vademecum złego ojca

„Głupio czasem w życiu bywa” – Guy Delisle – „Vademecum złego ojca”, tom 1 [recenzja]

W dzisiejszych czasach (prawie) wszystkie potrzebne informacje można znaleźć w Internecie. Na szczęście wciąż są ludzie, którzy wiedzę zdobywają dzięki książkom. Na szczęście wciąż ukazują się książki, które pozwalają tę wiedzę zdobywać. Chcesz się wybrać w podróż życia do Japonii? Proszę bardzo, oto przewodnik po Kraju Kwitnącej Wiśni. Chcesz zacząć grać na gitarze? Proszę bardzo, oto podręcznik do nauki gry na tym instrumencie. Chcesz zostać złym ojcem? Proszę bardzo, oto Vademecum złego ojca. Zaraz, jak to złym? A jednak! Wydany niedawno przez Kulturę Gniewu pierwszy tom komiksowej serii Vademecum złego ojca – której autor, Guy Delisle, inspirował się własnym ojcostwem – to zbiór kilkunastu zabawnych historyjek o „złym” tacie i jego dwóch pociechach. Choć tak naprawdę to tytuł o byciu ojcem, po prostu ojcem, któremu – pomimo przeważnie dobrych chęci – nie zawsze wszystko wychodzi. Nie mnie oceniać, jakim tatą jest Delisle. Mogę natomiast stwierdzić, że kanadyjski twórca po raz kolejny udowadnia, że jest bardzo dobrym komiksiarzem.

Pierwszą rzeczą, która sprawia, że Vademecum… przykuwa uwagę, jest nietypowy – jak na komiksowe standardy – format. Ta niewielka książeczka ma rozmiar zbliżony do formatu B6, czyli jest mniejsza od zeszytu i tylko trochę większa od kieszonkowego kalendarzyka. Kieszonkowy to w tym przypadku słowo klucz. Dzieło Delisle’a przypomina bowiem małe przewodniki czytane podczas podróży lub zwiedzania, co uważam za trafiony pomysł (zgodny zresztą z oryginalnym wydaniem). Nietypowo jest także po otwarciu komiksu, ponieważ na stronie znajdują się najczęściej zaledwie dwa czarno-białe obrazki, jeden pod drugim, nieograniczone ramką (niekiedy obszar kadru wyznacza ciemne tło ilustracji). Kreska Delisle’a należy do bardzo prostych, ale jej cartoonowy charakter idealnie współgra z treścią Vademecum… Mimo tej prostoty Kanadyjczyk pozostaje rozpoznawalnym rysownikiem. Jeżeli ktoś czytał wcześniej jakiś komiks twórcy Kronik jerozolimskich, to nie będzie miał problemu z identyfikacją autora odpowiedzialnego za charakterystyczne postaci, które widzimy na kartach recenzowanego tytułu.

vademecum złego ojcaVademecum złego ojca przywołuje skojarzenia z takimi pozycjami, jak chociażby Calvin i Hobbes czy Fistaszki. Te krótkie opowiastki o ojcostwie przepełnione są ironicznym humorem (momentami wręcz czarnym), ich lektura należy do odprężających, a przy tym towarzyszy jej jakaś nutka refleksji. Jako czytelnik/widz preferuję dramaty, lecz nierzadko sięgam też po komediowe fabuły, przy których najczęściej jedynie uśmiecham się pod nosem. Tymczasem w trakcie lektury dzieła Delisle’a zdarzyło mi się kilka razy głośno zaśmiać. Do moich ulubionych rozdziałów zaliczyłbym m.in. Ładny rysunek (w którym tata najpierw chwali obrazek córki, a następnie – jako zawodowy rysownik – przechodzi do wnikliwej krytyki jej umiejętności) oraz Piłę łańcuchową (o makabrycznym dowcipie, który ojciec postanawia zrobić synowi). Poszczególne opowieści prezentują trochę nierówny poziom, ale na szczęście nawet słabsze fragmenty wypadają całkiem przyjemnie i nie wpływają negatywnie na odbiór całości.

Albert i Alina, jeden z wydanych wcześniej w Polsce tytułów Delisle’a, wyróżnia się abstrakcyjnym, slapstickowym humorem. Vademecum złego ojca stanowi pod tym względem przeciwieństwo tamtego komiksu. Podobne historie miały miejsce, mają miejsce i wciąż będą miały miejsce pod każdą szerokością geograficzną świata. Humor w nich zawarty opiera się na odmiennym postrzeganiu rzeczywistości przez osobę dorosłą i przez dzieci. Tytułowy bohater potrafi być dla swoich pociech okrutny, choć w danej chwili nie zdaje sobie z tego sprawy. Ot, choćby wspominany już żart z piłą mechaniczną, który w zamierzeniu ma być anegdotą opowiadaną przez wiele lat, może się okazać najbardziej traumatycznym momentem dzieciństwa.

vademecum złego ojcaNiestety, na koniec muszę napisać o jednej poważnej wadzie Vademecum… Otóż, ku mojemu zaskoczeniu, lektura tego – liczącego blisko 200 stron – komiksu zajęła mi… niecałe pół godziny. Sformułowania „poważna wada” użyłem z przymrużeniem oka, niemniej uczucie niedosytu, które pozostawia po sobie pierwsza część Vademecum złego ojca, stanowi pewien mankament. Niedosyt jest jednak lepszy od przesytu, a to przecież nie koniec perypetii „złego” ojca. Cykl ten składa się (przynajmniej na tę chwilę) z czterech tomów i wierzę, że Kultura Gniewu – mocno stawiająca na Kanadyjczyka – wyda komplet.

Vademecum złego ojca dostarczyło mi dobrej (choć krótkiej) rozrywki. Nie jest to wprawdzie ani najzabawniejsza, ani najoryginalniejsza pozycja, jaką w życiu czytałem. Jest to natomiast tytuł, który mogę polecić wszystkim tym, którzy chcą się pośmiać i zrelaksować, wszystkim miłośnikom dokonań Delisle’a, wszystkim obecnym i przyszłym tatom (oraz mamom), a także wszystkim tym, którzy kiedykolwiek byli dziećmi (czyli tak naprawdę wszystkim). Wraz z kanadyjskim twórcą odwiedziliśmy już m.in. Koreę Północną (Pjongjang), Mjanmę (Kroniki birmańskie) i Izrael (Kroniki jerozolimskie). Tym razem spędzamy czas w domowym zaciszu, co nie znaczy, że nie jest ciekawie. Wszak bycie ojcem to wyzwanie większe niż wyprawa w najdalszy zakątek świata.

Fot.: Kultura Gniewu

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.