Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: Sierpień 2021

wrzesień
wrzesień

Wrzesień się rozgościł, rozpakował swoje rzeczy i zdaje się nie zauważać, że zaraz przyjdzie mu zwijać manatki i ustąpić miejsca październikowi. I choć na razie resztki kalendarzowego lata raczą nas słońcem i przyjemną temperaturą, to wieczorny chłód i zimny wiatr czający się na nas w cieniu przypominają o tym, że lato to już tylko wspomnienie, a jesień niedługo wymusi na nas zakładanie ciepłych płaszczy, szalików i kto wie, może nawet rękawiczek! Warto jednak cofnąć się na chwilę do sierpnia, przypomnieć sobie te gorące promienie słońca, a także tytuły z różnych dziedzin kultury, które towarzyszyły nam w tym ostatnim pełnym letnim miesiącu. Seriale, książki, muzyka, filmy – nie ograniczamy się nigdy, jeśli chodzi o ulubieńców. Jeśli więc chcecie sprawdzić, co nam w duszy grało jeszcze niedawno i co zapadło nam w pamięć, a czym chcielibyśmy się z Wami podzielić – serdecznie zapraszamy do lektury Ulubieńców miesiąca.


Anna Sroka-Czyżewska

Bardzo nietypowy ulubieniec, bo książka z gatunku fantasy, ale czasami trzeba sięgnąć po coś całkiem innego niż do tej pory i przekonać się, czy to dla nas. Rebecca F. Kuang szturmem zdobyła popularność i wiele nagród, a jej cykl, który rozpoczyna Wojna makowa, stał się hitem wśród czytelników. Jest to debiut powieściowy pisarki i uważam, że bardzo udany debiut. Fabuła książki, jak i całego cyklu (kolejne części to Republika smokaPłonący bóg), opiera się na mitologii i tradycji dalekiego Wschodu. Książka jednak szybko prowadzi nas przez wydarzenia, które dotyczą głównej bohaterki – Rin – dziewczyny z mocnym postanowieniem o ucieczce przed swoim przeznaczeniem, zdobyciu wykształcenia i wyrwania się z zaklętego kręgu, w którym jedyne, co przyjdzie jej w życiu zrobić, to wyjść za mąż i rodzić dzieci. Takiego życia Rin dla siebie nie chce i postanawia poświęcić lata na naukę, by móc wstąpić do słynnej akademii w Sinegardzie. Dziewczyna pragnie odmienić swój los, ale okazuje się, że nie będzie to takie proste w szkole, gdzie jej pochodzenie i fakt bycia sierotą traktowane są z pogardą, a ona nie może liczyć nawet na odrobinę życzliwości. Punktem zwrotnym fabuły jest pojawienie się magii – ten istotny element opowieści ewoluuje i prowadzi nas na bardzo ciekawe ścieżki wydarzeń, które w dużej mierze dotyczą Rin. To świetna książka z elementami przygody, ciekawym systemem magicznym, z nietuzinkową i niejednoznaczną bohaterką. Jednak muszę przestrzec, że świat wykreowany przez Rebecce F. Kuang jest bardzo brutalny, opisy są drastyczne, a wydarzenia, których uczestnikami stają się bohaterowie, są bardzo ciężkie i potrafią wprawić w osłupienie. To powieść w głównej mierze o wojnie, jej konsekwencjach, o strachu, moralności i dorastaniu.


Małgorzata Kilijanek

Wśród sierpniowych ulubieńców chciałabym wyróżnić Annette Leosa Caraxa – nieoczywistą produkcję wymykającą się jednoznacznościom, w której Adam Driver i Marion Cotillard, wykreowali opozycyjne wręcz postacie, balansując na granicy romansu i parodii. To opera mieszająca się ze stand-upem, piękno z odrazą, a szaleństwo z nostalgią. Zmienne konwencje i nierówne filmowe tempo mogą prowadzić do konfuzji, zaskoczeń i poczucia niepewności związanego ze stąpaniem po nieznanym gruncie, a o tym, w jakim stopniu jest to dobre, a w jakim niekoniecznie, można dyskutować bez końca. Ze mną na długo pozostała jednak ścieżka dźwiękowa, za którą (jak i za scenariusz) odpowiada zespół Sparks i nią chciałabym się tutaj podzielić. 

Za godne polecenia odkrycie uważam też wystawę Xawery Dunikowski. Malarstwo w warszawskiej Królikarni, która potrwa do 14 listopada 2021 roku. Dunikowskiego kojarzy się głównie z rzeźbami, ale okazuje się, że jego płótna są równie interesujące – skupia się w nich na wspomnieniach, zastanawia nad ludzką egzystencją oraz (nie)śmiertelnością. Ogromny wpływ na jego twórczość wywarły przeżycia wojenne i obozowe, a na wystawie, wraz z opisami, znalazły się między innymi: Orkiestra (1955), Ruszty (1955), Droga do wolności (ok. 1955), Boże Narodzenie w Auschwitz w 1944 roku (1950). Ekspozycja składa się z sal tematycznych – Portrety, Katharsis, Memento, Czas, Pracownia, Człowiek w kosmosie – pozwalających na śledzenie procesu twórczego i doskonalenia warsztatu. Obok dzieł finalnych znalazły się również ich szkice. Wojna jest zaprzeczeniem, pogwałceniem praw natury, zniszczeniem na długi okres harmonii życia. W przyrodzie istnieje walka, to prawda, walka o rozwój, o kształtowanie życia, ale nie istnieją wojny – twierdził i udowadniał poprzez dzieła malarskie, z którymi zapoznać możecie się w klasycystycznym pałacu przy ul. Puławskiej w Warszawie.


Jakub Pożarowszczyk

To był intensywny muzyczny sierpień. Nie sposób nie wspomnieć o warszawskim koncercie Riverside na Letniej Scenie Progresji, który odbył się 21 sierpnia. Zaiste był to magiczny wieczór. Na jednej scenie obok ekipy Mariusza Dudy zagrali: Mick Moss z Antimatter ze swoim akustycznym setem (rozpoczął go moim ulubionym Leaving Eden) i legendarni polscy neo-prog rockowcy z Collage z dwoma premierowymi utworami, ale i też z klasykami takimi jak Heroes Cry – niestety kulało trochę brzmienie. Riverside zagrali potężny, jubileuszowy (20 rocznica powstania zespołu!), dwu i półgodzinny przekrój całej dyskografii, zaczynając koncert kompozycją otwierającą debiut zespołu – The Same River. Był to dla mnie ich pierwszy występ na żywo, w którym mogłem zobaczyć w akcji gitarzystę Macieja Mellera. Uwielbiam tego muzyka, cenię niesamowicie jego dokonania z Quidam, mam jednak wrażenie, że jeszcze potrzebuje on kilku występów, żeby być może móc zrzucić z siebie tremę albo stać się pełną jednością z resztą zespołu. Z drugiej strony Riverside przerwali swoją trasę koncertową w feralnym marcu 2020 roku i to był trzeci koncert od tego momentu, więc czasu na pełne zgranie nie było wiele. Ale to może tylko moje marudzenie. Niemniej zespół był w doskonałej formie. Najlepsze momenty? Wzruszający do łez, poświęcony pamięci nieodżałowanego gitarzysty Piotra Grudzińskiego Towards the Blue Horizon (ta cisza w momencie pauzy po słowach: I just miss those days/And miss you so/Wish I could be strong/When darkness comes – to był najbardziej magiczny moment koncertu) i monumentalny, wbijający w ziemię Lament z ostatniej płyty – i chyba właśnie to wykonanie ostatecznie przekonało mnie do Wasteland. Absolutnie kapitalny występ, Riverside znowu potwierdzili, że są czołówką światowego prog rocka.

Z płytowych premier moim odtwarzaczem pod koniec miesiąca zawładnęła nowa muzyka od Raya Wilsona. Ex-wokalista Genesis powrócił z bardziej rockowym brzmieniem, nawiązując nieco do czasów, gdy nagrywał ze Stiltskin. A nie ukrywam, to jest mój ulubiony, szczególnie LP She z 2006 roku, fragment bogatej dyskografii Raya. The Weight of Man przynosi pewne zaskoczenie, brzmienie jest nowoczesne, niewolne od delikatnego, subtelnego, elektronicznego tła. Najważniejsze jest to, że zachowany został wyjątkowy, pełen zadumy, refleksji i nostalgii klimat twórczości Raya. Wokalista nie stroni jednak w swoich tekstach od wątków współczesnych. W Mother Earth oraz w utworze tytułowym wspomina o zmaganiach ludzkości z pandemią covid-19. Podsumowując: The Weight of Man to kolejna dobra płyta w dorobku Raya Wilsona. Mam wrażenie jednak, że nie przyniesienie ona wokaliście specjalnego rozgłosu, za to jego wierni fani powinni być zadowoleni.

Na koniec mała prywata: otóż jest to mój ostatni tekst na Głosie Kultury. Tworzyłem ten portal od jego początku, niniejszym chcę gorąco podziękować Czytelnikom i Redakcji za ten czas. Niczego nie żałuję. Do zobaczenia.


Mateusz Norek

Choć przyznam się, że samej książki Metro 2033 jakoś nie ukończyłem, to postapokaliptyczny świat, jaki wykreował w niej Dmitry Glukhovsky, bardzo przypadł mi do gustu. Dużo mocniej w moim przypadku wciągnęły mnie gry na podstawie twórczości Glukhovsky’ego, a klaustrofobiczne korytarze moskiewskiego metra, pełne niebezpieczeństw, były idealnym wręcz materiałem na taką adaptację. Metro 2033 Metro: Last Light ukończyłem dość dawno, ale z najnowszą odsłoną – Metro: Exodus rozpocząłem zabawę dopiero teraz i, cóż, twórcy naprawdę postarali się, aby zwieńczenie trylogii było pod każdym względem lepsze i większe. Przede wszystkim świat jest bardziej otwarty i zróżnicowany, bo duża część gry rozgrywa się na powierzchni, która nie jest aż tak radioaktywna ani wyludniona, jak wszyscy w metrze sądzili. Okazuje się, że główny bohater, Artem, od początku miał rację i poza Moskwą przeżyli inni ludzie, a część dowódców metra ukrywała ten fakt, zagłuszając sygnały dźwiękowe i będąc pewna, że wojna atomowa nie skończyła się i nadal grozi im niebezpieczeństwo. 

Mógłbym wymienić wiele elementów, które sprawiają, że Metro: Exodus niesamowicie wciąga, ze wspaniałą grafiką, świetnym klimatem (koniecznie grajcie z rosyjskim dubbingiem!) i dużym nastawieniem na eksplorację, ale dla mnie największą robotę robią tutaj te drobne smaczki, interakcje, które sprawiają, że jeszcze lepiej można wczuć się w postapokaliptyczny klimat: to, że nasza maska gazowa może zostać uszkodzona i będziemy musieli zakleić ją taśmą, która będzie ograniczała widoczność, aż nie zamienimy jej na nową; to, że nasza latarka z czasem działa coraz słabiej i co jakiś czas musimy ręcznie ładować ją za pomocą podręcznego agregatu; to, jak zachowują się napotykane mutanty, które podobnie do dzikich zwierząt, nie zawsze od razu atakują, a i my z powodu mocno ograniczonej amunicji (szczególnie na wyższym poziomie trudności) często będziemy unikać zbędnej walki; to, że wchodząc do menu ekwipunku, nasza postać faktycznie ściąga i otwiera plecak, mieszczący cały nasz sprzęt. Wreszcie to, jak rozbudowany jest system modyfikacji dostępnych broni, która dodatkowo może się zacinać, a także traci walory bojowe, jeśli nie czyścimy jej od czasu do czasu. Jeśli macie ochotę przeczytać o grze więcej, tutaj znajdziecie recenzję Michała, tutaj natomiast Mateusz dzieli się wrażeniami z audiobooka Metro 2033.


Wiktoria Ziegler

Ostatnio zaczęłam praktykować taki czytelniczy rytuał, że czytam książki, których akcja napisana jest w wakacyjnym miejscu. To trochę substytut przewodnika – nie jest tak przesycony suchymi faktami i surowymi informacjami. W powieściach mogą pojawiać się znacznie lepsze opisy miejsc pod względem poetyckim i emocjonalnym. Dodatkowo bardzo często opisywane są również przyzwyczajenia oraz styl życia mieszkańców danych miast. Tak właśnie było w przypadku powieści Iwony Słabuszewskiej-Krauze pt. Lalka z Lizbony. To powieść, która splata współczesność z czasami Salazara w Portugalii. Splatają się tutaj losy bohaterów, których łączy tajemnicze zniknięcie. Wszystko osadzone jest w mieście na siedmiu wzgórzach, gdzie możemy poznać klimatyczne, lokalne kawiarnie czy typy kaw pite przez lizbończyków. Oprócz literackich aspektów, poznania losów bohaterów, poznawałam również Lizbonę – jej dzielnice i część ważnej historii. Osobom, które wybierają się do Lizbony i nie za bardzo lubią faktograficzne przewodniki, gorąco polecam tę powieść. Można powiedzieć, że to trochę takie literackie dwa w jednym – przyjemność połączona z pragmatyzmem.


Martyna Michalska

michalska-sierpień-21

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu mamy do czynienia z istną serialową posuchą. Jeszcze kilka lat temu na liście „do obejrzenia” na różnych platformach miałam łącznie kilkanaście tytułów. Ostatnimi czasy ta lista bardzo mocno się skurczyła, obecnie do zaledwie jednej pozycji must watch. Może to kwestia tego, że już nie siedzę tak mocno w serialowym światku, ale fakt jest taki, że jak rozmawiam ze znajomymi o tym, co oglądają, to też w większości słyszę: „aa, ostatnio nic” lub nazwy produkcji, które już widziałam. Z pomocą tutaj przychodzą kontynuacje seriali, które bardzo lubię i cenię. I tak w tym roku dostałam kolejny bardzo dobry sezon The Crown, zaskakująco dobry powrót zaliczyła również Opowieść podręcznej, której oglądanie zamierzałam rzucić w diabły po bardzo słabym trzecim sezonie. Natomiast tym, na co najbardziej czekałam, był piąty sezon Sprawy idealnej. Na pewno w którymś wydaniu ulubieńców rozpływałam się z zachwytem nad tą produkcją i, cóż, muszę zrobić to ponownie. Z sezonu na sezon ten serial staje się coraz lepszy, powoli zabierając widza w coraz większe momentami opary absurdu. Spin off Żony idealnej już dawno odszedł od typowego procedurala na rzecz dramatu politycznego. I była to świetna decyzja twórców, którzy dodatkowo postanowili umieścić jak najbardziej aktualne wydarzenia ze świata (wygrana Trumpa, później Bidena, Pizza Gate, pandemia), podejmując jednocześnie z nimi dialog i ochoczo je komentując ustami bohaterów. W piątym sezonie, siłą rzeczy, głównym tematem jest pandemia COVID-19, ale również pewien bardzo nietypowy sąd, zupełnie wyłamujący się ze standardowych reguł, którymi powinna kierować się ta instytucja. Całość, jak zawsze zresztą, została fantastycznie odegrana, świetnie napisana (przeszkadzały mi jedynie duchy postaci historycznych, które objawiały się Jayowi) i sprawiła mi ogrom frajdy. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon.


Sylwia Sekret

Sierpień był dla mnie dość nijaki, jeśli chodzi o kulturowe doznania, ale też trudno się czymś zachwycać, jeśli nie bardzo ma się czas na wyjścia, seanse i zatapianie się w lekturze. Muszę natomiast przyznać, że wciągnął mnie niezobowiązujący, ale ciekawy i pod wieloma względami zaskakująco wartościowy program Magicy makijażu (Glow  Up), a dokładnie jego trzeci już sezon. Choć nie do końca odpowiada mi może formuła programu, a dokładnie sposób prowadzenia czy jury, to przyznaję, że i tak na tle podobnych produkcji, w których uczestnicy rywalizują ze sobą w konkretnej dziedzinie, która jest ich pasją, a na której właśnie skupia się program (w tym choćby wszelkie Top Model, Master Chef itd.), po to, by wyłonić najlepszego lub najlepszą, Magicy makijażu i tak mocno skupiają się na samej sztuce, która stanowi temat show, a o wiele mniej na tak zwanych dramach czy nieśmiesznych żartach. Program całkiem nieźle ewoluował od pierwszego sezonu i tę trzecią odsłonę oglądało mi się najlepiej. Choć odpalając pierwszy odcinek, byłam pewna, że na tym poprzestanę, lub włączę ten tytuł raz na jakiś czas jako mało angażujące tło. Tymczasem dałam się wciągnąć, a nawet mój mąż, który makijażem interesuje się w stopniu zerowym, podczas dwóch obejrzanych ze mną odcinków („bo leciało”), zdążył upatrzyć sobie swojego faworyta i kibicować mu. Prace uczestników i uczestniczek programu to nie są zwykłe makijaże, lecz niejednokrotnie wręcz obrazy, dzieła sztuki, których tworzenie, krok po kroku możemy podglądać. Widzimy także, jak makijaż pomaga wyrażać się wielu ludziom, którzy nie potrafili tego zrobić w żaden inny sposób. Jak daje wolność i poczucie wartości. Jak podkreśla równość między kobietami i mężczyznami, jak wyswabadza z reguł, kanonów i bzdurnych zasad. Jeśli pojawi się czwarty sezon – z pewnością obejrzę. Jestem również ciekawa, czy kiedykolwiek pojawi się polska edycja, bo przecież – patrząc choćby na popularność kanałów na platformie YouTube czy na Instagramie – zainteresowanych tą tematyką nie brakuje.


Fot.: Fabryka Słów, Sony Music Entertainment, Jaggy Polska, Techland, Wydawnictwo Lira, HBO GO, BBC/Netflix

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *