wrzesień
wrzesień

Kolejny letni miesiąc za nami i tym samym wkroczyliśmy do złotej – i chyba jednak wcale nie tak ciepłej – jesieni. Ostatni miesiąc wakacji minął nie wiedzieć kiedy, zaraz później przyszedł wrzesień, który chyba był jeszcze bardziej żwawy od poprzedniego miesiąca, bo zniknął tak szybko, jak się pojawił. Niektórzy z nas próbowali we wrześniu zasmakować choćby krótkich podróży, mając w świadomości, że jesień może przynieść tak zwaną drugą falę pandemii. Nieważne jednak, czy podróżuje się, czy nie, muzyki słuchać można wszędzie, czytać książki, e-booki bądź odsłuchiwać audiobooki także. Przedstawiamy Wam wrześniowe podsumowanie kulturalne w formie Ulubieńców, w którym nasze redaktorki i redaktorzy umieścili seriale, książki, czasopisma i muzykę.

A co kulturalnego wydarzyło się u Was? Podzielcie się z nami w komentarzach.

Klaudia Rudzka 

Anton Kuzniecow to  człowiek wielu talentów, którego bez wątpienia warto znać. Skromny multiinstrumentalista mieszkający na przedmieściach Moskwy z dziewczyną i rodzicami śpiewa, produkuje, rapuje, gra na trąbce i tworzy graffiti. Miliony wyświetleń niezwykle estetycznych klipów w Internecie i tysiące fanów to zasługa ciężkiej pracy muzyka, którego twórczość niełatwo zaszufladkować. Najprościej można powiedzieć, że Antocha MC tworzy w „podziemiu”, inspirują go ulice, garaże, piwnice, osiedla. W swojej twórczości balansuje pomiędzy hip-hopem,  muzyką taneczną, jazzem i dźwiękami Jamajki. Jeśli miałabym Antochę do kogoś porównać, byliby to Bitamina+Jamiroquai. Słuchając go aż żal, że lato już się skończyło.

Антоха МС - Время Ток


Anna Sroka-Czyżewska 

Nie miałam do tej pory okazji poznać pisarstwa Sary Moss, ale moja pierwsza styczność z lekturą jej powieści sprawiła, że na pewno sięgnę po wcześniejsze historie, które napisała. Mur duchów zafascynował mnie przede wszystkim nietypową fabułą, która przyciągała i aż się prosiła, aby odkryć poszczególne elementy układanki. Nie jest to jednak powieść, w której wydarzenia są nawarstwione, a sensacja goni sensację. To jedna z takich opowieści, która sunie niespiesznie i w opowiadanej historii przemyca głębię zbijającą z tropu. Sylvie to nastolatka zmagająca się z niełatwą codziennością – żyje w bańce, którą skutecznie otoczył ją surowy ojciec. Matka to postać z pozoru obecna, a tak naprawdę jest cieniem samej siebie – stłamszona latami wyrzeczeń i poniewierki. Z niedomówień, urwanych rozmów i strzępków informacji wyłania nam się obraz dysfunkcyjnej rodziny z tyranem, który nie uznaje świętości ponad jedną, swą własną pasję, dla której jest w stanie poświęcić bardzo wiele. I tak właśnie szary i zwykły kierowca autobusu, jakim jest ojciec Sylvie, zawłaszcza sobie świat, który już dawno przeminął i pod pozorem poznawania dawnych kultur, tłamsi i terroryzuje rodzinę. Starożytna Wielka Brytania jest oczkiem w głowie ojca dziewczyny, który zabiera rodzinę na obóz antropologiczny, aby żyć wzorem dawnych ludzi – jak oni spać w prowizorycznej ziemiance, jeść to, co oni, a co gorsza również traktować kobiety ze swojej rodziny jak niewolnice, wmawiając sobie, że tak zachowuje się prawdziwy mężczyzna epoki żelaza. Podczas obozu Sylvie przejdzie przemianę, dojrzeje wewnętrznie i spojrzy na swego ojca inaczej. Nastrój powieści Sary Moss jest ciężki, duszny i parny. Nic nie jest nie na miejscu, każde słowo i gest ma znaczenie, a krótka forma powieści potęguje wagę słów – nic tutaj nie jest przypadkowe. Wgłębiamy się w powieść, ale przede wszystkim w przemoc, strach i lęki, które są nieodłącznym elementem życia bohaterki. Jest to taka proza, która przytłacza wymową i, mimo że opowieść sunie niespiesznie, to jednak zmierza ku finałowi, który wbija w fotel, zaskakuje i pozostawia czytelnika sam na sam z emocjami.


Natalia Trzeja

Jeśli chodzi o platformy dla serialo-kinomaniaków, to ostatnio HBO nie ma sobie równych. Po zakończeniu matki i królowej wśród seriali, Gry o tron,  ze szczególną uwagą śledzę coraz to nowsze odcinkowe nowości, aby sprawdzić, czy faktycznie moje przekonanie o wyższości GoT nad innymi produkcjami jest jedynym źródłem dobrej reputacji głównego konkurenta Netflixa. Bądźmy szczerzy – niektórzy z nas, wliczając w to mnie, stworzyli konto na omawianej platformie, aby śledzić losy słynnej Matki Smoków w jej pogoni za żelaznym tronem (składając w ofierze kolejne godziny przeznaczone dla zdrowego snu). HBO wiedziało, że aby zatrzymać spore grono maniaków Westeros, musi postawić na silną bibliotekę serialo-filmową, serwując nam równie intensywne emocje, jak podczas oglądania Krwawych Godów czy Bitwy Bękartów. 

Serialem, który w ostatnim czasie zrobił największą furorę, jest oczywiście serial Riddleya Scotta Wychowane przez wilki. Dwa androidy osiedlają się na dziewiczej (a później również bardzo dzikiej) planecie, aby tam wychować ludzkie dzieci. Ziemia spowita jest widmem wojny i nienawiści na tle religijnym, skutkując podziałem obywateli świata na ateistów i wyznawców boga Sola. Androidy, Matka i Ojciec, wychowują dzieci w duchu wiary w naukę i rozwój, jednak spotkanie z ziemskimi „przybyszami” z krwi i kości skutecznie namiesza w głowie młodego Campiona, który powoli podważa niezastąpioną siłę nauki. Wychowane przez wilki, oprócz świetnej muzyki, niesamowitych zdjęć i typowego, aczkolwiek nadal świeżego spojrzenia na gatunek science fiction, porusza tematykę fanatyzmu religijnego i umiejscowienia wiary w życiu każdego człowieka. Mamy tu stary świat, który został zniszczony przez wizję skrajnych wyznawców i próbę wykreowania nowego przez tych, którzy boga widzą tylko i wyłącznie w nauce. Dwie skrajności wzajemnie się nienawidzące i nieustannie walczące. Dwie wizje świata bez możliwości kompromisu. 

Wierzysz w co chcesz, lecz zważaj na wybór. Nie wiesz, który „bóg” jest prawdziwy.  

Wychowane przez wilki - trailer HBO GO

 

 


Magda Przepiórka

Wszechświat w twojej dłoni to popularnonaukowy kawałek literatury, traktujący o otaczającym nas Wszechświecie, fizyce kwantowej, tej teoretycznej, Czarnych Dziurach i innych tajemniczych, jeszcze niezbadanych i przez ludzkość niezrozumianych kosmicznych szaleństw.

Christophe Galfard to 44-letni fizyk, uczeń samego Stephena Hawkinga, a Wszechświat w twojej dłoni to jego literacki debiut. Ten wyszedł mu jednak co najmniej dobrze, momentami świetnie – patrząc na niego oczami totalnie początkującej adeptki nauk przyrodniczych. Fizyka i chemia były dla mnie zawsze dziedzinami, które przysparzały mi ogromu kłopotów, nie zmienia to jednak faktu, że w naukach tych coś mnie fascynowało. Po latach od szkolnych zmagań postanowiłam sobie wrócić/spróbować wrócić do zagadnień, które, choć tajemnicze i niezrozumiałe, jakoś zawsze mnie do siebie przyciągały. Jaki krok może być prostszy od sięgnięcia po dobrą, napisaną przystępnym językiem lekturę łączącą to, co popularne, z tym, co naukowe? Pierwszym wyborem była książka astrofizyczna Nie mamy pojęcia. Przewodnik po nieznanym Wszechświecie – humorystyczna, świetnie zilustrowana, ale i wymagająca czytania uważnego. Dobry kawałek historii, który, choć zapewnia rozrywkę, przy tym tak wiele potrafi uświadomić, unaocznić czy też zachęcić do dalszego poznania. W publikacji Wszechświat w twojej dłoni może i styl autora oraz sama narracja już tak nie zachwycają, jednak jako książka wprowadzająca – czy też jedna z pierwszych – sprawuje się znakomicie. Pierwsze rozdziały mogą dać złudne wrażenie, że całość nie jest zbyt wymagająca i odpowiednio wyczerpująca temat. Niemniej Galfard doskonale wie, co robi. Każdy kolejny rozdział, każda kolejna część przedstawiają nam kolejne warstwy Wszechświata, których poznanie pozwala przejść nam na następne poziomy. Im dalej, tym trudniej, a wyobraźnia musi wykonywać coraz bardziej fikuśne figury, aby umysł zrozumiał, o co w tym całym Wszechświecie w ogóle chodzi. Zdumiewa to, jak mało – praktycznie nic – wiemy o otaczającej nas przestrzeni, ale i zaskakuje, jak dużo poznaliśmy jedynie w trakcie ostatniego stulecia. Wszechświat w twojej dłoni to intrygująca zabawa edukacyjna. Początkowo poznajemy fundamenty astrofizyki, następnie krążymy wokół pól kwantowych, a w końcu poznajemy teorie na temat wieloświatów (w książce przedstawione są cztery najpopularniejsze i najbardziej prawdopodobne). Czyta się to niczym dobrą, angażującą fantastykę, a przy tym jest to doskonała książka podróżnicza, w której zwiedza się niesamowicie fascynujące przestrzenie. 


Małgorzata Kilijanek

We wrześniu zaczytywałam się zarówno w najnowszym, jak i w sierpniowym Piśmie. Dorota Masłowska udzieliła w nim wywiadu Katarzynie Kazimierowskiej, w którym podzieliła się trafnymi spostrzeżeniami dotyczącymi świata w okresie pandemii, absurdów związanych z przymusem promocyjnym dzieł literackich, nienadążającego za zmianami języka polskiego czy FOMO. To jakaś straszna inwestycja czasu i energii, żeby nadążać za wszystkim, nie wiem, jak ci ludzie to robią, muszą mieć silną motywację. Ostatecznie myślę, że FOMO jest antytwórcze, bo kontrolując ciągły napływ treści, nie da się tworzyć własnych. dodała. Poza wywiadem, jak zawsze we wspomnianym czasopiśmie, zagościły eseje, spośród których wyróżnię: Zachód musi nauczyć się pokory Leszka Jażdżewskiego, Dlaczego niektóre pomniki trzeba obalić? Łukasza Zaremby, Wyleczmy się z kapitalizmu Przemysława Wielgosza oraz Na wiejskiej drodze Agnieszki Pajączkowskiej. Waszej uwadze polecam cały sierpniowy numer, a pochodzące z niego teksty znajdziecie na stronie internetowej „Pisma.

Pozostając w temacie prasowym – w sierpniowym wydaniu dwumiesięcznika Książki. Magazyn do czytania zachwyciły mnie szczególnie dwa teksty. Pierwszy to dzieło Mariusza Szczygła  dotyczące Milana Kundery (chyba o lepsze połączenie nazwisk ubiegać się nie można!), a dokładnie krytyczne spojrzenie na biografię Kundery autorstwa Jana Nováka. Drugi to reportaż Michała Nogasia opowiadający o poszukiwaniu Alice Munro, która po otrzymaniu Nobla w 2013 roku wycofała się z życia publicznego. Emocjonująca opowieść nie została jednak przytoczona w całości, gdyż jej pełna wersja ukaże się w książce Michała Nogasia Z niejednej półki, będącej zbiorem wyjątkowych wywiadów przeprowadzonych przez dziennikarza z wybitnymi jednostkami. Premiera książki odbędzie się 14 października i już można zamawiać ją w przedsprzedaży (co oczywiście sama uczyniłam).

W lipcu za to premierę miała płyta Dry – Demos PJ Harvey, stanowiąca odświeżenie jej debiutanckiego albumu, pełna niepublikowanych wcześniej nagrań w wersjach demonstracyjnych. Artystka nagrywała je w 1991 z myślą o swoim debiucie, a jak pisał o nim później Pitchfork: Polly Jean Harvey połączyła żarliwość Patti Smith z lubieżnością Bessie Smith, pokonała wszystkich na brytyjskim torze niezależnym i natychmiast stała się gwiazdą. Przyjemnie móc zasłuchiwać się w tych nieznanych wcześniej wersjach dzieł królowej sceny alternatywnej.

Miniony wrzesień to także festiwal filmów dokumentalnych Millennium Docs Against Gravity, którego piętnaście filmów przybliżyłam w relacji na naszej stronie. Zabrakło w niej jednak wzmianki o filmie Marcina Borchardta Tony Halik, który obecny był w festiwalowym repertuarze, a wart jest uwagi. Zrecenzowałyśmy go z Klaudią w ramach Wielogłosu – obie bardzo ten dokument polecamy.

LINK DO WIELOGŁOSU TONY HALIK


Patryk Wolski

Jako szczęśliwy użytkownik usługi Microsoftu Ultimate Game Pass, mam dostęp do wielu tytułów w ramach świadczonego abonamentu – i wiele z nich to głośne tytuły, które oferują wielogodzinną rozgrywkę, rozbudowany świat i mechanikę. Coraz częściej jednak zauważam, że na takie gry po prostu nie mam czasu – wymówka stara jak świat, ale zawiera w sobie ziarno prawdy. Na myśl o rozpoczęciu gry, na której przejście będę musiał poświęcić kilkadziesiąt godzin, od razu mi się odechciewa brać pada do ręki. Dlatego wyszukuję tytuły, które może nie są głośne, ale zagwarantują mi kilka lub kilkanaście godzin dobrej zabawy. Upolowałem we wrześniu grę Kona i to był strzał w dziesiątkę. Od razu kupił mnie klimat surowej, zaśnieżonej i prawie bezludnej Kanady (Long Dark, witaj ponownie!) i powolnej narracji, która pozwala mi na swobodne zwiedzanie świata i zaglądanie w kąty po swojemu. W pewnym momencie gra przypomina symulator spacerowicza (mamy do dyspozycji również samochód, ale to odbiera wiele uroku) z domieszką survivalu (ale niezbyt agresywnego, bo największym zmartwieniem jest tak naprawdę zimno) i intrygującymi wątkami. W grze jesteśmy prywatnym detektywem – tak, wiem, sztampa – który dostał ciekawe zlecenie od lokalnego biznesmena. Jak to w tego typu historiach bywa, sprawa od razu się komplikuje, a nam pozostaje odwiedzać punkty na mapie, które mogą nam zdradzić, co tak naprawdę stało się w tym zapomnianym przez cywilizację miejscu. Dodać do tego możemy tajemniczy wątek rdzennych mieszkańców tych ziem, a nawet wątek paranormalny, który uroczo łączy się z opowiadaną historią, a przypomniał mi o magii, którą czułem przy odkrywaniu cudowności pierwszej części Life is Strange. Co prawda grę na chwilę porzuciłem, ale nie wątpię, że do Kony wrócę już niedługo, aby wznowić moje śledztwo.


Michał Bębenek

Któż z nas, dinozaurów żyjących w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie wspomina z sentymentem rozrywkowego kina tamtych czasów? Jednym z takich obrazów, wałkowanych na kasetach VHS, był bez wątpienia Karate Kid. Losy młodego Daniela LaRusso, dzieciaka, którego arkanów karate uczył sędziwy pan Miyagi, potrafiły przemówić do wyobraźni takiego samego dzieciaka, siedzącego po drugiej stronie ekranu. W filmie Daniel opanowuje sztukę walki do tego stopnia, że ostatecznie wygrywa prestiżowy turniej karate, pokonując jednocześnie dręczącego go osiłka, Johnny’ego Lawrence’a, dotychczasowego mistrza z konkurencyjnej szkoły Cobra Kai. I tutaj właśnie dochodzimy do mojego odkrycia tegorocznej jesieni – serialu zatytułowanego właśnie Cobra Kai. Nie jest to może odkrycie nowe, bo serial zadebiutował na YouTube dwa lata temu. Teraz pod swoje skrzydła przygarnął go Netflix i właśnie tam udało mi się obejrzeć dostępne dwa sezony. Cobra Kai zupełnie odwraca perspektywę, przenosząc akcję w czasy nam współczesne, a głównym bohaterem czyniąc czarny charakter z oryginalnego filmu. Nic tutaj nie jest jednak jednoznacznie czarne albo białe. Bohaterowie mają mnóstwo odcieni szarości i nabierają niebanalnej głębi. Zarówno Johnny, jak i Daniel (powtarzający swoje role po latach William Zabka i Ralph Macchio) pokazują się od stron, których nie spodziewalibyśmy się po tych postaciach. Johnny’ego poznajemy jako życiowego nieudacznika, wynajmującego ponure mieszkanie, jeżdżącego wciąż tym samym wozem z lat 80. Na życie zarabia jako złota rączka i co wieczór upija się do nieprzytomności. We własnej samoocenie nie pomaga mu też wszechobecny w reklamach i na billboardach Daniel LaRusso, który stał się bardzo wpływowym (i bogatym) dealerem samochodowym. Wszystko zmienia się pewnego wieczoru, kiedy Johnny, wychodząc z monopolowego, napotyka grupkę szkolnych osiłków bijących słabszego dzieciaka (który przy okazji jest także sąsiadem Johnny’ego). Dawny mistrz daje im wycisk w stylu karate, a wybawiony z opresji Miguel (w tej roli świetny Xolo Mariduena) namawia Johnny’ego, aby ten uczył go sztuk walki. Ostatecznie prowadzi to do ponownego otwarcia szkoły Cobra Kai, która z biegiem czasu zapełnia się coraz większą liczbą nowych uczniów. Kiedy dowiaduje się o tym Daniel, jego wewnętrzny spokój zostaje zburzony do tego stopnia, że w końcu LaRusso otwiera własną szkołę karate. Dawne zatargi i rywalizacje odżywają ze zdwojoną siłą, prowadząc do spektakularnych pojedynków na szkolnych korytarzach. Cobra Kai poprowadzone jest bezbłędnie, budując wiarygodne postacie, którym chce się kibicować. Co więcej, kibicujemy wcale nie temu „dobremu”, którego zapamiętaliśmy ze starego filmu, lecz dawnemu dupkowi, który okazuje się bardzo zagubionym, ale z grubsza porządnym człowiekiem. Zdecydowanie polecam, nawet tym, którzy nigdy Karate Kid nie lubili, bo Cobra Kai to zupełnie inna jakość, dostosowana do naszych czasów, lecz jednocześnie doprawiona odpowiednią ilością nostalgii.

LINK DO ARTUKUŁU Z CYKLU VHS NOSTALGIA


Jakub Pożarowszczyk

Wczesna jesień zwykle jest dobrym momentem roku dla fanów muzyki z powodu wręcz nadpodaży premier płytowych. W pandemicznym roku 2020 dużo nowości dodatkowo przesunęło się z feralnej wiosny na okres w roku, w którym liście spadają z drzew. Szkoda tylko, że nadrabiając straconą wiosnę w strachu przed ewentualnie straconą zimą, nie zawsze znajdujemy czas na poznanie tych wszystkich dobroci, które spływają do nas z rąk niezmordowanych muzyków z całego świata, którzy w pocie czoła tworzą nową muzykę, starając się tym samym,  aby ten rok miał w sobie cokolwiek pozytywnego.

Dzisiaj u mnie nietypowo, bo polecę Państwu raptem dwa single i to od tego samego artysty. Bruce Springsteen powrócił z The E Street Band z piosenkami Letter To You Ghosts, zapowiadając na październik nowy album, zatytułowany zresztą tak, jak pierwsza z wyżej wymienionych kompozycji. Boss zamknął się ze swoim zespołem w domowym studiu i w pięć dni stworzyli dziewięć nowych piosenek oraz powrócili do trzech dawnych kompozycji (napisanych z myślą o debiutanckim albumie w 1973 roku), których po prostu nie nagrali ostatecznie. Tekstowo, szczególnie w utworze Ghosts Springsteen, podobnie jak na Western Stars, wraca myślami do przeszłości, trochę z sentymentem, nostalgią, przywołując z pamięci występy z lat siedemdziesiątych (Bruce opowiadał niedawno w wywiadzie, że bardzo brakuje mu teraz koncertów i rzecz jasna planuje, ale dopiero na rok 2022, trasę, gdy być może sytuacja pandemiczna na świecie zostanie opanowana). W Ghosts Boss przy okazji wspomina zmarłych muzyków, opowiada o bólu, jaki powoduje strata jednego z członków zespołu. E Street Band to nie jest „zwykły” zespół, trzeba pamiętać, że tych ludzi od dawna łączy więź przyjaźni i braterstwa, co można odczuć, słuchając płyt Springsteena, a szczególnie widoczne jest to podczas występów na żywo.

Bruce Springsteen - Ghosts (Lyric Video)

Jestem bardzo ciekawy pozostałych kompozycji, bo mam wielką nadzieję na mocną obserwację współczesnego świata (jak to u Bossa niejednokrotnie bywało). Potrzebujemy tego.


Mateusz Norek

Jako wielki fan gier strategicznych, będąc nastolatkiem, zagrywałem się nie tylko w kultowe Heroes of Might & Magic, ale również w mniej popularne, lecz równie udane turówki – DisciplesAge of Wonders. Ta ostatnia seria po dwóch odsłonach na długo zniknęła, by w 2014 roku zaliczyć dość niespodziewany, ale bardzo udany powrót. Jej recenzja, którą znajdziecie TUTAJ, była zresztą pierwszym tekstem, który napisałem na łamach Głosu Kultury.

Studio Triumph w zeszłym roku zaskoczyło ponownie, wypuszczając nową część pod tytułem Age of Wonders: Planetfall, jako grę osadzoną w zupełnie innych realiach. Realia klasycznego fantasy zmieniono w science fiction, świetnie zachowując balans pomiędzy świeżymi, ciekawymi rozwiązaniami, a starym i znajomym szkieletem rozgrywki, w którym fani serii od razu mogą się odnaleźć. Zamiast w mniejszym lub większym stopniu odcinać kupony, twórcy nie tylko postawili na zupełnie nowy świat, ale również usprawnili praktycznie każdy element rozgrywki. Tereny podzielone teraz na sektory są bardziej unikatowe i dostarczające odmiennych surowców, a co za tym idzie, rozbudowa imperium jest ciekawsza i bardziej złożona. Całkowicie przebudowano dyplomację, by nie wypowiadać wojen na lewo i prawo – teraz, by uzyskać poparcie społeczeństwa dla zbrojnej interwencji, niezbędne jest posiadanie na danego gracza punktów casus belli, usprawiedliwiających atak.

Zamiast jednak dość sztampowych ras – jak elfy, orki czy ludzie – frakcje w Planetfall są bardziej unikatowe. Dvarowie przypominają kosmiczne krasnoludy, mogące agresywnie eksplorować planety, Zgromadzenie to cyborgi, mogące naprawiać się na polu walki, a Syndykat jest kupiecką gildią, która w swojej armii posiada oddziały niewolników, a ich specjalizacją są dyplomatyczne intrygi. Jeszcze ładniej prezentuje się grafika, szczególnie dużo krok naprzód widać w modelach jednostek, które teraz są o wiele bardziej szczegółowe. Mógłbym tak wymieniać długo, więc napiszę tylko, że jeśli ktoś szuka bogatej i nowatorskiej gry 4X, Planetfall jest tytułem zdecydowanie godnym polecenia.

Fot.: Wydawnictwo Otwarte, HBO, Netflix, YouTube, Sony Music.

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *