Po niemal półrocznej przerwie Ulubieńcy miesiąca wracają do stałego cyklu redakcyjnego. Wiecie na czym to polega – raz w miesiącu dzielimy się z Wami tytułami popkultury, które zawładnęły naszymi sercami. Dlatego jest to tekst trochę polecający, a trochę wychwalający. Sprawdźcie, co we wrześniu podobało się niektórym naszym redaktorom najbardziej i – oczywiście – podzielcie się tytułami, które podobały się Wam. A jeśli nie znacie rzeczy, o których piszemy – gorąco polecamy je Waszej uwadze.
Gosia Kilijanek
Do grona wrześniowych ulubieńców zaliczam wystawę Zobacz: Brytania krakowskiego Muzeum Fotografii. Brytyjskie kadry dokumentalne z lat 1963-2020 po raz pierwszy w tak dużym wyborze zaprezentowano poza Wielką Brytanią. Na fotograficznej mapie zauważyć można było, na co w tych czasach kierował się wzrok naciskających spusty migawek. W kadrach znalazły się dowody na rosnący konsumpcjonizm, rozłamy społeczne, poszukiwanie spokoju nad morzem czy wędrowniczy styl życia. Mieszanka różnych oblicz rządów Thatcher, multikulturowości, okresu Brexitu, pandemii czy masowego zamykania kopalni.
Na ścianach muzeum zawisły fotografie klasyków brytyjskiej fotografii, takich jak David Hurn, Anna Fox, John Davies czy Martin Parr, ale nie zabrakło też nazwisk mniej znanych. Fotografia – odkąd została wynaleziona – pomaga opowiadać historie. Zdjęcia utrwalają wizerunki ludzi, pokazują ich życie codzienne, święta oraz różne ważne i mniej ważne zdarzenia. Fotografia przybliża otaczającą rzeczywistość i – co najistotniejsze – opowiada o niej w określony sposób. – głosił wstęp do części dotyczącej tożsamości. Wystawa uchwyciła rzeczywistość społeczną i polityczną, codzienność wielu kultur brytyjskich prowincji, niedosłowności upadków, kryzysów i przewrotów. Moją szczególną uwagę zwróciły prace Dr Yan Wang Preston, która na sesje zdjęciowe zaprosiła chińskich studentów mieszkających w Liverpoolu.
Zdjęcia wybrane na wystawę przez Ralpha Goertza – kuratora z Institut für Kunstdokumentation und Szenografie w Düsseldorfie – pokazują oryginalność fotografii brytyjskiej. Przede wszystkim świadczą o postawie dokumentalistów, którzy dzięki niezwykłej umiejętności nawiązywania bliskiego kontaktu z fotografowanymi, tworzą sugestywne obrazy zachęcające do krytycznego, ale pełnego zrozumienia myślenia o przedstawionej rzeczywistości – tłumaczył Dominik Kuryłek, kurator wystawy ze strony MuFo.
Życiorysom artystów na ścianach dawnej zbrojowni towarzyszyły kody QR prowadzące do brytyjskich utworów, nawiązujących w jakiś sposób do ujęć, czasów, fotografów i fotografek. Dzięki temu wystawę zwiedzać można było z Joy Division, Oasis, Massive Attack, Pink Floyd czy The Clash w słuchawkach.
W kategorii filmowej urzekł mnie dostępny na mubi koncert filmowy Nicka Cave’a i Warrena Ellisa – This Much I Know to Be True. To kolejny, po One More Time With Feeling, dokument z udziałem artysty w reżyserii Andrew Dominika. Jego kamera towarzyszyła muzykom wiosną 2021 roku podczas bardzo klimatycznej sesji nagraniowej utworów z albumów Ghostseen i Carnage. Poza zachwycającą estetyką kadrów i wyjątkową muzyką widzowie mają szansę podglądać na ekranie dyskusje Cave’a z Ellisem, ich żartobliwe docinki i wizytę na planie Marianne Faithfull z wąsami tlenowymi (czy też cewnikiem do podawania tlenu) po przebytym covidzie. To opowieść o sile przyjaźni, ale i bólu po stracie. Historia o życiowych katastrofach i czerpaniu siły ze świata muzyki. O trudnych emocjach związanych z żałobą, ale też misji niesienia innym pomocy i nadziei. Porażająco piękne, pełne smutku, ale i dodające otuchy widowisko, hipnotyzujące ruchami kamer i błyskami świateł przecinającymi mrok. A według opisu: świadectwo poszukiwania sensu w ciemności.
Anna Sroka-Czyżewska

Nie można na pewno odmówić serialowi akcji, emocji i zapierających dech w piersi widoków zalanego miasta. Docenić trzeba wielki wysiłek twórców, że stworzyli fabułę sensowną, wciągającą i niegubiącą też przy tym pozorów realizmu, choć wiele sytuacji było troszkę przesadzonych i wydumanych. Mimo wszystko serial pokazuje traumę wrocławian, którzy stanęli oko w oko z szalejącym żywiołem, przypomina niektóre wydarzenia znane z newsów telewizyjnych (np. wysadzenie wałów w Łanach, tutaj serialowe Kęty) czy po prostu serwuje niezłą i dynamiczną rozrywkę i to nie tylko dla polskiego widza, jak sądzę. To świetne widowisko realizatorskie, fabuła, która nie pozwala wyłączyć serialu i przede wszystkim jakaś ulotna aura tamtej epoki i tamtego ducha, który słychać też wraz z akordami piosenki kończącej Wielką wodę, a nam wszystkim doskonale znanej – Moja i twoja nadzieja zespołu Hey.
Mateusz Cyra

Magda Przepiórka

No i się udało. Bodies, bodies, bodies to udana i dobrze zbalansowana gatunkowa produkcja. Zgrabny twór raz wskakujący w ramy slashera, raz rozsiadający się w obyczajowej przestrzeni. Chwilami poważny, choć nieustannie puszczający oko do widza; chwilami lecący sobie po bandzie bez większych zahamowań; momentami sarkastyczno-empatyczny w portretowaniu nowego pokolenia nastolatków. I to właśnie ten ostatni element wydaje się w Bodies, bodies, bodies najciekawszy. Dlaczego? Bo twórcy nie boją się przekraczać tematów tabu, a jednocześnie nie robią tego wyłącznie dla samego przekraczania kontrowersyjnych granic, ale po to, aby ukazać nam całkiem sprawnie i szczerze nakreślony portret dzisiejszych nastolatków.
Jasne, nie jest to film wybitny, ale mnie swoją konwencją, lekkością w podejściu do tematu i wyraźną frajdą wynikającą z samego procesu tworzenia, złapał. Świetnie się bawiłam, chętnie pobawiłabym się tak jeszcze. Nie dowiedziałam się może i niczego nowego, ale też nikt w Bodies, bodies, bodies nie miał zamiaru skręcać w stronę bardziej ambitnych filmowych tańców i swawoli. Nowy film Haliny Reijn broni się w kategorii obrazu rozrywkowego z domieszką kilkunastu trafnych, a jednocześnie śmiesznych spostrzeżeń. W dodatku pomiędzy grupą aktorów iskrzy, postacie w głównej mierze irytują, ale są też bardzo rozmyte, jeśli chodzi o motywy postępowania (co jest zdecydowaną zaletą filmu), a pod względem gatunkowym panuje uroczy, choć w pełni kontrolowany chaos.
Klaudia Rudzka

Jakub Pożarowszczyk
Wrzesień 2022 przyniósł wysyp premier i to wśród wielkich świata muzyki. Początek miesiąca zaskoczył udanymi albumami Megadeth (już nie będę się znęcał nad tłumaczeniem nazwy zespołu dokonanym przez Wojciecha Roszkowskiego) i Blind Guardian. W połowie miesiąca mój odtwarzacz często gościł nowe płyty Crippled Black Phoenix, Bloodbath, Behemoth, Clutch. Niezły zestaw, nieprawdaż? Co najważniejsze – obcowanie z tą muzyką nie było czasem straconym. Na marginesie dodam, że nie rozumiem totalnej krytyki nowego dzieła od Nergala. Oczywiście, dzisiejszy Behemoth, to nie jest poziom The Satanist. Natomiast obiektywnie, uczciwie trzeba przyznać, że zespół dalej jest w ekstraklasie swojego gatunku.
Za to wielkim rozczarowaniem dla mnie okazał się powrót The Mars Volta. Zupełnie nie przemawiają do mnie latynosko-indie popowe klimaty na nowym albumie. Za to na całość w konwencję electro-industrialną poszli Editors i tutaj też mam niedosyt. Zabrakło dobrych, wyrazistych kompozycji. Szkoda. Na szczęście nie zawiodła grupa… Pink Floyd i w końcu wydano, gotowy od lat, leżący na półce z powodu kłótni muzyków, zremasterowany album Animals. W 1977 roku, pomimo wybitnej zawartości muzycznej, płyta ta cierpiała na kiepską produkcję, surową, dość nieczytelną, niedbałą wręcz. Po latach ten materiał w końcu otrzymał właściwe brzmienie, czytelne, selektywne, dynamiczne, które zdecydowanie podnosi wartość i tak genialnego Animals. Szkoda tylko, że główny kompozytor tej muzyki, Roger Waters na stare lata okazał się skończonym idiotą.
No dobra, ale moje serce nieoczekiwanie skradł Książę Ciemności, Ozzy Osbourne. Po średnio udanym Ordinary Man, wokalista powrócił szybko z nowym materiałem, zdecydowanie odrabiając pracę domową. Do studia zaprosił mistrzów gitary takich jak swojego kolegę z Black Sabbath, Tony Iommiego, Jeffa Becka, Zakka Wylde, Erica Claptona i wiosłowego Alice in Chains – Mike McCready’ego. Do tego dorzucił naprawdę fajne, intrygujące, ociekające właściwym dla dawnych płyt Osbourne’a klimatem i chyba wyszła, trochę niespodziewanie, najlepsza płyta od czasów Ozzmosis (1995). Moi faworyci to zdecydowanie dwa kawałki: utwór tytułowy z pokręconą, ale jakże charakterystyczną grą Jeffa Becka i Degradation Rules z Iommim jako gitarzystą, przywołujący ducha najlepszych dokonań Black Sabbath. Oczywiście może na tym albumie irytować produkcja, nowoczesna, ze sporą ilością elektroniki, a schorowany Ozzy leci na pełnym autotune. Ale hej, Książę Ciemności, znowu przypomniał, kto stworzył heavy metal.












