czy wzrostu przestępczości. To ostatnie może skutkować zrabowanymi magazynami, które odgrywają kluczową rolę w dostawach dóbr, strajkami, wyłączającymi dane miejsca produkcji, czy nawet zamieszkami. To właśnie brak tych zagrożeń na premierę sprawił, że w Nebuchadnezzarze brakowało wyzwania. Niezwykle ważny jest też handel z innymi miastami, ponieważ, obok podatków (które mocno równoważą się z zapłatą pracownikom), są one naszym jedynym źródłem pieniędzy, niezbędnych do budowania kolejnych struktur. Możliwe jest też budowanie wielkich świątyń, które możemy sami zaprojektować, a twórcy w kolejnej aktualizacji zapowiadają zwiększenie roli religii – będzie możliwe poświęcenie miasta konkretnemu bóstwu, dające odmienne bonusy. 

Nebuchadnezzar urzekł mnie również grafiką, totalnie nawiązującą do wymienionych tytułów Impressions Games – rzut izometryczny i sprite’y budynków wyglądają bardzo klimatycznie, a obserwowanie tętniącego życiem miasta, zapełniających się towarami magazynów i tragarzy dostarczających dobra do mieszkańców, jest niezwykle przyjemne i satysfakcjonujące. Jeśli dodamy do tego świetną oprawę muzyczną i bardzo czytelny, a jednocześnie posiadający każdą potrzebną do zarządzania metropolią tabelkę, interfejs, otrzymujemy bardzo relaksującą grę i dokładnie takiego doświadczenia szukałem. 


Fot.: Nepos Games, Bardzo Serio, Wydawnictwo Czarne, SP Records,  SQN, AMC, Foam Sword, Seszele Records, Italians Do It Better

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *