ulubieńcy roku
ulubieńcy roku

Dwa tygodnie temu pożegnaliśmy rok 2018 i wkroczyliśmy jednocześnie w 2019 – pełni zapału, energii i chęci do poznawania nowych tworów tak bliskiej nam kultury.  To dla nas wyjątkowa data, bo dziś, 14 stycznia, obchodzimy również 4. rocznicę działalności naszego portalu. Tradycją już stało się to, że właśnie tego dnia publikujemy dla Was tekst, w którym omawiany naszych rocznych ulubieńców. Opowiadamy o tym, co nas zachwyciło w minionym roku, o czym nie potrafiliśmy (i nadal nie potrafimy) zapomnieć, co nas przywoływało, nęciło, kręciło i co było dla nas ważne lub w jakiś sposób wpłynęło na nas. Mówimy tu o filmach, grach, serialach, książkach, muzyce… słowem – może znaleźć się tu wszystko, co jest tworem kultury. Czy do lektury powinniście przygotować sobie herbatkę, kawkę, drinka i jakieś przekąski? Owszem, bo tekst jest długi. To jednak podsumowanie 12 miesięcy i opowiadanie o tytułach, które wywarły na nas największe wrażenie i długo nam towarzyszyły – jak więc mogłoby być inaczej? Usiądźcie więc wygodnie, otulcie się kocykiem lub kimś bliskim, a jeśli jest taka potrzeba, rozłóżcie sobie lekturę na raty, i zapraszamy Was do czytania. Będzie nam niezmiernie miło, jeśli i Wy zdradzicie nam Waszych ulubieńców 2018 roku!


Michał Bębenek

Dla mnie największym wydarzeniem minionego roku było wydanie polskiego przekładu Kruka, komiksu Jamesa O’Barra, który jest dla mnie osobiście jednym z najważniejszych tytułów mojego życia. Kiedyś nawet snułem marzenia, że zobaczę w druku swoje własne tłumaczenie. Z tych marzeń nic nie wynikło, a Kruk czekał naprawdę wiele lat, aby zawojować polski rynek (premierę miał w 1989 roku). Nie mam pojęcia, co powstrzymywało przez tyle lat innych wydawców, ale w końcu sprawę wzięło w swoje ręce niewielkie wydawnictwo, Planeta Komiksów, i z pewnością nie tylko ja jestem im za to ogromnie wdzięczny. Do tej pory w naszym kraju tytuł ten kojarzony był głównie z filmem (skądinąd doskonałym), na planie którego śmierć poniósł odtwórca głównej roli – Brandon Lee. Komiksowy pierwowzór jest jednak dziełem jeszcze lepszym – mroczniejszym, bardziej brutalnym i przepełnionym smutkiem. A przede wszystkim bardzo prawdziwym (abstrahując od powrotu zza grobu), bowiem O’Barr stworzył go, przelewając na papier osobistą traumę, próbując uporać się ze śmiercią ukochanej, zabitej przez pijanego kierowcę. Dlatego też uważam to dzieło za jeden z najważniejszych komiksów w dziejach tego medium – siła wyrazu jest tutaj porażająca.

Polskie wydanie, jakby nadrabiając te stracone lata, jest przepiękne – twarda oprawa, obwoluta, mocne szycie, a sama historia dodatkowo wzbogacona jest o plansze, które O’Barr dorysował po latach, odtwarzając zagubione kadry z oryginalnego wydania (można powiedzieć, że jest to taka wersja autorska). Dziękuję ci, Planeto Komiksów, za ten album.

Przeczytaj także:

Piątkowa ciekawostka o filmie Kruk


Jakub Pożarowszczyk

Rok 2018 dla mnie był, parafrazując Sienkiewicza, dziwnym rokiem, jeśli chodzi o muzykę. Chyba pierwszy raz, świadomie lub nie, na dobre straciłem kontakt z mainstreamem. Od jakiegoś czasu to, co się dzieje wśród majorsów, kwituję jednym wielkim: “zieeeeeeeeeeeew”. Za to zawsze działo się i dzieje w szeroko rozumianym “niezalu”, a w nim, jak wiadomo, mogą być artyści, którzy mają za sobą wsparcie poważnych labeli, i ci właśnie – chcąc lub nie chcąc – pukają do bram mainstreamu, ale są też tacy, którzy ograniczają się do wydawania muzyki drogą online, dla niszowego grona odbiorców, i robią to naprawdę dobrze, czego pięknym przykładem jest krajowy label Trzy Szóstki.

Ograniczę się więc do krótkiego Top 3. Narzuciłem sobie zasadę, że umieszczę tu trzech wykonawców z różnych szufladek stylistycznych (szeroko rozumianych). Kolejność przypadkowa.

In Twilight’s Embrace – Lawa

Ten rok obrodził wieloma nowościami w krajowym światku ekstremalnego metalu. Nie chce mi się wymieniać większości, ale z kronikarskiego obowiązku należy zaznaczyć, że długo moje uszy cieszyły nowe nagrania bandów takich jak Entropia, Kriegsmaschine, Kingdom, Voidhanger, Cultues des Ghoules, Despizer, Kły, Behemoth czy doskonały Mentor. Obrodziło ciekawymi, choć niekoniecznie wielce odkrywczymi debiutami, jak Eternal Riot, Gorycz, Totenmesse, Truchło Strzygi, Narrewind, więc działo się dużo. Ale to jednak Lawa najczęściej kręciła się w odtwarzaczu i “wryła mi się w psychę”. Nowy krążek In Twilight’s Embrace pokazuje, że zespół na dobre zadomowił się w black metalu i czuje ten gatunek jak mało kto. Już wspominałem na niniejszych łamach, że panowie nie wytyczają nowego kierunku w rozwoju tej muzycznej niszy. Natomiast doskonale łączą black metalowe patenty z elementami folkloru, okraszając to doskonałymi tekstami i daleko jest im do bełkotu, którym niestety często krajowi black metalowcy nas raczą. Jestem niezwykle ciekawy tego, co  In Twilight’s Embrace zaprezentuje w przyszłości.

Metal Church – Damned If You Do


Zaraz ktoś krzyknie oburzony, że miało nie być mainstreamu. No cóż, grający klasyczny heavy metal Metal Church już dawno nie są w głównym obiegu. Zasadniczo nowa płyta Amerykanów przeszła bez większego echa, ponieważ wydano ją w beznadziejnym momencie, czyli na początku grudnia. A szkoda, bo na Damned If You Do mamy trzy kwadranse krwistego, doskonale zagranego klasycznego heavy z nowoczesnym sznytem producenckim. Album jest zwarty, nie ma na nim zapychaczy, a każda kompozycja została odpowiednio dopracowana. Zaskakuje doskonała forma wokalisty Mike’a Howe’a a gitarzysta Kurdt Vanderhoof krzesi jedne z najlepszych riffów w karierze. No i przede wszystkim nowej płycie Metal Church nie można postawić zarzutu wtórności. Owszem, panowie trwają w konkretnej muzycznej konwencji, lecz ich talent do pisania doskonałych piosenek powoduje, że zespół współcześnie brzmi świeżo, a nie archaicznie. Doskonały album. Metallica i Iron Maiden powinni się uczyć od Metal Church, jak nagrywać dobre płyty ponad trzydzieści lat od debiutu.

Daughters – You Won’t Get What You Want

Powiem szczerze, że jeszcze nie do końca rozgryzłem ten album. Daję trochę na wyrost miejsce w mojej Top 3 tego roku z jednego, prostego względu: od dawna żadna muzyka, żaden wykonawca czy płyta nie zaintrygowała mnie aż tak bardzo. Trzeba czasu, aby ten krążek docenić, szczególnie że panowie nieustannie łamią schematy i regularnie zwodzą słuchacza na manowce, zostawiając go zagubionego, zdezorientowanego wśród nawałnicy często totalnie niedających się sklasyfikować dźwięków. Jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem w mojej głowie wskakuje kolejny element układanki. To nie jest płyta na raz ani na dwa, więc wymaga od słuchacza trochę intelektualnego wysiłku i chyba właśnie dlatego nowość od Daughters tak bardzo mi się podoba. Nie ma tutaj kawy na ławę; żeby docenić tę muzykę, należy poświęcić trochę swojego życia.


Mateusz Norek

Kiedy w marcu 2017 roku na Steamie, we wczesnym dostępie, zadebiutowała gra o dziwnej, przydługiej nazwie PlayerUnknown’s Battlegrounds, nikt nie spodziewał się, że w niedługim czasie stanie się ona fenomenem, nie tylko sprzedającym się lepiej niż gry AAA największych wydawców, ale także zapoczątkowującym wielki bum na podobne produkcje tego typu. Formuła była prosta i inspirowana japońską powieścią z 1996 roku oraz filmem, nakręconym cztery lata później – Battle Royale. Setka graczy ląduje na wielkiej mapie i za zadanie ma wyeliminowanie pozostałych. Każdy zaczyna bez sprzętu, a broń i inne elementy ekwipunku, potrzebnego do przeżycia, porozrzucane są po okolicy. Dodatkowo obszar rozgrywki zmniejsza, zamykająca się stopniowo, niebieska strefa, zadająca graczom obrażenia. W końcu więc na małym obszarze, otoczonym śmiercionośnym, zwężającym się  kręgiem, zostaje jedyny przy życiu zwycięzca. Pamiętam, że cała ta formuła jakoś niespecjalnie mnie “grzała” i zupełnie nie byłem grą zainteresowany – aż do czasu, gdy zagrałem kiedyś u znajomego i bez reszty zakochałem się w PUBG. Tytuł swoją oficjalną premierę miał pod koniec grudnia 2017 roku, a ja swoją kopię, wraz z nowym komputerem, na którym mogłem ją odpalić, zakupiłem pod koniec stycznia 2018. I co tu dużo mówić, gra towarzyszyła mi praktycznie przez cały rok.

Zdaję sobie doskonale sprawę, że mój wybór ociera się nieco o guilty pleasure, więc od razu sprostuję: faktem jest, że PlayerUnknown’s Battlegrounds to produkcja niedopracowana, która rok po swojej oficjalnej premierze, nadal nie może poradzić sobie z masą technologicznych błędów, a twórcy mają na sumieniu więcej grzechów. Nie jest to tytuł, który mógłbym z czystym sumieniem polecić i na pewno są gry, które bardziej zasługują na rozgłos i uwagę graczy, jak chociażby mój ulubieniec sierpnia – Hunt: Showdown. Niemniej, pewnie aspekty PUBG są zrobione na tyle dobrze, że mimo notorycznych przekleństw, ciągle chce mi się grać dalej. Moja relacja z dziełem studia Bluehole to toksyczny związek, w którym nienawiść miesza się z miłością, nie zmienia to jednak faktu, że poświęciłem już na niego blisko 900 godzin.

Mimo ogromnego potencjału i wielkiego kredytu zaufania, jaki PUBG dostał od graczy we wczesnym dostępie, jego oficjalna premiera pod koniec grudnia 2017 roku była bardzo słaba i zdecydowanie zbyt wczesna. To, co można było wybaczyć niedokończonej grze, nie mogło ujść na sucho w przypadku wydanego, skończonego produktu. Zresztą nawet teraz, rok po premierze, ginięcie od strzałów, kiedy jesteśmy już dawno za ścianą, lub samochody uderzające w niewidzialną ścianę to przykra codzienność. Również na polu komunikacji studio – gracze, Bluehole zdawało się być dzieckiem we mgle. Fani miesiącami prosili o takie podstawowe funkcje, jak możliwość wyboru konkretnej mapy czy przywrócenie różnych zjawisk pogodowych, które były dostępne wcześniej. Dopiero w marcu studio zaczęło jakikolwiek dialog z graczami, publikując readmap (nie do końca zrealizowany) i ustosunkowując się do niektórych postów społeczności. Bardzo późno zaczęto naprawę technologicznych bolączek w kampanii o wdzięcznej nazwie FIX PUBG, która mimo ścian tekstu o naprawionych błędach, nie wyeliminowała tych najistotniejszych. Na zwiastunie, pokazanym na targach E3 (czerwiec), największą nowością miały być, dodane w tym samym roku, tarcze balistyczne – nie tylko nie zostały, ale twórcy nawet słowem do dziś o nich nie wspomnieli. Na deser został jeszcze grzech łakomstwa, kiedy twórcy za wszelką cenę chcieli dodatkowo monetyzować płatną już grę, dodając tak absurdalne rzeczy, jak oficjalne, licencjonowane skiny Legionu Samobójców, kosztujące więcej niż sama gra! Ach, no i grzech zazdrości, kiedy pozwali bez większych tak naprawdę podstaw swojego największego konkurenta i grę, która w wielu aspektach skradła miniony rok – Fortnite.

A jednak przy tych wszystkich błędach, jakie popełniają twórcy, pewne rzeczy PlayerUnknown’s Battlegrounds robi tak fenomenalnie, że nadal nie powstała podobnie wciągająca i satysfakcjonująca gra battle royale. Przede wszystkim lśni tutaj model strzelania, który jest równie wymagający, co dający ogromną satysfakcję. Takie jest również ogólne uczucie korzystania z broni – niesamowicie mięsiste i przyjemne. Tych jest coraz więcej i co jakiś czas twórcy dodają do gry nowy arsenał. Ogromnie Bluehole zaimponowało mi, wypuszczając jeszcze przed końcem roku nową, śnieżną mapę Vikendi, która jest zdecydowanie najlepiej dopracowana z wszystkich czterech dostępnych. Posiada sporo bardzo odmiennych i charakterystycznych lokacji, gdziekolwiek nie wylądujemy, zawsze blisko będą jakieś zabudowania, a ślady na śniegu i fizyka pojazdów na nim, jest miłym powiewem świeżości. Również poprzednia, wydana w tym roku mapa Sanhok, inspirowana azjatyckimi tropikami, ze swoją nieco mniejszą skalą i bardziej dynamicznymi rozgrywkami, bardzo przypadła mi do gustu. Przede wszystkim jednak PUBG sprawdza się najlepiej, kiedy gra się ze znajomymi. Wtedy nie tylko możemy uratować towarzysza przed śmiercią, kiedy zostanie krytycznie trafiony przez wroga, ale mamy także naprawdę masę możliwości taktycznych do wykorzystania, a wygranie w ten sposób rozgrywki smakuje dwa razy lepiej.

PlayerUnknown’s Battlegrounds nie jest grą wybitną i tym bardziej nie jest grą dla każdego, a zwłaszcza dla osób o słabych nerwach (takich jak ja…). Oferuje jednak rozgrywkę jedyną w swoim rodzaju, która bywa bardzo uzależniająca. Zazwyczaj opiera się ona na byciu szybko zastrzelonym, czasem będzie to kilkunastominutowy symulator biegania i ucieczki przed strefą, ale kiedy w końcu trafi się upragnione zwycięstwo i kurczak, będziecie w stanie wybaczyć grze te wszystkie złe doświadczenia. Mam głęboką nadzieję, że twórca gry, tytułowy player Unknown, czyli Brendan Greene, ogarnie swoich koreańskich podopiecznych, zatrudni ludzi, którzy będą w stanie ujarzmić kod sieciowy gry i wyeliminować w końcu najbardziej denerwujące błędy, a PUBG będzie nadal rozwijany.


Martyna Michalska


Ubiegły rok był dla mnie niezwykle bogaty w kwestii, przede wszystkim, obejrzanych seriali. Kolejne sezony pochłaniałam często w dwa, trzy dni. Kilka z nich zrobiło na mnie szczególne wrażenie, czemu kilkukrotnie dawałam wyraz w comiesięcznym cyklu dotyczącym dzieł kultury, które szczególnie nam się spodobały. Jednak tym, co uznaję za absolutny numer jeden minionego roku, jest gra Life is Strange i jej prequel Before the Storm. Te dwa tytuły urzekły mnie przede wszystkim łatwością, z jaką angażują gracza w opowiadaną historię, genialną muzyką, która towarzyszyła mi długo po skończeniu, i niezwykłym klimatem, jaki oferuje rozgrywka. Twórcy gry zadbali o to, żebym się zżyła z Chloe, Rachel i Max na tyle, że niemal każdy wybór, przed którym stawałam, był cholernie trudny, a każda decyzja powodowała, że będę się jeszcze długo zastanawiać nad ich słusznością. Właśnie z tych względów muszę przyznać, że dawno ani serial, ani film, ani książka nie wywołały u mnie aż takich emocji jak kilkugodzinna gra w Life is Strange (z naciskiem na prequel). Za każdym razem, kiedy wracam do świata Arcadia Bay (głównie przez muzykę), jest mi przykro, że ta historia (raczej) nie będzie miała kontynuacji, bo pomimo (a może właśnie dzięki temu), że klimat tego dzieła jest bardzo melancholijny, to chce się do niego wracać i w nim przebywać. Ja na pewno jeszcze nie raz to zrobię. Nie tylko za pośrednictwem muzyki.

Przeczytaj także:

Piątkowa ciekawostka o grze Life is Strange

Recenzja gry Life is Strange: Before the Storm

Wielogłos dotyczący pierwszego odcinka gry Life is Strange


Magda Kwaśniok

Muszę przyznać, że miałam ogromny problem z wyborem zaledwie trzech ulubieńców tego roku, bynajmniej nie dlatego, że ostatnie dwanaście miesięcy w światowej kulturze nie należały do najlepszych. Wręcz przeciwnie – o ile pierwsze dwie pozycje w moim zestawieniu od dłuższego czasu były obstawione i tak naprawdę nie miały konkurencji, o tyle wyróżnienie trzeciego dzieła stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, gdyż kandydatów nie brakuje. Prawdę mówiąc, zaczynając pisać ten tekst, wciąż nie mam pojęcia, kto pojawi się w zestawieniu. By ułatwić sobie zadanie, odrzuciłam wszystkie produkcje, które skradły moje serce, ale nie miały swojej premiery w 2018 roku (patrz Miasteczko Twin Peaks, Mechaniczna pomarańcza i cała masa innych klasyków). Zanim więc podejmę ostatnią, a jednocześnie najtrudniejszą decyzję, przejdźmy bezpośrednio do, mówiąc kolokwialnie, pewniaków, bez których nie wyobrażam sobie tego tekstu.

Trzy billboardy za Ebbing, MissouriO pierwszej z wyróżnionych przeze mnie produkcji już pod koniec stycznia mówiłam, że lepszej nie zobaczę na przestrzeni nie tylko kilku miesięcy, ale może i lat. Ostrzegałam, by nie oglądać jej zbyt wcześnie w roku kalendarzowym, bo nieznośnie podniesie Wasze wymagania wobec każdego innego filmu, którym prawdopodobnie żaden z nich nie będzie w stanie sprostać. Niesłusznie nienagrodzone Oscarem dzieło to nie tylko popis aktorski i reżyserski, ale także produkcja, do której mam ogromny sentyment – wszak to od recenzji tego filmu rozpoczęła się moja współpraca z Głosem Kultury, która, jak widać, wciąż trwa. Mowa oczywiście o filmie Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – najczarniejszej z wszystkich czarnych komedii, będącej jednocześnie bolesnym dramatem i współczesną wariacją na temat westernu; dziełem zaangażowanym społecznie, choć absolutnie niebijącym poprawnością polityczną po twarzy. Nie będę się rozwodziła na temat fabuły i licznych zalet tej produkcji, o wadach nawet nie wspominając, bo prawdę mówiąc, nie znalazłam absolutnie żadnej. Napiszę jedynie, że niemal rok temu we wspomnianej recenzji film podsumowałam w prosty sposób: bohaterowie produkcji Trzy billboardy za Ebbing, Missouri pokazują, że ludzie dzielą się jedynie na dobrych i tych, którzy podejmują złe decyzje. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to najlepsze przesłanie, jakie film może za sobą nieść – jeśli więc go jeszcze nie widzieliście, to powinna być produkcja numer jeden na Waszej liście Must see.

Ostre przedmiotyMimo trudnego tematu, jaki w swoim filmie poruszył McDonagh, reżyser zostawił mnie z pewnego rodzaju poczuciem, że jeszcze jest dla nas wszystkich nadzieja, a sprawiedliwości kiedyś stanie się zadość. Zupełnie inaczej było w przypadku drugiej wyróżnionej przeze mnie produkcji, która, w moim przekonaniu, jest najlepszym serialem, jaki widziałam z pewnością w tym roku, a może i w życiu. W tym miejscu muszę dodać, że do jego obejrzenia namawiał mnie nie kto inny, jak moja redakcyjna koleżanka Gosia, za co z tego miejsca ogromnie dziękuję – to właśnie jej pochwalne wiadomości zainspirowały mnie do wykupienia konta HBO Go i nie żałuję żadnej wydanej złotówki. Ostre przedmioty proszę Państwa – produkcja oryginalna HBO, w której Amy Adams wspięła się na wyżyny aktorskiego kunsztu. Serio, brak Złotego Globa za tę rolę jest oburzający chyba nawet bardziej niż brak Oscara dla Trzech billboardów. Muszę jednak uprzedzić, że to nie jest produkcja dla każdego – jest ciężka, brutalna, niemal fizycznie męcząca i depresyjna, ale zrobiona absolutnie fenomenalnie. Thriller, z pozoru oparty na czysto kryminalnej historii, okazuje się błyskotliwym i niezwykle realnym studium ludzkich charakterów, traum i ran, które dręczą bohaterów, dosłownie i metaforycznie. Obok trzech silnych kobiecych postaci, na których oparto fabułę miniserialu, wymieniając zalety produkcji, nie można zapomnieć o stronie technicznej – zarówno zdjęcia, jak i fantastyczny soundtrack, który został wyróżniony przez moje konto na Spotify jako jedna z najczęściej odtwarzanych playlist, tworzą niesamowity klimat, będący idealnym dopełnieniem scenariusza. To wszystko sprawia, że choć były momenty, w których wiedziałam, że jeszcze jeden odcinek i pogrążę się w wielogodzinnej depresji, nie potrafiłam odejść od laptopa, a serial zobaczyłam w dwa dni. Jeśli jeszcze go nie widzieliście, naprawdę macie co nadrabiać.

Po dłuższym zastanowieniu postanowiłam nie do końca ograniczyć się do wyznaczonej ilości tytułów, ale by Was nie zanudzić, wykorzystując trzecie miejsce, zrobię jedynie krótką wyliczankę wyróżnień honorowych; Bodyguard, drugi sezon Opowieści podręcznej, Zimna Wojna, Avengers: Infinity War, Call me by your name, Małomiasteczkowy i, wybór podyktowany tylko i wyłącznie sercem w nagrodę za powrót do niezłej formy, ósmy sezon Suits (tak, wiem, że było dużo lepszych produkcji, ale wszystkich wypisać nie mogę).


Małgosia Kilijanek

We wszelkich podsumowaniach najtrudniejsze jest wyłonienie kilku pozycji, które zasługują na szczególne wyróżnienie. Może łatwość towarzyszy wyborom z niewielkiej puli, jednak w moim przypadku rok 2018 okazał się obfitującym w znacznie więcej kulturalnych ulubieńców. Z tego względu podzielę swoją część na trzy kategorie: literatura, muzyka, wydarzenia.

W literackiej kategorii przywołam tytuł, który umieściłam już w jednych z Ulubieńców miesiąca, czyli Opowiadania bizarne Olgi Tokarczuk. Autorka poprzez zbiór opowiadań daje odbiorcom możliwość na zabawę w niejednoznaczne odczytywanie ich treści i – jak zawsze poprzez własną twórczość – okazję do odkrywania niezwykłych miejsc oraz doświadczania niecodziennych stanów. Wydana w kwietniu książka to zbiór wyjątkowości, które nie pozostawiają czytelnika bezrefleksyjnym, a poszerzając jego horyzonty, stawiają go w ogniu pytań oraz przepełniają zdumieniem. To próby na udowodnienie tego, jak rzeczywistość przerasta nasze zdolności poznawcze w czasie, w którym świat przechodzi transformację. Szczegółową recenzję znajdziecie TUTAJ, ale dodam, iż każde dzieło Tokarczuk warte jest lektury i własnej interpretacji.

Muzycznie miniony rok obfitował w kilka naprawdę dobrych albumów, ale niespodzianką dla stałych czytelników naszego comiesięcznego cyklu nie będzie wskazanie przeze mnie płyty polskiego artysty… Mowa o Małomiasteczkowym Dawida Podsiadły. Nie mam pojęcia, ile razy jej już przesłuchałam, zarówno korzystając z formy streamingu, jak i CD. Zachwycałam się również warszawskim koncertem, prezentującym jej repertuar na żywo (o tym TUTAJ). Wyjątkowe teksty po polsku, elektroniczne brzmienia i niesamowity głos dwudziestopięciolatka składają się na dzieło, którego można słuchać bez końca. Nie będę się nad nim rozwodzić, na pewno wszyscy znacie już na pamięć: Zawodzę jak miastowa młodzież / Hej, no może coś powiesz / Czekaj, widzę prognozę / Przewidują zgodę…

Jeśli chodzi o wydarzenia, to nie mogę zdecydować, czy umieścić tu katowicki OFF Festival, czy białostocki Halway Festival (więc umieszczam oba). Wymienione festiwale mają odmienne charaktery, ten ze wschodu jest bardziej kameralny, a śląski ma kilka scen więcej, ale łączy je możliwość swobodnego odkrywania nowych brzmień i przyjazne otoczenie. Podczas trzynastej edycji OFFa zachwyciła mnie swoim występem Charlotte Gainsbourg, równie piękne emocje wywołał Marlon Williams, zaskoczył post-punkowy Shortparis i oczarował show The Brian Jonestown Massacre. Na Halfway’u w koncertowym topie znalazła się polska grupa Ugla, charyzmatyczni Villagers z Irlandii, wzruszająca publiczność Anna Ternheim oraz mistrzowie shoegaze’u z Kanady – The Besnard Lakes.

A na koniec bonus: Magda, dziękuję za wzmiankę o poleceniu Ostrych przedmiotów. Nie obejrzałam w tym roku zbyt wielu seriali (zawsze jakoś brak mi na nie czasu, mimo rozciągania doby do granic możliwości), ale ta pozycja naprawdę okazała się fenomenalna. By się o tym przekonać, skorzystałam z polecenia Mateusza i Sylwii, którzy wspomnieli o produkcji HBO w Ulubieńcach miesiąca… Tym sposobem to ja mogę podziękować redakcyjnej koleżance i koledze, którzy podzielili się takim dobrem :). I jest jeszcze jeden wniosek: czytajcie Ulubieńców, oto dowód, iż warto ;).


Paulina Leszczyńska

Ubiegły rok pozostawił po sobie w spadku wiele kulturalnych rozczarowań, ale nie ukrywam, na wiele sposobów również miło mnie zaskoczył. Trudno było mi znaleźć jedną, najlepszą i najwspanialszą pozycję 2018 roku. Ba! Nawet skład całego podium stał się obiektem moich długich rozmyślań! Mogłabym godzinami rozprawiać o tym, co mnie w minionym roku zachwyciło, ale nie o to przecież chodzi. Przedstawiam więc moje finalne TOP 3 pozycje 2018 roku, które zapadły mi w pamięć i do których w swoim życiu jeszcze z pewnością kiedyś wrócę.

Pierwszym z moich liderów jest Narcos. Nie, nie mówię o ubiegłorocznym Narcos: Meksyk, a o uwielbianym przez widzów na całym świecie oryginalnym Netflixowym Narcosie z premierą w 2015 roku. Z racji, iż z większą chęcią zawsze sięgałam po filmy, rzadko zdarza mi się zaczynać kolejne, jakże czasochłonne seriale. Od czego są jednak święta, prawda? Uznałam, że ubiegłoroczne Boże Narodzenie wraz z rodziną spędzę inaczej niż zwykle, a mianowicie, śledząc poczynania narkobossa Pablo Escobara. Przyznaję, że na początku wszechobecnych zachwytów nie rozumiałam i kompletnie nie mogłam wczuć się w kolumbijski kokainowy klimat. Na końcu pierwszego sezonu coś jednak we mnie przeskoczyło i przełączyłam się na typowy tryb oglądania do upadłego. Narcos to majstersztyk i na usprawiedliwienie tak późnego zagłębienia się w historię mogę jedynie powiedzieć, że ostatecznie lepiej późno niż wcale. W tym serialu gra wszystko – muzyka, obsada, montaż.  Każdy element jest dopięty na ostatni guzik! Co więcej, nie pamiętam kiedy ostatnio cokolwiek ekscytowało i stresowało mnie tak bardzo jak Narcos. Podczas każdego odcinka drżałam o życie ulubionych bohaterów i zapewniam, Wam również nie uda się oglądać kolejnych odcinków bez emocji. Narcos to nie bez powodu duma Netflixa. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich uzależnionych od adrenaliny kinomanów. Szkoda tylko, że ubiegłoroczna kontynuacja osadzona w meksykańskich realiach daleka jest od ustanowionego wcześniej poziomu.

Pozycją, która w 2018 roku zachwyciła mnie jako pierwsza, była historia powstawania najgorszego filmu wszech czasów. Wiecie o czym mówię? Owszem, chodzi o Tommy’ego Wiseau i jego niezapomnianie okropny The Room. Bracia Franco wcielili się w dwie główne postacie odpowiedzialne za powstanie filmu, a wyszło im to wprost genialnie! James i Dave znów udowadniają, że jak chcą, to potrafią. Co więcej, pierwszy z nich stanął również za kamerą, a za swój występ doczekał się Złotego Globu. Lista sukcesów ciągnąca się za The Disaster Artist, bo o tym filmie mowa, jest jeszcze dłuższa, ale nie o nagrody tu przecież chodzi. Film ten w niebanalny sposób pokazuje kulisy powstawania genialnie tragicznego filmu, który doczekał się fanów na całym świecie. Co więcej, na końcu czeka na nas nawet rekonstrukcja fragmentów oryginału, która cudownie, niczym wisienka na torcie, przypomina nam, dlaczego tak bardzo lubimy tę nielogiczną i kompletnie niespójną opowieść, zaserwowaną nam lata temu przez tajemniczego i ekscentrycznego Wiseau.

Avengers: Wojna bez granicNie byłabym sobą, gdybym na końcu nie wspomniała o moim blockbusterowym numerze jeden! O czym nie mogłabym zapomnieć ja, biegnąca do kina na premierę każdego kolejnego filmu z bohaterami Marvela? Ależ oczywiście! O Avengersach! Wojna bez granic absolutnie wgniotła mnie w fotel i pozostawiła w osłupieniu na długie tygodnie. Uwielbiam niejednoznaczne i nieszczęśliwe zakończenia, a to zaserwowane przez panów Russo przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście, wiedziałam, że na pewno Marvel i tym razem mnie nie zawiedzie, ale że wprawi w prawdziwe osłupienie? Tego nie śmiałabym oczekiwać nawet w najśmielszych snach. Z tym większą niecierpliwością czekam więc na kontynuację, która odpowie na wszystkie nurtujące mnie od kwietniowej premiery pytania. Wojna bez granic fantastycznie gra na emocjach i pokazuje, że choć zazwyczaj filmy o superbohaterach nie należą do zaskakujących, z odpowiednią dozą fantazji mogą stać się doprowadzającym niemalże do palpitacji serca thrillerem, dramatem i wizualnie perfekcyjnym kinem science fiction. Mogę więc sobie jedynie życzyć, by Avengers: Endgame mnie nie zawiodło i stało się moim ulubieńcem 2019.

Z racji sporej liczby ulubieńców 2018 roku, muszę choć wspomnieć o jednym z ciekawszych serialowych dreszczowców Netflixa, czyli o Nawiedzonym domu na wzgórzu. Kolejne godne uwagi seriale z tej samej platformy, dla których mimo starań nie byłam w stanie znaleźć miejsca na podium, to Mindhunter, The End of The F***ing World oraz Altered Carbon. Jeśli natomiast chodzi o filmy, na wzmiankę zasługują również nagrodzone tegorocznymi Złotymi Globami Bohemian Rhapsody oraz Narodziny gwiazdy.

Życzę nam wszystkim, by 2019 rok spełnił nasze kinematograficzne oczekiwania, a filmy i seriale były lepsze niż kiedykolwiek!

Przeczytaj również:

Recenzja filmu Disaster Artist

Kim właściwie są ci nowi Avengersi? – tekst publicystyczny

Wielogłos o filmie Avengers: Wojna bez granic


Przemek Kowalski

Pech chciał, że ubiegły rok nie obfitował u mnie w tytuły nadające się do zamieszczenia w niniejszym tekście. Rzecz jasna zdarzyły się wyjątki, głównie w dziedzinie obrazów małego ekranu, ponieważ na wyróżnienie zasługują debiutujące w 2018 seriale takie jak Genialna przyjaciółka, Homecoming czy Kidding (subiektywne zestawienie dziesięciu najlepszych serialowych premier ubiegłego roku znajdziecie TUTAJ ). Jednak to nie serial najbardziej skradł moje serce, a książka. Powieść, która powaliła mnie na kolana, to tytuł (przynajmniej z nazwy) znany chyba każdemu, tytuł obrośnięty legendą, tytuł kultowy i – co chyba oczywiste – tytuł, którego premiera nie odbyła się w przeciągu minionych dwunastu miesięcy, a przeszło pięćdziesiąt lat temu. Jednak – jak to często z klasykami bywa – długo przymierzałem się do sięgnięcia po lekturę z obawy na to, że najzwyczajniej mnie przerośnie. Okazuje się jednak, że nie taki diabeł (słowo-klucz w omawianym dziele) straszny jak go malują, a Mistrz i Małgorzata, bo o tej powieści mówię, to książka, którą trudno będzie kiedykolwiek zrzucić z pierwszego miejsca pośród przeczytanych przeze mnie dzieł literackich.

Właściwie nie wiem, od czego rozpocząć morze pochlebstw, jakie kotłują mi się w głowie na myśl o arcydziele pióra Michaiła Bułhakowa. Zacznę więc może od uspokojenia ewentualnych przyszłych czytelników Mistrza i Małgorzaty – nie bójcie się tej książki! Przyznam się, choć to pewnie trochę wstyd, iż przed lekturą nie miałem absolutnie żadnego pojęcia, o czym traktuje ten wybitny tytuł. Naiwnie zakładałem, że skoro tytuł brzmi Mistrz i Małgorzata to prawdopodobnie będę miał do czynienia z jakimś przepełnionym patetycznymi scenami romansidłem, które kilka dekad temu złamało serca całego czytelniczego świata. I choć rzeczywiście okazało się, że tytułowych bohaterów łączy płomienne uczucie, to nie ma nic bardziej mylnego niż nazwanie tego tytułu romansidłem.

Czym więc jest? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć po dziś dzień i nie sądzę, bym odpowiedział na nie po kolejnej, następnej czy jeszcze kolejnej lekturze. Przy okazji – co również należy dodać i wliczyć w poczet niewątpliwych zalet utworu Rosjanina – jest to książka, którą czytać można i sto razy, a z każdym kolejnym wyciągać z niej coś nowego. To jedyny w moim życiu tytuł, o którym wiem, że po pierwszym czytaniu zobaczyłem zaledwie wierzchołek góry lodowej. Ktoś mógłby zapytać – Dlaczego? A odpowiedź na to pytanie odpowiada zarazem na pytanie z początku akapitu. Wszystko sprowadza się do mnogości wątków i symboliki. Mianowicie, nie da się jednoznacznie opowiedzieć, o czym opowiada Mistrz i Małgorzata. Jedni powiedzą, że „o wszystkim”, inni, że „o niczym” (tak, jestem w stanie zrozumieć tych, którym powieść nie przypadła do gustu). Odpowiadając po ludzku, o czym opowiada ta kultowa pozycja, posłużę się najpopularniejszym z opisów: Fabułę stanowią losy tytułowych bohaterów, mieszkających w Moskwie lat 30. XX w., a także wpleciona w narrację powieść historyczna (powieść w powieści) o Poncjuszu Piłacie w wielowątkowym powiązaniu z wizytą Szatana w ateistycznym Związku Radzieckim. Tak, to naprawdę opis fabuły zgodny z prawdą, a to w zasadzie tylko liźnięcie tematu. I chyba wiadomo już, dlaczego tak trudno powiedzieć, na czym skupia się wychwalana tu powieść. Mamy w niej Szatana, gadającego kota, Jezusa, nagie kobiety latające na miotłach czy Piłata, który okazuje się być całkiem spoko gościem. Wymieniać dalej?

Mistrz i Małgorzata to utwór ponadczasowy, genialny, a jednocześnie… lekki. Jak już wspomniałem – spodziewałem się patosu, tymczasem okazało się, że niejednokrotnie musiałem odkładać lekturę na bok, bo nie mogłem opanować śmiechu. Tak, śmiechu, w książce, w której pojawiają się Jezus, Piłat i Szatan. Wiele razy przecierałem ze zdziwienia oczy, myśląc: „To naprawdę jest ta słynna książka Mistrz i Małgorzata?”. Urokowi (chociaż nie jest to chyba właściwe słowo) całej publikacji dodają też okoliczności jej powstania, tak bardzo literacko romantyczne i dramatyczne, jak tylko się da; wręcz podręcznikowe. Mianowicie Bułhakow, tworzył swe najwybitniejsze dzieło do końca życia, kreśląc ostatnie poprawki na łożu śmierci, nie będąc zadowolonym z końcowego efektu. Książka doczekała się aż ośmiu redakcji (dopiero przy szóstej powstał tytuł znany dzisiaj), a jej autor nigdy nie dowiedział się, jaki sukces odniosła.

PS Pełną recenzję Mistrza i Małgorzaty, znajdziecie TUTAJ


Sylwia Sekret

Ulubieńcy roczni to zawsze trudny orzech do zgryzienia. Ogrom muzyki, filmów, seriali, książek, audiobooków, gier, komiksów, które towarzyszą nam przez dwanaście miesięcy, jest niesamowity i wybranie czegoś z takiego wachlarza dzieł zawsze przysparza problemów. Najważniejsze kryterium jest dla mnie jednak jedno: chcę tu wymienić te dzieła, które zrobiły na mnie największe wrażenie, o których pamiętałam na długo po tym, kiedy pierwszy raz się z nimi zapoznałam. Ponieważ w tym roku Głos Kultury ruszył z nowym cyklem, tj. Ulubieńcami Miesiąca, dla naszych stałych czytelników moje wybory mogą okazać się znajome, bo siłą rzeczy znalazły się już w Ulubieńcach któregoś miesiąca.

Jeśli chodzi o muzykę, to utworem, który towarzyszył mi chyba najczęściej i który podoba mi się i czaruje mnie przy każdym odsłuchaniu tak samo, jak miało to miejsce przy pierwszym, jest uwtór What He Wrote, którego autorką i wykonawczynią jest Laura Marling. Utwór ten pierwszy raz usłyszałam niemal dokładnie rok temu, kiedy dzięki Aurora Films oglądałam przedpremierowo objęty przez nas patronatem wspaniały film Dusza i ciało. To właśnie tam wykorzystany został ten kawałek i oczarował mnie do tego stopnia, że od tamtej chwili nie mogę się od niego uwolnić. Zarówno w słowach, jak i w muzyce, a także w interpretacji samej Marling kryje się coś niezwykłego. Choć znam tę piosenkę już na wylot, przy każdym odtworzeniu wsłuchuję się w nią tak, jakby był to pierwszy raz. Bardzo możliwe, że na takie zauroczenie tym kawałkiem wpłynął też sam film, który jest intrygujący, wyjątkowy i w pewien sposób również magiczny – każe zatrzymać się nam i zastanowić. What He Wrote zostało idealnie dopasowane do filmu, który był węgierskim kandydatem do Oscara (otrzymał zresztą nominację, niestety samej statuetki już nie) i zgodnie z tytułem za każdym razem działa zarówno na moją duszę, jak i ciało. Posłuchajcie sami, być może komuś przypadnie on do gustu choćby w połowie tak mocno, jak mnie:

Laura Marling – What He Wrote / OST Testről és lélekről (Music video)

Kolejni dwa ulubieńcy, a zarazem już ostatni, wyszły spod pióra tego samego autora, z tym, że z jednym zapoznałam się w formie audiobooka, a z drugim już tradycyjnie. Fredrik Backman to autor, który z miejsca trafił na listę moich ulubionych pisarzy. I choć przede mną jeszcze lektura książki Mężczyzna imieniem Ove, to wiem, że twórca ten nigdy mnie raczej nie zawiedzie.

pozdrawiam i przepraszamPozdrawiam i przepraszam to pierwsza książka Backmana, z którą się zapoznałam. Miałam wtedy mało czasu na czytanie, ale sporo na słuchanie, dlatego wybór padł na audiobooka. I choć wcześniej już Głos Kultury objął patronatem medialnym film, na podstawie powieści tego autora – jakoś nie skojarzyłam nazwiska. Do dzieła podeszłam z rezerwą, a wybrałam je tylko dlatego, że główną bohaterką miała być kilkuletnia dziewczynka, a opowieści snute z perspektywy dziecka, są od zawsze jednymi z moich ulubionych. Zaczęłam więc słuchać… i przepadłam. Wiem, że będę wracać do tej powieści i wiem, że będę ją polecać, komu popadnie. Piękna, wzruszająca, zabawna, pokrzepiająca i momentami zaskakująca. Nie myślcie jednak, że jest ckliwa, banalna i tandetna – nic z tych rzeczy! Pozdrawiam i przepraszam to jedno z tych dzieł, które mogą okazać się niezwykle uniwersalne i przypaść do gustu naprawdę wielu czytelnikom o różnych preferencjach. Opowieść o dziewczynce i jej najlepszej przyjaciółce, czyli zadziornej, niepoprawnej i niejednokrotnie aresztowanej babci (niegdyś szanowanej pani doktor) to historia, której w tym roku potrzebowałam – ku pokrzepieniu i po to, by na nowo odnaleźć tę totalną radość z poznawania świata przedstawionego, która swego czasu stała się dla mnie nieco zapomniana (choć nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem). To taka książka, która może przełamać czytelniczy zastój i pozwolić na nowo pokochać człowieka – jeśli zdarzyło nam się zwątpić w ludzi. Cudo.

Drugą książką natomiast jest poniekąd kontynuacja Pozdrawiam i przepraszam, a poniekąd zupełnie odrębna opowieść. Britt-Marie tu była to bowiem historia tytułowej bohaterki, która przewinęła się epizodycznie w omawianej wyżej opowieści. I choć tam niekoniecznie była na wskroś pozytywną postacią, to w Britt-Marie tu była możemy poznać ją od zupełnie innej strony – nie tylko zaakceptować jej przywary, które wydawały się wcześniej nieznośne, ale nawet pokochać tak je, jak i ją samą. Po lekturze tej powieści wiedziałam już, że Fredrik Backman to twórca, który ma otwarty dostęp do mojego serca – potrafi nim poruszyć, rozedrzeć je i poskładać na nowo. Jego sposób patrzenia na ludzi jest wyjątkowy i wydaje się niezwykle… sprawiedliwy. W jego historiach nie ma słusznych rozwiązań i całkowicie szczęśliwych zakończeń, bo rozumie on życie takim, jakie ono jest – czasem cudowne, a czasem niesprawiedliwe. Bohaterowie, których opisuje, są słabi i silni zarazem, pełni wad, spośród których niespodziewanie wyłaniają się szczerozłote zalety. Z małego, zapomnianego przez bogów miasteczka potrafił ulepić świat, w którym wszystko jest możliwe, mimo że mieszka tam bieda i śmierć. Z niecierpliwością czekam, aż któraś z tych powieści, a najlepiej obydwie, zostaną sfilmowane. Choć są one tak bogate w przekaz, że myślę, że w dobie takiego Netflixa o wiele sprawiedliwszym rozwiązaniem byłby serial… Czy jednak moje życzenie się kiedyś spełni? Nie są to przecież aż tak popularne książki… Tymczasem przede mną wciąż lektura powieści Mężczyzna imieniem Ove i seans jej ekranizacji. Kto wie, może będzie to ulubieniem na 2019 rok?

Przeczytaj także:

Recenzja filmu Mężczyzna imieniem Ove


Mateusz Cyra

Ulubieńcy roku to temat dość skomplikowany, ale każdy zdążył już coś napisać zarówno o swoich motywacjach oraz wątpliwościach z takim wyborem związanych, dlatego ja powiem krótko: w swoich wyborach kierowałem się przede wszystkim tym, jak dużo czasu w danym roku dany tytuł ze mną był i jak często wracałem do niego myślami.

Numerem jeden będą zatem Akta Harry’ego Dresdena w formie audiobooków, które są dostępne na Storytel Polska. W 2018 przesłuchałem niżej wymienione tomy: Śmiertelna groźba, Rycerz lata, Śmiertelne maski, Krwawe rytuały, Martwy rewir, Dowody winy, czyli odpowiednio tomy od trzeciego do ósmego. Storytel pod koniec 2018 zdążyło wydać jeszcze Białą noc, która aktualnie płynie w moich słuchawkach. Ta seria jest dla mnie rewelacyjnym remedium na złe myśli, gorszy czas i wszelkie negatywne momenty, które przytrafiają się człowiekowi w losowych momentach dnia. Jim Butcher ma ciekawy styl, którego cechami głównymi jest celna obserwacja ludzkich zachowań oraz otoczenia, ostry, wisielczy i mocno ironiczny humor, gdzieniegdzie przypominający styl Terry’ego Pratchetta, i proste, ale zajmujące pomysły, które w perfekcyjny sposób składają się w jedną wielką, gruntownie przemyślaną całość. O ile niektóre wyjęte z kontekstu tomy nie wywołują we mnie tak wielkiego wrażenia, o tyle połączenie wszystkich wątków wykraczające poza konkretne tomy jest czymś wspaniałym i bardzo cenię twórców, którzy zgrabnie łączą wszystkie elementy układanki i w trakcie przygody z cyklem czuć, że mieli pomysł i konkretną ideę od samego początku, i tom po tomie sukcesywnie dążą do punktu finalnego. Harry Dresden to bohater, który z miejsca wkradł się na szczyt listy moich ulubionych bohaterów popkultury. Jego autoironia wymieszana z wewnętrznym kodeksem moralnym i tragiczną przeszłością czynią z niego bardzo dobry materiał do analiz i jest to facet, który wewnętrznym mrokiem oraz ironicznym podejściem do otoczenia na luzie zostawia w tyle takich gigantów, jak choćby Max Payne. Dużą cegiełkę do wyjątkowości całego cyklu oraz dla tak pozytywnego odbioru i tak już dobrego materiału dołożył Maciej Kowalik, który podjął się interpretacji całego cyklu. Obsadzenie go w tej roli to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, ponieważ w moim prywatnym rankingu Maciek jest jednym z najlepszych interpretatorów i jeśli dalej będzie dążył do perfekcji, to za kilka lat wróżę mu pozycję lidera w tej materii. Kowalik wykonuje niesamowicie dobrą pracę, odpowiednio akcentując, dostosowując ton do sytuacji oraz fenomenalnie prowadząc dialogi, jednak dla mnie numerem jeden jest jego umiejętność wczucia się w głównego bohatera, bo to tak naprawdę jest kluczowe w dobrej interpretacji.

Przeczytaj także:

Wszystko jest kwestią interpretacji, czyli o audiobookach słów kilka

 


Fot.: Storytel Polska, Disney, Netflix, HBO,  Warner Bros. Entertainment, Wydawnictwo Literackie,  Imperial Cinepix, Blumhouse Production, Square Enix, Bluehole, In Twilight’s Embrace/Left Hand Sounds,  Planeta Komiksów, Audioteka, Sonia Draga