Krew, tusz i łzy – “Fury: Unleashed” [recenzja wczesnego dostępu]

Fury: Unleashed

W przeciągu ostatnich kilku lat rynek małych, niezależnych gier indie rozrósł się tak bardzo, że bycie na bieżąco ze wszystkimi ciekawymi tytułami jest praktycznie niemożliwe. Tym bardziej że codziennie na Steamie lądują nowe produkcje, często w ramach wczesnego dostępu (early access), kiedy są jeszcze we wczesnej fazie produkcji. Tym bardziej ciesze się, że otrzymałem okazję zagrania we Fury: Unleashed, dziecko polskiego Awesome Games Studio. Siadając do tego tytułu, coś mi świtało, coś kojarzyłem – i faktycznie kiedyś natknąłem się na stary gameplay sprzed roku – od tego czasu gra przeszła sporą, wizualną zmianę i wygląda o niebo lepiej, niż ją zapamiętałem. Stąd między innymi zmiana nazwy z The Badass Hero na Fury: Unleashed. Tytuł dostępny jest na platformie Steam w ramach (jeszcze) wczesnego dostępu, a więc nie jest jeszcze finalnym produktem. Premiera wersji 1.0 przewidziana jest na początek 2019.


Zacznijmy jednak od wyjaśnienia, czym w ogóle Fury: Unleashed jest. To gra 2D, będąca połączeniem platformówki i roguelike’a, czyli typu rozgrywki nastawionej na losowość i częste umieranie. Jesteśmy bohaterem komiksu, który musi odzyskać swoją sławę, pokonując po drodze przeciwników w trzech różnych światach (komiksach). Trudno mówić tutaj w ogóle o czymś takim jak fabuła, ale to krótkie wprowadzenie wystarcza i spełnia swoje zadanie – wiemy, dlaczego mamy taki, a nie inny styl graficzny, a to, co przeszkadzało mi na początku w zwiastunie, czyli kompletny miszmasz przeciwników, zostaje wyjaśnione i wcale nie jest takie chaotyczne.

Podczas rozgrywki w każdym z trzech dostępnych komiksów, przechodzimy przez kolejne plansze, eliminując przeciwników i przeskakując różnego rodzaju pułapki, by dotrzeć do wyjścia na końcu strony. Znajdujemy również losowe przedmioty, które wzmacniają naszą postać, a po trzech stronach danego komiksu czeka nas walka z jednym z (a jakże!) trzech bossów. Jeśli uda nam się go pokonać, przechodzimy do następnego komiksu, jednak po śmieci zaczynamy od początku, tracąc wszystkie przedmioty i bonusy. Po pokonaniu wszystkich bossów w danym świecie możemy jednak zacząć rozgrywkę od razu od kolejnego. No właśnie, śmierć. Jak na roguelike’a przystało, ginąć będziemy często. Gra na początku wyjaśnia na spokojnie wszystkie mechaniki, takie jak podwójny skok, unik, atak miażdżący i strzelanie, ale potem jesteśmy rzucani już na głęboką wodę i nauczenie się przechodzenia kolejnych plansz bez straty życia jest niemożliwe. A kiedy już uzyskamy wiarę w swoje umiejętności, dojdziemy do bossów, którzy szybko nauczą nas pokory.

Nie jest jednak tak, że nasze nieustanne umieranie nic nie daje. Owszem, po śmierci zaczynamy od początku ze startowym ekwipunkiem, jednak podczas każdej rozgrywki z zabitych wrogów zbieramy czarne kule tuszu, który tutaj pełni rolę waluty i oprócz płacenia nim za przedmioty w specjalnych miejscach w grze, za jego pomocą przed rozgrywką levelujemy naszego bohatera. Z każdym kolejnym poziomem dostajemy punkt umiejętności, który możemy spożytkować na rozwinięcie herosa w trzech kategoriach, a możliwości jest naprawdę sporo. Oprócz pasywnego zwiększenia statystyk, takich jak początkowa liczba zdrowia czy szansa na obrażenia krytyczne, umiejętności wprowadzają do gry całkowicie nowe mechaniki – chociażby wypadanie z przeciwników losowych mikstur, zmieniających nasze ataki. Bardzo ciekawe rozwiązanie, które sprawia, że z czasem stajemy się nieco mocniejsi i czujemy progres w grze, nawet pomimo ciągłego dostawania po tyłku.

To, co jednak najbardziej podoba mi się w Fury: Unleashed, to sposób, w jaki twórcy za pomocą mechanik gry, egzekwują swój pomysł na to, by rozgrywka była dynamiczna, a gracze agresywni. Głównym czynnikiem jest system combo:  z każdym zabitym wrogiem zwiększa się nasz aktualne licznik combo, a im większy, tym więcej tuszu wypada z przeciwników. Po wykupieniu odpowiedniej umiejętności, dodatkowo co 10 punktów combo dostajemy tarczę, która całkowicie pochłania jeden, wymierzony w nas atak, a inna zdolność przy combo większym niż 3 daje szansę na zebranie z wrogów czerwonej kulki, leczącej kilka punków zdrowia. I właściwie ta ostatnia mechanika sprawia, że niezbędne jest agresywne granie  i ryzykowanie. Gdyby tego było mało, zarówno tusz, jak i kula zdrowia po kilku sekundach znika, więc po zastrzeleniu przeciwnika musimy szybko do niego doskoczyć, aby je zebrać. A to sprawia, że większość czasu jesteśmy w ciągłym ruchu, manewrując między latającymi pociskami i atakując, zamiast czekać, aż wrogowie spokojnie  sami do nas podlecą albo skończą serię ostrzału. Gdy się tak zastanowię, to na początku najwięcej życia traciłem, lecąc bez zastanowienia za wypadającym tuszem wprost pod pociski albo próbując go zebrać z wystających z dziury kolców.

Pierwszym moim skojarzeniem po odpaleniu w Fury: Unleashed, a dokładniej mapy strony komiksu, była gra The Binding of Isaac, z co prawda inną perspektywą, jednak podobnym schematem rozgrywki. Tutaj też widzimy od razu na mapie rozmieszczenie kolejnych pomieszczeń, a każde z nich kryje losowo generowanych przeciwników. W obu tytułach mamy również minibossów i wymagających bossów na końcu każdego poziomu. Fury czerpie jednak z klasycznych platformówek i zakres ruchów, które może wykonać nasz bohater, jest zdecydowanie większy. Podwójny skok i unik, który możemy wykonać w dowolną stronę, również w powietrzu, sprawia, że po odpowiednim treningu możemy omijać nadlatujące pociski niczym NeoDo walki używamy głównie broni palnej, którą celujemy za pomocą myszki i cokolwiek robimy, nie musimy przerywać ognia. Postać porusza się niesamowicie płynnie i nigdy nie zdarzyło mi się zginąć, bo mój bohater nie zrobił czegoś, co mu kazałem. No ok, raz czy dwa razy zacząłem dziwnie lewitować przy podejściu do krawędzi podłoża i miałem chwilowe wrażenie, że się zaciąłem, ale animacja sugerowała, że twórcy chyba umyślnie ją umieścili. Samo strzelanie również jest przyjemne. Wrogowie wdzięcznie rozpadają się w chwili śmierci, krwi nie brakuje, a licznik combo nakręca jeszcze bardziej.

To, co potrzebne jest prawdziwemu, komiksowemu twardzielowi, to pokaźny arsenał do eliminacji niemilców. Jak już wspomniałem, główną bronią, z którą zaczynamy, jest ta na odległość – pistolet maszynowy. Oprócz tego, mamy również katanę do walki wręcz i zestaw bardzo mocnych granatów. Dodatkowo możemy, jak klasyczny Mario, miażdżyć wrogów, skacząc im specjalnym atakiem na głowę (czego akurat prawie w ogóle nie używam, ale pewnie zależy to od stylu gry). Nasze umiejętności wieńczy supermoc, domyślnie jest to chwilowe zamrożenie pobliskich przeciwników, której możemy użyć raz na 20 zabójstw. Podczas rozgrywki możemy znaleźć broń palną innego rodzaju, jak strzelba czy rakietnica. Każda pukawka występuje z lekko losowymi statystykami i dodatkowo może zawierać specjalne cechy, jak podpalanie czy zamrażanie wrogów. Podobnie jest kilka rodzajów granatów, broni białej i supermocy. Oprócz tego arsenału heros ma jeszcze 5 miejsc na różne ubrania, jak nakrycia głowy czy buty, które występują z różnymi modyfikatorami i dodatkowo może znaleźć inne, mocne modyfikatory, jak nawet natychmiastowe wskrzeszenie z pełnym życiem w przypadku śmierci. Z jednej strony wydaje się, że to sporo, z drugiej jednak po kilku godzinach z grą zauważyłem, że szczególnie części garderoby mocno się powtarzają i nie ma ich wiele. Tak samo przy broniach twórcy mogli trochę bardziej puścić wodzę fantazji i przygotować bardziej szalony arsenał. Mocniejsze bronie można by odblokowywać po pokonaniu konkretnych bossów lub wykonaniu wyzwania (nagrody za achievementy w tego typu grach są bardzo dobrym rozwiązaniem, świetnie robi to chociażby niedawny roguelike’owy Into the Breach). Ciekawe byłyby również bronie inspirowane konkretnymi światami komiksów – broń plazmowa obcych lub Panzerfaust? Możliwości jest wiele i mam nadzieję, że twórcy do premiery dodadzą coś w tym temacie, bo losowe przedmioty, znajdowane w czasie rozgrywki, mocno wpływają na jej unikatowość i sprawiają, że kolejne podejścia różnią się od siebie.

Narzekać nie mam jednak zamiaru na różnorodność wrogów, z którymi mamy do czynienia. Każdy komiks nie tylko ma sporo różnego rodzaju przeciwników, ale również na każdej z trzech stron pojawiają się nowi, coraz silniejsi. Przykładowo w drugim komiksie o tytule Operacja szkarłatny zmierzch, w której walczymy z przybyłymi z przyszłości nazistami, do klasycznych żołnierzy z pistoletami, grenadierów i wyposażonych w strzelby oficerów, dochodzą snajperzy, czołgi strzelające wiązką laserową na całą planszę i wyjątkowo paskudni żołnierze z jet packami, posiadający miotacze ognia. Nie mówiąc o minibossach i bossach, których wygląd przywodzi mi na myśli kultowy Metal Slug, na który zmarnowałem za młodu tonę złotówek.

Skoro jestem już przy designie bossów, warto wspomnieć o świetnej oprawie wizualnej gry. Każdy komiks ma spójny, unikalny klimat i dotyczy to zarówno wyglądu plansz, jak i przeciwników. Ale to właśnie bossowie najbardziej cieszą oko. Oczywiście trudno zwrócić na to uwagę w trakcie walki, ale ilość szczegółów w ich wyglądzie jest naprawdę spora, do tego po wyglądzie od razu można poznać, że będą stanowić wyzwanie. Przy tej całej kolorowej, komiksowej grafice, co bardzo istotne, oprawa jest również czytelna. Nadlatujące pociski wyraźnie widać, a dodatkowo ataki poszczególnych przeciwników mają inne efekty, wiadomo więc, kto nas atakuje (może tylko małe, pomarańczowe pociski mechanicznego pająka z drugiego komiksu czasem były dla mnie słabo widoczne). Na uznanie zasługuje również muzyka, która przy odpowiedniej ilości combo zaczyna być coraz żywsza, a po jego przerwaniu znowu zwalnia. Niby mała rzecz, a cieszy.

Jest zaskoczony faktem, że gra tak mało mnie frustrowała. Zamiast rzucić klawiaturą przy kolejnym głupim zgonie, najczęściej miałem chęć, by spróbować ponownie. Proces uczenia się w tej grze jest bardzo satysfakcjonujący (na początku nie wyobrażałem sobie, że możliwe jest zrobienie combo 50), a pokonywanie kolejnych bossów daje niemałą satysfakcję. To, że każdy komiks ma zupełnie inny klimat, jest bardzo odświeżające, dodatkowo taka tematyczna dowolność sprawia, że dodawanie dodatkowej zawartości (na przykład w formie DLC) będzie dla twórców niezwykle proste. Gra nie męczy również dlatego, że poszczególne rozgrywki nie są długie i nie zajmują dłużej niż kilkanaście minut. Ale przede wszystkim Fury: Unleashed jest sprawiedliwe. Każda moja śmierć była wynikiem mojego błędu lub braku umiejętności, a nie absurdalnie wyśrubowanego poziomu trudności czy sytuacji, z której nie mogłem wyjść obronną ręką. Jasne, losowość rozgrywki sprawia, że czasem trafiają się słabe gry, w których np. za cholerę nie możemy znaleźć broni i mamy bardzo utrudnioną walkę z bossem, albo losuje nam się mały pokój, w którym spotykamy wszystkich najgorszych, możliwych przeciwników z danego komiksu, ale trzeba wziąć na to poprawkę. Tak jak na sam fakt, że styl rozgrywki Fury: Unleashed nie każdego będzie bawić.

Jak wspomniałem we wstępie, do gry podchodziłem z pewną rezerwą, bardzo miło się jednak zaskoczyłem i bawiłem się świetnie. Gra jest wymagająca, ale i satysfakcjonująca; dynamiczna i mająca pomysł na siebie. Gra we wczesnym dostępie jest już na ostatniej prostej, by oficjalnie się ukazać. Podczas gry nie natrafiłem na praktycznie żadne problemy i bugi, gra tylko jeden raz postanowiła wyrzucić mnie do pulpitu. Idealna nie jest jednak optymalizacja i przy większej ilości przeciwników na ekranie lub walce z bossem, płynność gry potrafi spaść, co niestety bardzo przeszkadza i może doprowadzić do przegranej. Nadal można jednak zgłaszać wszelkie problemy twórcom, a z tego, co widziałem w sekcji komentarzy na Steamie, ci bardzo sprawnie odpowiadają na wszystkie zażalenia i sugestie graczy. Podkreślam to, bo sam osobiście nie jestem zwolennikiem opcji wczesnego dostępu, w którym stan techniczny gier często uniemożliwia zabawę, a proces ich aktualizowania nierzadko jest długi i niekonsekwentny (nie mówiąc już o całkowitym porzucaniu gry, co również się zdarzało).

Kiedy kończyłem ten tekst, wyszła kolejna, spora aktualizacja, dlatego na szybko jeszcze kilka rzeczy o nowościach w Update 41. Wygląda na to, że ekipa z Awesome Games Studio postanowiła podkręcić poziom trudności – po pierwsze za przedmioty u Tuszmastera (który nie jest już jedyną postacią, u której kupimy przedmioty) nie zapłacimy już tuszem i wprowadzona została do gry nowa, złota waluta, która czasem wypada z przeciwników. Teraz zakupy trzeba będzie przemyśleć i najczęściej nie będzie nas już stać na wszystko. Drugą istotną zmianą jest wprowadzenie losowych przeciwników elitarnych – każdy wróg w jakimkolwiek komiksie może występować w takim wariancie, oznaczony jest wtedy czaszką, ma wtedy więcej zdrowia i stanowi większe wyzwanie. Dodatkowo na początkowej stronie pierwszego komiksu pojawił się nowy duch, który bardziej agresywnie atakuje gracza, możemy też natrafić w komiksach na portal, który przeniesie nas na nowy, zręcznościowy etap (o wyglądzie niepomalowanego komiksu), za którego bezbłędne ukończenie otrzymamy losowy przedmiot. Na pewno nastąpiły również zmiany w drzewku umiejętności i ze smutkiem stwierdziłem, że moja maksymalna ilość życia zmniejszyła się. Najnowsza aktualizacja wprowadziła również pierwszą, testową wersję systemu co-op, niestety nie miałem możliwości jej sprawdzenia.

Fot.: Awesome Games Studio, własne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *