Gdzie one są? Gdzie się podziały? Kto porwał wakacje? Były i puf – zniknęły. Jednak ostatni miesiąc wakacji był dla nas czasem udanym i obfitym tak w wydarzenia kulturowe, jak w świetne produkcje popkulturowe, którymi zachwycaliśmy się cały sierpień. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu dni wśród naszych redaktorów królowało HBO i seriale Ostre przedmioty oraz Castle Rock, ale nie zabrakło miejsca także dla innych seriali (wymieniamy ich łącznie jedenaście!) dominowały też koncerty i festiwale (jak to w wakacje bywa), ale nie zabrakło miejsca także dla gry komputerowej, płyt muzycznych i filmów.
Bez zbędnego słowotoku – zapraszamy Was do naszego comiesięcznego przeglądu ulubionych produkcji minionego miesiąca. A co zdominowało Wasz sierpień? Czy coś z naszej listy podoba się także Wam?
Mateusz Cyra



Małgosia Kilijanek
Tak jak wspomniałam w ulubieńcach lipca, czas na wzmiankę o tegorocznym OFF Festivalu. Wtedy jedynie podejrzewałam, iż zasłuży na umieszczenie go w sierpniowym wydaniu naszego cyklu, a teraz mogę przyznać, iż się nie pomyliłam. W tym roku podczas trzech dni spędzonych pod scenami w Dolinie Trzech Stawów po raz kolejny przekonałam się, że festiwal, którego dyrektorem artystycznym jest Artur Rojek, zasługuje na ogromne wyróżnienie. Miałam okazję zobaczyć na żywo kilka wyczekiwanych występów oraz odkryć wiele fantastycznych brzmień, co jest już offfestivalową tradycją i znakiem firmowym wydarzenia. Pozwolę sobie przybliżyć w paru słowach te najważniejsze widowiska.
Nanook Of The North, czyli Stefan Wesołowski i Piotr „Hatti Vatti” Kaliński, zabrali odbiorców na Islandię pełną melancholii oraz minimalizmu. Kwintet z Sankt Petersburga, który w ostatniej chwili zastąpił Yellow Days – Shortparis na głównej scenie zaprezentował prawdziwy, post-punkowo-taneczny performance. Bishop Nehru zademonstrował jak grać hip-hop na wysokim poziomie, dryfować wśród fal utworzonych z rąk fanów i nagrywać jednocześnie filmik na Instagram. Członkowie The Brian Jonestown Massacre pokazali fenomenalne połączenie psychodelicznego rock’n’rolla z shoegaze’em i bluesem, a show skradł tamburyn Joela Giona. Punk’n’roll, który zachwycił od początku do końca koncertu, stał się wizytówką dublińskiej grupy Fontaines D.C., której wokalista niesamowicie przypominał swoim wyglądem i postawą sceniczną Iana Curtisa.
Polski duet Coals czarował nostalgicznym repertuarem z albumu Tamagotchi. Rolling Blackouts Coastal Fever z Australii zagrali przyjemne indie rockowe kawałki, a Derya Yıldırım & Grup Şimşek etniczną turecką psychodelię. Japoński kwartet z Londynu, Bo Ningen, stworzył pod namiotem kosmiczny show, a zwieńczeniem dnia drugiego był wysublimowany występ Charlotte Gainsbourg. Wyjątkowe dopracowanie szczegółów z jednoczesną prostotą wyróżniły go na tle innych. Francuzka nie potrzebowała błyszczących strojów ani fajerwerków, zachwycała za to naturalnością, charyzmą oraz emanującym od niej artyzmem. Marlon Williams stworzył za to niebywale hipnotyzujące okoliczności dla wsłuchiwania się w pełne emocji piosenki z płyty Make Way For Love. Charyzmatyczny Nowozelandczyk nawiązał fantastyczny kontakt z widownią, a jego utwory chyba nie mogły wybrzmieć lepiej. Zola Jesus była autorką mrocznego widowiska na Scenie Leśnej i bardzo żałowałam, iż nie mogłam w pełni w nim uczestniczyć (dlaczego nie mogłam, przekonacie się TUTAJ ;)). Szybko jednak pojawiła się nadzieja na nadrobienie tego festiwalowego wyrzeczenia, ponieważ artystka wystąpi w listopadzie w Warszawie, Sopocie, Poznaniu i Wrocławiu. Jak można się domyślić: działo się. Jeżeli chcecie poznać więcej szczegółów trzynastej edycji OFF Festivalu, to zapraszam do bardziej obszernych relacji: DZIEŃ PIERWSZY, DRUGI oraz TRZECI. Mogę jedynie dodać, iż warto choć raz przekonać się o niesamowitym klimacie katowickiego OFF-a.
Jeszcze jednym wydarzeniem, które chciałabym w ulubieńcach sierpnia wyróżnić, jest 201. wydanie audycji OFF Control w Czwórce, podczas którego w radiowym studiu pojawili się słuchacze, by wspólnie z prowadzącym, Mateuszem Tomaszukiem, świętować jej dwieście wydań. Zamiast opisywać, podzielę się możliwością odsłuchu, którą znajdziecie TUTAJ, i dodam, iż na polecenie zasługuje nie tylko wspomniane wydanie, ale również cotygodniowe spotkania z pięknymi, nieco mrocznymi brzmieniami, łączącymi nową i zimną falę z jazzem, shoegazem czy bliskowschodnimi odkryciami, które zdają się być idealne do słuchania przy zgaszonym świetle… w każdą niedzielę o 22:00 w Czwórce.

Przemek Kowalski
To z mojej strony takie małe oszustwo lub naciągnięcie z tą Atlantą wśród ulubieńców sierpnia 2018, jednak nie do końca. Serial, który za Oceanem już teraz doczekał się statusu dzieła kultowego (co z jednej strony można nazwać wyróżnieniem na wyrost, z drugiej zaś nie sposób nie podzielać zachwytów), oglądam/oglądałem na bieżąco, czyli sezon numer jeden, jesienią 2016 oraz numer dwa – pomiędzy marcem a majem roku bieżącego. Prawdą jest jednak, że to mój ulubieniec sierpnia, ponieważ w minionym miesiącu odświeżyłem sobie wszystkie 21 wyemitowanych dotychczas odcinków.

Na dobrą sprawę nie wiem nawet, jak zacząć, wiedząc z kolei, że cokolwiek tu napiszę, zabrzmi słabo i mało przekonująco, a wybrany przeze mnie serial, to z ręką na sercu telewizyjna perełka przez duże „P”! W skrócie można by napisać (patrząc od początku serialu), że to historia trójki kumpli (a właściwie dwóch z trójki to kuzyni) zamieszkujących szemrana dzielnicę – tu nie będzie niespodzianki – amerykańskiego miasta Atlanta (gdyby ktoś nie wiedział, dodam, i jest to dość istotne odnośnie samego serialu, że obok Detroit, Atlanta jest najbardziej niebezpiecznym miastem w Stanach Zjednoczonych, w którym procent przestępczości zdecydowanie zawyża ogólnokrajowe statystyki). Jeden z bohaterów – Alfred (Brian Tyree Henry) postanawia rozpocząć karierę rapera, w czym pomóc (w roli menadżera) zamierza mu kuzyn, Earn (Donald Glover). Dwiema równie ważnymi postaciami są: trzeci z paczki kumpli – wiecznie zblazowany, a zarazem pełen zadziwiająco ciekawych oraz trafnych spostrzeżeń Darius (Lakeith Stanfield), oraz dziewczyna Earna, Van (znana obecnie wszystkim fanom drugiej części Deadpoola za rolę Dominy, Zazie Beetz). No i ogólnie rzecz biorąc tak brzmiałby opis serialu, plus rzecz jasna wzmianka o tym, iż nasi bohaterowie próbują w miarę możliwości ogarnąć życie na ciężkim kawałku ziemi, jakim nazwać można Atlantę. Mało przekonujące, prawda?
Pewnie i tak. I rzeczywiście, opis powyżej pasuje do całego serialu. Myli się jednak ten, kto myśli, że mamy tu do czynienia z produkcją, w której wszystko rozbija się o przekleństwa i rymowanie, a całość prezentuje raczej poziom niezbyt wysokich lotów. Naprawdę nic bardziej mylnego! Tyle tylko, że wypadałoby teraz zdradzić, na czym fenomen Atlanty polega, a tego… zrobić nie potrafię. To trzeba obejrzeć i wczuć się w ten świat i klimat (z pewnością nie zaszkodzi znajomość popkultury i nawet minimalne zamiłowanie do „czarnej” muzyki, choć nie są to warunki konieczne, by serial Glovera przypadł do gustu). Atlanta to specyficzna dawka momentami bardzo ciężkiego dramatu oraz ulicznego (a także często czarnego) humoru, a wszystko to okraszone jest idealnie wyważoną dawką… surrealizmu. Tak, dobrze czytacie – serial rozgrywający się w szemranym światku ulic brudnego miasta zawiera elementy surrealistyczne. Nie jest to co prawda zabawa na poziomie innych światów, jednorożców itd., aczkolwiek co jakiś czas zdarzają się sceny, które oglądamy i mamy wrażenie, że wszystko jest ok i „na miejscu”, po czym następuje moment olśnienia i wielkie „Ejjjj, coś tu nie do końca się chyba zgadza z rzeczywistością”. Dobrym przykładem (choć może aż za bardzo, ponieważ cały odcinek, a nie jedna scena utrzymany jest w pewnej konwencji) jest epizod szósty z sezonu drugiego pt.: Teddy Perkins. I tutaj pozwolę sobie wstawić zdjęcie…
Postać po prawej stronie to tytułowy Teddy Perkins, po lewej zaś wcielający się w niego jeden z głównych bohaterów serialu, a zarazem jego scenarzysta i współreżyser – Donald Glover. Teraz mały wstęp do owego (zdecydowanie najbardziej horrorowego) odcinka: Pewnego dnia trzeci z kumpli, czyli Darius, za sprawą ogłoszenia o odstąpieniu za darmo fortepianu wyrusza pod wskazany w ogłoszeniu adres. Okazuje się, iż jest to wielka, usytuowana w środku lasu willa. Drzwi otwiera mu rzecz jasna odstraszający wyglądem Teddy Perkins, wzorowany na… Michaelu Jacksonie. Dalej opisywał nie będę, dodam tylko, że nawiązań do samego Króla Popu u schyłku kariery oraz jego dziwactw jest cała masa. No i oto jest, odcinek z samego środka sezonu serialu pełnego broni, dealowania narkotykami i rapu, w którym od początku wjeżdżamy wraz z jednym z bohaterów do lasu a następnie przerażającej willi. Oderwane zupełnie od wszystkiego. Nawiasem mówiąc, Donald Glover na milion procent zgarnie za ten konkretny odcinek wszystkie liczące się branżowe statuetki. Pewnie nie udało mi się specjalne dobrze zareklamować Atlanty, ale skoro już przy nagrodach jesteśmy, pierwszy sezon serialu zgarnął dwa Złote Globy, dwie nagrody Emmy oraz jedenaście innych statuetek, a także ponad 30 kolejnych nominacji. Uwierzcie mi, że za sezon numer dwa licznik podskoczy zdecydowanie w górę, a Atlanta z łatwością powinna zostać jednym z głównych wygranych następnego rozdania Złotych Globów, gdyż druga odsłona – choć wydawało się to niemożliwe – przebija pierwszą.
Barbara Wątek

Nowa trasa Eda Sheerana postawiła w stan gotowości fanów na całym świecie. Bilety na koncerty wyprzedały się w błyskawicznym tempie. Podobnie było w Polsce, gdzie rozeszły się w ciągu czterdziestu pięciu minut, a kupienie ich graniczyło z cudem. Zapotrzebowanie na nie było tak ogromne, że po wyprzedaniu się biletów organizatorzy postanowili przygotować drugi koncert, już dzień po pierwszym.
Nie można nie wspomnieć o supportach, które poprzedziły właściwy koncert. Było ich niestandardowo dużo, bo aż trzy, i każdy z nich był niesamowity. Jako pierwsi wystąpili dawni współlokatorzy Eda Sheerana – zespół BeMy. Następnie na scenie pojawił się Jamie Lawson, bardzo elegancki i wrażliwy artysta, którego ostatnio mieliśmy okazję gościć w warszawskim klubie Proxima. Ostatnim supportem była Anne-Marie – wykonawczyni co najmniej dwóch znanych na całym świecie hitów. Dała koncert, który z powodzeniem mógłby nie być supportem, a i tak przyszłaby go wysłuchać rzesza ludzi. Niezwykła i energiczna artystka o pięknym głosie i ogromnej charyzmie. Podczas akcji zorganizowanej przez polski fanklub wzruszyła się tak bardzo, że z trudem dokończyła śpiewać utwór. Była zdecydowanie największym odkryciem tego wydarzenia.
Ed Sheeran zaczął swój występ, wchodząc na scenę wśród krzyku tłumu. Zostaliśmy nawet uhonorowani tytułem najgłośniejszej widowni na trasie koncertowej. Jedyną piosenką, podczas której artysta poprosił o ciszę, było The A Team: ,,Zróbcie kosmiczną ciszę, bo już doskonale wiem, że w robieniu hałasu jesteście bezkonkurencyjni”. Pierwszym wykonanym przez muzyka utworem było Castle on the Hill i był to strzał w dziesiątkę. Piosenka, którą uwielbia tak wielu fanów, zwiększyła znacząco ilość decybeli słyszanych na stadionie. W trakcie koncertu nie było zespołu, tłumu tancerzy ani wyrzutni konfetti, a mimo to artysta porwał nas tylko sobą i swoją muzyką. Ed Sheeran nie potrzebuje efektów specjalnych, by muzycznie znokautować tłumy. Nie tworzy też dystansu, zamiast tego jednoczy się z publicznością, sprawiając, że nie ma podziału na wielkiego wokalistę i fanów. Jest za to 60 tys. ludzi wspólnie cieszących się muzyką. Wokalista wielokrotnie żartował między utworami. Mówił między innymi o swoich ulubionych typach publiczności, o super-tatach i super-chłopakach, którzy przyszli na koncert tylko po to, by uszczęśliwić bliskie sobie kobiety, i obiecywał, że zrobi wszystko, aby oni również wyszli z koncertu zadowoleni. W trakcie utworu Perfect polski fanklub przygotował dla wykonawcy niespodziankę. Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze dźwięki ballady, w powietrze wystrzeliły białe i czerwone kartki, podświetlane latarkami telefonów i z napisem ,,We feel perfect tonight’’ utworzyły ogromną flagę Polski. Ed zakończył koncert w biało-czerwonej koszulce z polskim godłem. W trakcie ostatniego wykonania z nieba zaczął padać deszcz. Nie zraziło to jednak fanów, których entuzjazm zwiększyły niespodziewane atrakcje pogodowe.
11 sierpnia Ed Sheeran porwał nas na inną planetę. Wyrwał Stadion Narodowy z fundamentami i teleportował go o lata świetlne od Wisły. Była to rzeczywistość, w której doświadczyliśmy tylko bardzo głośnej muzyki, wielu kolorowych świateł, ścisku w tłumie i gorąca. A mimo popękanych bębenków rozpierała nas radosna energia i ani trochę nie marzył nam się powrót do rzeczywistości.
Paulina Markowska

Drugim ulubieńcem jest najnowsza płyta Ariany Grande Sweetener. Już teledysk do No tears left to cry zapowiadał, że będzie to płyta inna niż dotychczasowe. I taka jest prawda. Nadal pozostaje seksowną dziewczyną, ale jej piosenki różnią się od tych poprzednich. Najbardziej jestem zachwycona jej występem na MTV Video Music Awards, Zaśpiewała God is a woman, a całość wyglądała jak urzeczywistnienie obrazu Leonarda da Vinci Ostatnia wieczerza. Przyjemnie słucha się i ogląda Arianę w takiej wersji. Po zamachu w Manchesterze kazała na siebie czekać aż rok. Wraca o wiele bardziej dojrzała.

Sierpień – miesiąc urlopowy sprzyjał nadrabianiu popkulturowych zaległości, w tym tych serialowych. Dzięki temu udało mi się w końcu obejrzeć w całości drugi sezon Netfliksowego GLOW (pierwszym zachwycaliśmy się z Przemkiem TUTAJ). Nie była to może dużo lepsza kontynuacja, ale na pewno utrzymała poziom i klimat, który kupił mnie już od samego początku. Dziewczyny po raz kolejny wracają na ring, aby w świecie serialowym również rozpocząć kręcenie drugiego sezonu swojego wrestlerskiego show. O ile pierwsza odsłona GLOW przedstawiała genezę programu i niekończące się przygotowania bohaterek, dopiero w finale pokazując nam “prawdziwą” walkę, tak tutaj tych walk jest już zdecydowanie więcej – nasze zapaśniczki mają już doświadczenie i własne pomysły na rozkręcenie tej przedziwnej imprezy. Po raz kolejny też historia skupia się na dość trudnym wątku przyjaźni i konfliktu Ruth (Alison Brie) i Debbie (Betty Gilpin), tym razem jednak niemal całkowicie porzucając historie pozostałych dziewczyn (poprzednia seria nieśmiało pokazywała nam retrospekcje, trochę wzorowane na tych z Orange is the New Black – teraz tego zabrakło, a szkoda, bo liczyłem jednak na rozwinięcie niektórych bohaterek). Na szczęście genialną postacią pozostaje Sam Sylvia (Marc Maron) – niespełniony reżyser, pełen goryczy, frustracji i sarkazmu, mistrz ciętej riposty – aktorowi wcielającemu się w tę rolę zdecydowanie należy się jakaś nagroda. A jeden z odcinków (bodajże ósmy) to prawdziwy majstersztyk – nie spoilerując za bardzo, Sam i dziewczyny nie mając już nic do stracenia, kręcą odcinek swojego programu, pozbawieni wszelkich ograniczeń, a my ten odcinek – pełen dziwacznych historii, obciachowych teledysków i bezwstydnych reklam – oglądamy niemal w całości, bowiem na czas tego odcinka serial GLOW przekształca się w prawdziwy program Gorgeous Ladies Of Wrestling. Podsumowując – drugie GLOW to nadal świetna rozrywka, którą ogląda się z wielką przyjemnością. Wielbiciele wrestlingu i lat 80. ponownie poczują się jak w domu.
Marla Magdalena

W wolnych chwilach natomiast, w których mogłam sobie pozwolić na robienie kompletnie niczego, wybierałam nadrabianie serialu Younger. Połączenie lekkiej komedii z serialem obyczajowym spodoba się, jak mniemam, jedynie paniom, ale trzeba przyznać, że można kilka razy się uśmiechnąć, a kibicowanie głównej bohaterce wchodzi w nawyk. Główną osią serialu jest 40-letnia Liza, która po rozwodzie zaczyna rozglądać się na rynku pracy i zauważa, że jej wiek jest ogromną przeszkodą. Przechodzi więc metamorfozę i jako 26-latka zostaje asystentką w dużej, nowojorskiej firmie wydawniczej. Oprócz dość naiwnych perypetii samej Lizy całkiem przyjemnie przygląda się przygodom samego wydawnictwa w świecie nowych mediów. Younger to dobre wyjście dla wszystkich, którzy nie chcą przywiązywać się do serialu, ale chętnie wypełnią czymś czas oczekiwania na nowe sezony swoich ulubionych seriali!
Sylwia Sekret
Trochę bez sensu tak się powielać, ale co zrobić… jeśli moimi ulubieńcami są tytuły już wymienione przez moich poprzedników. Nie zamierzam wymyślać nic na siłę z tego powodu, ale ponieważ inni powiedzieli już wystarczająco wiele o serialach, o których za chwilę wspomnę, ja pozostanę jedynie przy krótkim opisie moich własnych wrażeń i uzasadnieniu, dlaczego to akurat te produkcje znalazły się w gronie ulubieńców.
Zacznijmy od tego, że w sierpniu nie porwała mnie żadna książka (mam już natomiast w tej dziedzienie ulubieńca września, ale to jeszcze trochę dni do tego czasu przed nami) ani żaden pełnometrażowy film.
Muzyki słuchałam tego ostatniego letniego miesiąca wyjątkowo jak na mnie niewiele i tu również nie pojawiło się nic, co by zatrzęsło moim muzycznym światem w posadach. Obejrzałam natomiast dwa seriale (jeden co prawda wciąż leci, ale i tak ląduje w ulubieńcach przed finałem) i obydwa nie tylko umilały mi już lekko chłodnawe wieczory, ale przede wszystkim wciągnęły mnie niemiłosiernie i – jako że nie są to Netflixowe produkcje – z namacalnym wręcz utęsknieniem i obgryzaniem palców czekałam na premierę następnych odcinków. I czy to moja wina, że chodzi mi o te same dwa seriale, o których opowiadał na początku Mateusz? No przecież wiadomo, że nie moja…
Ostre przedmioty to serial, do którego byłam nastawiona dość sceptycznie. Jakoś ani obsada mnie nie przekonywała, ani głosy, które twierdziły, że to naprawdę dobry serial. Ostatnio tak mam, że jak ktoś mi coś usilnie poleca, to wywołuje to skutek wręcz odwrotny. Tak się jakoś jednak stało, że któregoś dnia po prostu siedliśmy i zaczęliśmy oglądać. No i przepadliśmy. To, za co najbardziej (obok genialnego aktorstwa Amy Adams, której do tej pory wielką fanką nie byłam), wyróżnia serial będący ekranizacją powieści Gillian Flynn, to niesłychanie mroczny i ciężki, przytłaczający wręcz klimat, który sprawiał, że niektóre epizody oglądało się naprawdę trudno, z rosnącym – od niepokoju i bólu współdzielonego z bohaterką – sercem. Zresztą zarówno muzyka, jak i oprawa wizualna serialu tylko to wrażenie podbijała. Ostre przedmioty zostały pod tym względem dopracowane w stu procentach, a sama historia wciąga w swoje mroczne zakamarki od samego początku. Niestety co do odcinka finałowego, mam takie same przemyślenia, jak Mateusz. Niemalże modliłam się do serialowego bożka, by zakończenie nie okazało się właśnie takie, bo było ono po prostu zbyt narzucające się w pewnych scenach i dialogach, od kilku już odcinków, poza tym zostawia po sobie kilka luk, które nie zostały wyjaśnione, a które pogłębiają moją irytację i ciekawość. Niemniej jednak serial i tak zasługuje na pochwały i na polecenie go innnym, bo wszystko zagrało w nim tak, jak powinno.
Castle Rock to już nieco inna bajka, bo opiera się nie na jednej powieści, a na motywach znanych fanom twórczości Stephena Kinga. Twórcy czerpią wręcz garściami z prozy Króla Horroru i trzeba przyznać, że wychodzi im to genialnie. Oddani czytelnicy autora Lśnienia będą zachwyceni, mogąc odkrywać kolejne nawiązania, smaczki i mrugnięcia okiem, natomiast ci, którzy niezbyt dobrze zaznajomieni są z jego twórczością… myślę, że wbrew pozorom również będą się “dobrze bawić”, jeśli tylko lubią produkcje osadzone w takim klimacie i gatunku. Abstrahując bowiem od inspiracji, jaką było wiele miejsc, zdarzeń i postaci z książek Kinga, Castle Rock to po prostu bardzo dobrze zrealizowany i trzymający w napięciu serial, który świetnie się ogląda. Do tej pory był tylko jeden jedyny epizod, który śmiem nazwać słabszym, jednak w żaden sposób nie zaniża on mojej ogólnej oceny produkcji. Jesli ktoś lubi dziwaczne historie, w których długo nie wiadomo, o co chodzi, a zło może przybierać różne formy – powinien pokochać Castle Rock.
Mateusz Norek

Serial zaczyna się w chwili, gdy statki grzęzną w skutych lodem wodach arktyki. Dowódcy ekspedycji nie tracą jednak optymizmu, będąc pewnymi, że są już blisko celu wyprawy, a zapasy na kilka lat sprawiają, że nie muszą się śpieszyć. Jednak coraz więcej ludzi zapada na nieznaną chorobę, a dodatkowo coś zaczyna polować na członków załogi.
Terror to przede wszystkim świetnie oddana atmosfera niepewności i strachu, potęgowana dodatkowo przez ekstremalny, arktyczny klimat. Na uznanie zasługuje również aktorstwo i postacie – między dowódcami ekspedycji narastają tarcia, a spanikowana załoga o coraz niższym morale to akty niesubordynacji, które mogą doprowadzić nawet do buntu. Serial, szczególnie w pierwszych odcinkach genialnie operuje klimatem grozy, później natomiast jest mrocznym komentarzem na temat tego, jak zdehumanizowany może stać się człowiek w obliczu chęci przetrwania.
Z mroźnych temperatur arktyki przenosimy się do słonecznej i dusznej Luizjany. Hunt: Showdown to będąca w fazie early access gra studia Crytek, najbardziej znanego z serii Crysis. Są oni również twórcami silnika CRYENGINE, na którym hula Hunt i cholera, wygląda to przepięknie. Ale nie będę się póki co rozpisywał na temat graficznych aspektów tytułu, bo to, co jest w nim najlesze, to niesamowita świeżość rozgrwki. Naprawdę, nie pamiętam, kiedy ostatnio grałem w coś tak innowacyjnego, a przy tym już na jeszcze wczesnym etapie produkcji solidnie wykonanego.
Wcielamy się w łowcę, który ma za zadanie na dużej, otwartej mapie odszukać i zabić bossa, a następnie wypędzić jego ciało z tego świata, zebrać trofeum i wraz z nim uciec. Za każdym razem lokacja bossa jest inna, a my, by ją odkryć, zbieramy, widoczne na mapie przy pomocy specjalnego zmysłu, trzy wskazówki. Przeszkadzać nam będą w tym rozmaite niemilce sterowane przez komputer, takie jak powolne, ale liczne zombie, kobiety z ulem w ciele, wypuszczającym w naszą stronę chmary trujących owadów, czy szybkie i występujące w stadach ogary. Przeszkadzać będą w końcu inni gracze. No właśnie, cała atmosfera i niepowtarzalność każdej rozgrywki wynika z tego, że na serwerze oprócz nas znajduje się do 10 graczy, działających pojedynczo lub w parach, którzy również chcą zgarnąć trofeum. Zamienia to rozgrywkę w prawdziwe łowy, w których najważniejsze jest niezdradzanie swojej pozycji i zachowanie ostrożności. Staramy poruszać się cicho, nie przebiegając na przykład po rozbitym szkle, unikamy walki z potworami lub staramy się szybko wyeliminować je po cichu bez użycia głośnej broni palnej. Równocześnie szukamy śladów obecności innych graczy, takich jak otwarte drzwi czy opóźnione skrzynki z amunicją. Tej jest naprawdę mało, liczy się każdy pocisk, a arsenał w grze, na który składa się broń z końcówki XIX wieku z prostymi strzelbami, czterotaktowymi karabinami powtarzalnymi i rewolwerami, przeładowuje się naprawdę długo. Walki z innymi łowcami są szybkie i ryzykowne, bo śmierć oznacza tutaj stratę całego sprzętu, jaki zdecydowaliśmy się zabrać na misję. Między nimi zatrudniamy nowych łowców lub rozwijamy tych, którym jakimś cudem udało się przeżyć łowy, a za zdobywane doświadczenie rozwijamy swój ogólny poziom, dostając dostęp do coraz większego wachlarza przedmiotów i broni.
Gra już teraz oferuje naprawdę masę zawartości, a twórcy mają bardzo jasne plany co do dalszego rozwoju tytułu, wraz z dodaniem nowej mapy, bossów, potworów, broni i trybów. Słuchają również swojej społeczności, czego dowodem jest pojawienie się, grasującego w do tej pory spokojnych wodach Luizjany, nowego przeciwnika, o którego prosili gracze – diabła wodnego, czyniącego rozgrywkę jeszcze bardziej wymagającą. Dosłownie wczoraj twórcy ogłosili też, że tryb solo, w którym każdy z graczy działa sam, z pojedynczego eventu, który trwał ostatni tydzień, zostaje w grze na stałe! Mógłbym napisać na temat Hunt: Showdown jeszcze wiele i w zasadzie zamierzam to zrobić przy okazji jakiejś nowej, dużej aktualizacji, więc póki co po prostu gorąco polecam ten tytuł.
Fot.: HBO, Netflix, Crytek, AMC, Universal Studios Entertainment, FOX, własne












