Wrzesień chyba wszystkich nas zaskoczył. Kiedy już bowiem zdawało się, że typowa, szara, deszczowa i zimna jesień nie opuści nas aż do lata, przyszedł on – cały na żółto i czerwono, racząc nas nie tylko obrazem majestatycznie spadających z drzew liści, ale również ciepłymi promieniami słońca, które pozwalały się sobą nacieszyć, jakby wiedziały, że potem na długo o nich zapomnimy. Nie obyło się oczywiście bez zdradzieckich podmuchów zimnego już wiatru, który zdawał się podszczypywać nas, przypominając, że to już jednak jesień. I choć październik przywitał nas szaroburą aurą, a w ruch poszły niemal jak na zawołanie szaliki, czapki i ciepłe buty (kalosze mile widziane), to w głowach wciąż mamy ten piękny wrzesień. Również nasze kulturalne serca przywołują wspomnienia minionego miesiąca, dlatego kolejny raz dzielimy się z Wami naszymi ulubieńcami. Jakie utwory muzyczne towarzyszyły nam, kiedy za oknem pysznił się miesiąc, w którym lato i jesień spierają się ze sobą? Jakie filmy wgniotły nas w fotel? Jakie książki okazały się godne polecenia? Koniecznie sprawdźcie i podzielcie się swoimi ulubieńcami!


 

Anna Sroka-Czyżewska

We wrześniu 2021 roku świat obchodził smutną rocznicę – dwie dekady temu miał miejsce przerażający atak terrorystyczny, którego celem były strategiczne miejsca w Stanach Zjednoczonych, w tym wieże WTC oraz gmach Pentagonu. Sięgnęłam po dwie publikacje dotyczące zamachów – Jedyny samolot na niebie. Historia mówiona zamachów z 11 września Garetta M. Graffa oraz 11 września. Dzień, w którym zatrzymał się świat Mitchella Zuckoffa. Jednak to ten drugi tytuł zrobił na mnie większe wrażenie i to o nim postanowiłam tutaj napisać. Autor stara się uszeregować wszystkie fakty, które znamy na temat zamachów, zamachowców i ofiar. W dużej mierze skupia się na poszczególnych osobach, które tego dnia były w którejś z wież lub w porwanych samolotach. Przez to reportaż jest w jakiś sposób hołdem dla ofiar, ale także próbą niezatarcia tych tragicznych wspomnień, szczególnie dla młodych ludzi urodzonych już po wydarzeniach z 9/11. My także, z szumu informacyjnego, teorii spiskowych, które krążą od momentu zamachu i różnych niespójnych informacji, otrzymujemy rzetelny reportaż oparty na faktach, relacjach świadków, którzy byli na miejscu wydarzeń. I dostajemy opowieść o zwykłych ludziach, którzy rankiem jedenastego września 2001 roku szli do pracy, na spotkania czy postanowili polecieć na wycieczkę. To, co ich spotkało, uderza w nas ze zdwojoną siłą, autor bowiem przybliża nam ich sylwetki, plany i marzenia, które w większości przypadków zostały zniweczone przez fanatyczną grupę terrorystów. To rzetelna kronikarska analiza wydarzeń z tego wrześniowego dnia, nie zawiera jednak głębszej analizy sytuacji, która doprowadziła do zamachów (pisze jedynie o początkach al-Kaidy, fatwie nakłaniającej do zabijania Amerykanów z 1998 i poszczególnych wydarzeniach, które poprzedzały ataki na WTC), nie ma tu analizy i wniosków, nie ma odpowiedzi lub próby odpowiedzi, dlaczego zamachy miały miejsce, ale także o tym autor wspomina we wstępie, wyjaśnia też powody tej decyzji. Uważam, że publikacja jest bardzo ważna, dobrze napisana. Nie ma tutaj przesadnego patosu, a sam autor stara się być rzeczowy i obiektywny, dlatego ta pozycja też jest według mnie warta uwagi. Reportaż odsłania też wiele faktów, których nie znałam, także przeraża, głównie przez ukazanie chaosu, jaki panował na najwyższych szczeblach władzy, wśród służb państwowych i wojska. Było to dla mnie niewyobrażalne, ale jednak uświadomiło mi, że tam po prostu nikt nie spodziewał się takiego zamachu, jakiegokolwiek zamachu, gdyż ten z 11 września stał się przykładem skoordynowanej akcji, która uwzględniała porwanie kilku samolotów i była inna, niż jakiekolwiek służby mogłyby przypuszczać. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje, dlatego też nikt nie mógł na to zareagować. Książka Mitchella Zuckoffa jest świetnym reportażem, który czyta się w ogromnych emocjach, jest także wstępem do innych książek, które nieco mocniej zgłębiają ten temat.


Anna Bugajna

Książka Mniej znaczy lepiej autorstwa Jassona Hickela ma za zadanie zaszczepić w nas pewną ideę, która może ocalić planetę przed całkowitą degradacją przez człowieka. Ma na celu również uświadomienie nam mechanizmów systemu ekonomicznego, w którym tkwi każdy z nas. Systemu, który ma na celu ciągły wzrost. Hickel odwołuje się do masy badań naukowych, do nurtów filozoficznych, historii i ekonomii. Jest to książka niezwykle erudycyjna, która porusza niemal każdy aspekt życia człowieka i ukazuje, jak wzrościzm niszczy nam planetę, a nas samych unieszczęśliwia.

Autor nie pozostawia jednak czytelnika bez odpowiedzi na pytanie: co dalej? Czy jesteśmy w stanie zatrzymać ten ciągły kapitalistyczny wzrost, który prowadzi do zagłady, zmienić bieguny naszego życia i powiedzieć: „dość – nie potrzebuję więcej”? Podaje przykłady kilku konkretnych rozwiązań, które mogą być wprowadzone oddolnie, jednak w głównej mierze, aby miały skutek globalny, muszą zostać wprowadzone wyżej – tam, gdzie rządzi pieniądz, w świecie kapitalistycznych grubych ryb i władzy. Świat przedstawiony przez Haksela – w którym jednostka, będąca ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego, w końcu sama decyduje o tym, czego potrzebuje, a czego nie, wyrywa się z korporacyjnych więzów – to piękna idea. W takim świecie, w którym w końcu docenia się rolę ekosystemów, zrzuca się człowieka z piedestału i uczy pokory w stosunku do sił przyrody, łączy się go ponownie z Ziemią, naprawdę dobrze by się żyło. Wymaga to jednak przeformułowania myślenia zakorzenionego w człowieku od przeszło 500 lat. Nikt nie powiedział, że nie warto spróbować. 

W każdym razie mocno polecam Wam tę książkę. Warto ją przeczytać dla innej perspektywy, dla przywrócenia samej nadziei w człowieka, który, jak udowadnia autor, nie jest zły i głupi – tylko uwięziony w pewnych mechanizmach, z których nie ma wyjścia. Inna perspektywa, mam nadzieję, a z pewnością ma ją również autor, wpłynie na wasze decyzje – nie tylko te zakupowe, ale także wyborcze.


Klaudia Rudzka

Wrzesień to prolog do jesieni zwiastujący coraz dłuższe i zimniejsze wieczory. Co za tym idzie? Więcej czasu poświęcamy na filmy, książki, rozrywki, którym oddajemy się w domowym zaciszu. W sobie również zauważyłam tendencję do obcowania z większą niż latem ilością filmów i seriali oglądanych w domu. W tym miesiącu kluczowe były dla mnie reportaże. Ogromne wrażenie wywarł na mnie film Rozdroże  w reżyserii Anastasiy Miroshnichenko. Jest to dokumentalna historia bezdomnego malarza z Homla, która porusza do głębi. Valery Liashkevich to człowiek o wielkim talencie i równie wielkiej mądrości, który niczym prorok objawia przed kamerą prawdy dotyczące sztuki, malarstwa, swojej codzienności na ulicy czy w końcu sensu życia. Osobiście jego niezwykłe spostrzeżenia skojarzyły mi się z narracją Andrieja Tarkowskiego, który w podobny sposób wypowiadał się na temat języka filmowego i sztuki w ogóle. Valery od dwudziestu lat żyje na białoruskim dworcu kolejowym, gdzie dla miejscowych mieszkańców stał się lokalną atrakcją. Dla widzów, którzy pierwszy raz mają z nim do czynienia, staje się zdecydowanie kimś więcej. Film jest zrealizowany według czterech pór roku. W każdej z nich towarzyszymy malarzowi-filozofowi w jego codzienności oraz procesie twórczym. Jesteśmy przy nim podczas „plenerowej” wystawy jego awangardowych dzieł, podróży do Rosji czy rozmów z ludźmi. Mimo ogromnego trudu i doświadczeń życiowych Valerego nie opuszcza pozytywne nastawienie do świata i życia oraz wewnętrzny spokój. Z każdą kolejną minutą kibicujemy mu, by w końcu tak wielki człowiek został doceniony. Polecam z całego serca wszystkim, którzy chcą się o tym przekonać. Jest to wspaniała inspirująca lekcja ucząca pokory, opowiadająca o wewnętrznym bogactwie niezwykłego artysty.


Magda Przepiórka

Nie lubię jesieni. A przynajmniej tej błotnisto-deszczowo-brunatnej części. Początek jest fajny. Często świeci słońce, wiatru jest mało, powietrze zaczyna przyjemnie szczypać twarz, wieczorami odrobinę mrozić, a spacerowanie nigdy nie jest tak przyjemne, jak teraz. Można brodzić w kolorowych liściach, można maszerować bez muzyki w uszach. Ale taki okres to właśnie jest, że tej przyjemnie melancholijnej jesieni coraz mniej, a więcej tej szarawej nieprzyjemnej, z którą się nie lubię. Więc jak tu sobie inaczej poprawić humor jak nie muzyką? Szperam po Spotify, szperam po YouTube, przesłuchuje dziwaczne stacje radiowe w sieci. Nic. Posucha. Ale tak to się pewnego dnia zdarzyło jakoś, że nie przedłużyło mi się konto premium w Spotify. Początkowo się nie zorientowałam, bo część reklam pomiędzy utworami była po prostu fragmentami innych utworów. No i raz mi się w nich Marie pojawiła. Nie zdążyłam załapać, co to, kto to. Fragment się skończył, lista odtwarzania ruszyła dalej. Drugi raz to samo, już nutę i głos kojarzyłam. Potem trzeci – za trzecim złapałam. I cóż to był za świetny traf na sezon jesienny.

Marie – Zero Calorie Cookie (Official Video)

 

Zero Calorie Cookie to jest właśnie ten utwór, który mi się po Spotify bezceremonialnie szwendał. To jest taki pozytywny strzał energetyczny, zmuszający do uśmiechu, tuptania i pląsania, że ja nie mogę… Słodki, wesoły, odrobinę ironiczny i pełen dystansu pop wraz z przeuroczą wokalistką (która pod pewnymi względami może się z Sanah kojarzyć) to niepodrabialna mieszanka. Pierwszy jesienny crush mam już za sobą i coś czuję, że z Marie to ja się długo nie rozstanę. Dziewczyna ma na swoim koncie wiele innych świetnych utworów, które wpadają, uzależniają i już zostają (Chewing Gum, Tum Tum Tum, Dżinsy czy Matka Polka). A poza tym to odtwarzam sobie ostatnio regularnie playlistę z kawałkami Sparks. O braciach Mael można dowiedzieć się więcej z dokumentu (w reżyserii Edgara Wrighta) The Sparks Brothers, który w całkiem przyjemny, choć nie do końca oryginalny sposób przybliża persony tych dwóch szalonych ekscentryków. O Sparks zrobiło się ostatnio głośno za sprawą filmu Annette, do którego to napisali muzykę oraz… scenariusz – rzecz całkiem bezprecedensowa. Sparks na muzycznej scenie pojawiają się jednak już od lat 70. (zadebiutowali albumem Sparks w 1971). Poniżej mój ulubiony utwór z płytki In Outer Space – I wish I looked a little better. Pełen autoironii kawałek, który momentalnie przenosi do początku dziwacznych lat 80. i nie chce mi od miesiąca z głowy wyjść.

I Wish I Looked a Little Better

 


Millennium Docs Against GravityMałgorzata Kilijanek

We wrześniu sporo czasu udało mi się spędzić w kinach studyjnych podczas 18. edycji Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity. Wśród tytułów, które zrobiły na mnie największe wrażenie, znalazły się między innymi: Salwador. Piekło kobiet, w którym obywatelki Salwadoru mówią wprost, że zachodząc w ciążę, stają się żywymi inkubatorami, a mężczyźni decydują o ich losie i prawie do życia płodów, nie kobiet; Film balkonowy –  zbiór rozmów Pawła Łozińskiego z przechodniami, rejestrujący uniwersalny obraz społecznych różnorodności; Tańcząca z rekinami – wciągająca opowieść o karierze Valerie Taylor, byłej łowczyni rekinów i podwodnej fotografki, obecnej aktywistki na rzecz ich ochrony; Kret w Korei, który skupia się na ponaddziesięcioletnim śledztwie wewnątrz struktur powiązanych z Koreą Północną, prowadzonym przez reżysera i bohatera tytułowego, Ulricha Larsena; Wszechświat Milesa Davisa – portret nie tylko najbardziej znanego jazzmana, ale i jego niewystarczająco docenionego następcy, Wallace Roneya. Więcej o tegorocznym festiwalu możecie przeczytać w moich siedmiu relacjach – było w czym wybierać.

W warszawskim Muzeum Narodowym do 10 października trwała za to wystawa Artystka. Anna Bilińska 1854-1893, która poza interesującymi wątkami biograficznymi z życia Bilińskiej, skupiała się na postrzeganiu pozycji twórcy w świecie (kreującego własny wizerunek poprzez autoportrety), samoświadomości malarki i ograniczeniach kobiet na drodze artystycznej w XIX wieku, tworzonych przez normy i oczekiwania społeczne. W ramach ekspozycji w muzealnych salach oprócz jej najsłynniejszego Autoportretu z paletą znalazł się Autoportret niedokończony. Dzieło to miało wzbogacić galerię autoportretów najsłynniejszych malarzy polskich hrabiego Korwin-Milewskiego, ale pracę nad nim przerwała jednak przedwczesna śmierć artystki. Wystawa zachwycała, a o tym, ilu podziwiających podzielało tę opinię, można się było przekonać, czytając księgę wrażeń umieszczoną tuż przed wyjściem. Jeżeli nie mieliście okazji jej zobaczyć, wciąż możecie zapoznać się z materiałami związanymi z wystawą udostępnionymi w Cyfrowym MNW.


Karolina Krawczuk

W moim przypadku na miano ulubieńca września zasługuje książka Jeffreya Eugenidesa Przekleństwa niewinności. Powieść, wydana w 1993 roku, została przetłumaczona na piętnaście języków i doczekała się ekranizacji. Eugenides w tej debiutanckiej powieści skrzyżował różne problemy: dorastania, erotyzmu, pożądania i śmierci.

Przekleństwa niewinności opowiadają o grupie nastoletnich chłopców obsesyjnie podglądających siostry Lisbon. Akcja powieści toczy się w latach 70. XX wieku na przedmieściach Detroit. Dziewczęta, wokół których rozgrywa się cała fabuła, poznajemy wyłącznie z perspektywy wspomnień chłopców. Poprzez rozmaite spekulacje, wspomnienia i potajemnie zebrane „eksponaty” narratorzy próbują poskładać wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości i odcisnęły piętno na ich dalszym życiu.

Największą zaletą omawianej powieści jest jej narracja. Osoba opowiadająca historię występuje zarówno w formie jednostkowej, jak i zbiorowej. Jest tworem anonimowym, nie ma twarzy, jednak ze szczególną skrupulatnością opisuje innych uczestników wydarzeń. Taka konstrukcja sprawia, że my – odbiorcy – utożsamiamy się z narratorem i dajemy się wciągnąć w jego fascynującą opowieść, pełną tajemniczości i niedopowiedzeń. Zdarzenia przedstawiane są fragmentarycznie, nie tworzą ciągłej historii, co przywołuje na myśl kompozycję filmową. Poznajemy tylko wybrane, istotne w odczuciu narratora kadry. Nie widzimy, jak krok po kroku zmieniają się uczucia i sposób myślenia bohaterek historii. To nadaje powieści klimat obsesji i powoduje, że fabuła staje się ciekawsza. 

Autor w znakomity sposób portretuje rozmaite emocje, buduje gęstą atmosferę i jednocześnie oddaje klimat małego, amerykańskiego miasteczka. Chociaż tematyka książki jest trudna, naznaczona cierpieniem, to bez wątpienia zasługuje na uwagę każdego, kto lubi obcować z aurą tajemniczości i mnogością niedopowiedzeń.


billy summersSylwia Sekret

To będzie taki trochę ulubieniec na siłę, ale nie do końca. Bo z jednej strony, kiedy pomyślę sobie o najnowszej książce Kinga, to nie mam w głowie jakichś zachwytów ani ścisłej czołówki dzieł pisarza z Maine. Z drugiej jednak strony, to właśnie Billy Summers przebił się w końcu przez moją niemoc do czytania, przez stagnację czytelniczą. Sprawił, że przypomniałam sobie, jak to jest sięgać po książkę w każdej możliwej chwili, choćby na 2 minuty, by potem niecierpliwie stukać palcami, wyczekując kolejnego dogodnego momentu. Bo Billy Summers wybitnym dziełem nie jest. Nie jest zachwycającą książką, nie chwyta czytelnika za gardło, nie powala ani nie zaskakuje w sposób, jaki byśmy sobie tego życzyli. Ale przecież Ulubieńcy miesiąca to miejsca na opowiedzenie o tytułach, które w danym miesiącu się jakoś się wyróżniły, prawda? A Billy Summers wyróżnił się tym, że po pierwszych 100 stronach, po których już myślałam, że będę się niemiłosiernie męczyć podczas lektury, wciągnął mnie i zmuszał do jak najszybszego przewracania kartek. Podczas lektury zrobiłam coś jeszcze. Coś strasznego. Czytelniczo niewybaczalnego. Coś, co kiedyś robiłam często, ale przez ostatnie lata potrafiłam się jakoś opanować. Byłam twarda. Do czasu. W pewnym momencie lektury nie powstrzymałam się i… zerknęłam, jak za starych dobrych czasów, najpierw gdzieś losowo, do środka książki i przeczytałam na chybił trafił kilka zdań. A potem było jeszcze gorzej. Nie mogąc się powstrzymać, zerknęłam na ostatnią stronę. Lubię, kiedy książka ma nade mną taką władzę. Kiedy sprawia, że mam potrzebę wyprzedzić historię, wyprzedzić bohaterów, żeby móc przygotować się na to, co ich czeka. Albo, by pozytywnie się zaskoczyć, bo te ostatnie strony potrafią wybrzmieć zupełnie inaczej czytane w oderwaniu od całej książki, a zupełnie inaczej w odniesieniu do pełnej historii. Tak, Billy Summers to mój ulubieniec września (w zasadzie to wrześniosierpnia) A King, stary poczciwy King, sprawił mi tą książką dużo frajdy. Dzięki, panie Stephen. Było naprawdę fajnie.

Mój i Ani Wielogłos o książce znajdziecie tutaj.


Fot.: Wydawnictwo Poznańskie, Karakter, Millennium Docs Against Gravity, Wydawnictwo Znak, Prószyński i S-ka

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *