Bal szalonych kobiet

Tacy normalni… a jacy szaleni – Victoria Mas – „Bal szalonych kobiet”

To dopiero było coś. Jak zrobić wprowadzenie do recenzji książki, którą pochłonęło się w 3, 4 godziny? Bal szalonych kobiet to była lektura niezwykła. Była tam przemoc, szantaż, wątki poświęcone eksperymentom medycznym, miłość, nienawiść, obrzydzenie, szaleństwo, niemoc, zdrada, pogwałcenie własnych zasad, podważanie wiary w Boga, zjawiska paranormalne i zachowania niegodne ludzkiej istoty. A najgorsze z tego wszystkiego jest to… Jak bardzo ta książka mogłaby być prawdopodobna (po wyłączeniu wątków fantastycznych), to, jak jej wizja jest realna. I jak bardzo (niestety) nachodzi na historyczną prawdę. Bal szalonych kobiet to debiut literacki. I to jaki! Victoria Mas trafia w mojej głowie na półkę, na której jest niewielu. Wiem, że przeczytam każdą książkę, jaka tylko spod jej rąk wyjdzie. Jestem zaszczycona i dziękuję.

Historia, którą stawia przed nami Victoria Mas, dzieje się w Paryżu 1885 roku, we właściwym dla tego czasu stylu. Od samego początku poznajemy świat z perspektywy pacjentek szpitala psychiatrycznego, a później zgrabnie przechodzimy do głównej postaci: Eugénie. Jest to kobieta, która stąpa po bardzo śliskim gruncie, mianowicie: buntuje się wobec roli nadanej jej przez społeczeństwo. Nie chce ona, aby jej życie polegało na bezwzględnym podporządkowaniu mężczyznom, zwłaszcza swojemu ojcu (oraz w przyszłości mężowi, gdy ojciec go już wybierze), nie widzi siebie jako klaczy rozpłodowej ani wiecznie umęczonej sprzątaczki. Dziewczyna ma bogate wnętrze, niezłomną odwagę i prawdziwie butną naturę – którą ja zgubi. Należy do osób, które postępują zgodnie z cytatem: żeby należycie krytykować, trzeba poznać przedmiot krytyki. Eugénie posiada także bardzo wyjątkowy dar (lub przekleństwo, jak kto woli).

W sumie czy to wolne, czy zamknięte, kobiety nigdzie nie były bezpieczne. Decyzje podejmowane bez ich zgody zawsze w pierwszej kolejności ich dotyczyły.

Ogromną zaletą książki jest, jak wspomniałam we wstępie, jej realizm. Myślę, że funkcjonowanie społeczeństwa w Balu szalonych kobiet, idealnie oddaje podporzadkowanie mężczyznom, jakiemu to kobiety w mniej pamiętnych już czasach podlegały. I to w każdej kwestii. Mam tutaj na myśli chociażby kwestie małżeńskie, ale też grubsze jak palenie czarownic na stosach, czy niejakiej społecznej wręcz akceptacji na gwałt.

– Nie dopuszczam impertynencji pod moim dachem. Możesz odejść od stołu.

Kobiety traktowane były jak zabawki. Ówczesny świat to miejsce, gdzie gwałt jest wynikiem czystej prowokacji, a akt dokonany jako „stało się, idź wyprać pościel, bo to ohydne, że na niej leżałaś”. Co z kwestiami ludzkiej psychiki? Gdzie miejsce na moralność? W tych czasach pod dachami domów bogatych, jak i biednych działy się rzeczy straszne, niesprawiedliwe i zatrważające. W tych czasach miejsce miał prawdziwy horror.

Bal szalonych kobiet utrzymywany jest w mowie właściwej dla roku 1885. Język jest przy tym klarowny, zręczny, przejrzysty i na swój sposób taki… jedwabisty. Zachowania wszelkich postaci są w pełni dopasowane do panujących ówcześnie realiów. Autorka bardzo dobrze to zrobiła, ma się wręcz poczucie, jakby przychodziło jej to z łatwością. Książka jest przy tym misterna i klimatyczna.

Kwestia, której nie można pominąć, to fakt, iż wiele z postaci wymienionych w książce, istniało naprawdę i stanowiło inspirację dla autorki. Przykładowo, Jean-Martin Charcot (nasz lekarz neurolog), który stosował bardzo kontrowersyjne metody. W szczególności zajmował się hipnozą, jednak jego działania jako lekarza często były eksperymentalne i „pod publikę”. Oddaje to cytat: Kiedy przed milczącym audytorium obłąkana w hipnozie dostawała ataku histerii, odnosiło się niekiedy wrażenie, że to obserwacja nie tyle zaburzenia nerwowego, ile rozpaczliwego tańca erotycznego. Wariatki już nie budziły strachu – teraz fascynowały oraz Ich wzrok zatrzymuje się na piersiach, ustach, biodrach… Dyskretnie trącają się łokciami. Na ucho szepczą sobie jakieś świństwa. Idealnie oddają one przy tym, jak na leczone kobiety patrzono – jak na przedmioty, wręcz erotyczne zabawki. Nikogo chyba nie zdziwi, że historia (na szczęście) pamięta, że nadszedł czas, kiedy doszło do rozstrzygania, w jakim stopniu metody Charcota są słuszne. Nie zmienia to faktu, że miał on grono wielbicieli (wielbicielek też).

Charcot jest jednocześnie mężczyzną, którego się pożąda, ojcem, jakiego pragnęłoby się mieć, podziwianym lekarzem, zbawcą dusz i umysłów.

W książce przewija się także postać pacjentki Louise (musicie doczytać sami) oraz wspomniana zostaje postać pani Wittman. Ta druga, zgodnie z przysłowiowymi internetami, była pacjentką a później asystentką Charcota, a której w wyniku zatrucia popromiennego odpadły ręce. Stanowiła wzór dla innych pacjentek. Dobre sobie, co?

Bardzo podobała mi się postać oddziałowej Geneviéve. Ciekawi mnie jej ateizm w świecie tak dla ludzi tego pokroju, nadal, mimo wszystko, niebezpiecznym.

Modlitwę odmawiała z pogardą (…). Słuchano mężczyzny, który tylko dlatego, że nałożył na głowę biret i stał na ołtarzu, miał pełnię władzy nad mieszkańcami wioski. Opłakiwano ukrzyżowanego człowieka i modlono się do jego ojca, abstrakcyjnego bytu, który osądzał ludzi na ziemi (…) Nie tylko nie była niezdolna uwierzyć, ale im dłużej o tym myślała, tym większą zyskiwała pewność: Bóg nie istnieje. Kościół to oszustwo. A księża – szelbierze.

Rzecz, która była dla mnie niezmiernie trudna, to sam bal. Z zapartym tchem czytałam, jak podczas jego trwania zaproszeni zewsząd goście patrzyli na pacjentki. Stwierdzili wtedy zgodnie: to dziwne. Te kobiety wyglądają zadziwiająco normalnie.

Kiedy obłąkane przystają na parkiecie tanecznym i sadowią się na ławkach, goście, coraz swobodniejsi, zaczynają prychać, parskać śmiechem i pokrzykiwać, gdy musną rękaw wariatki, tak że gdyby do sali wszedł ktoś, kto by nie wiedział, co tu się dzieje, za szalonych i ekscentryków wziąłby tych, którzy tego wieczoru wcale za takich nie uchodzą.

Warto w tej chwili dodać więcej o samym Szpitalu Salpêtrière.

To szpital, w którym same mury mogą doprowadzić do szaleństwa tę, która nie była szalona, gdy tu przybyła. To szpital, w którym z każdego okna ktoś wygląda, ktoś widzi albo widział. (…) Czuje, że każdy jej ruch jest obserwowany, analizowany, jakby koniecznie chciano znaleźć w niej jakąkolwiek wadę, drobną choćby skazę, która uzasadniłaby jej zamknięcie w szpitalu.

Kobiety, które się tam znalazły, nierzadko miały piękne dusze. Te „wariatki”, jak się je określa, były większe niż najwięksi poza murami dzielącymi je od prawdziwego świata. Były także niesamowicie zranione.

– Marzenia są groźne, Lousie. Zwłaszcza kiedy zależą od kogoś innego.

Upadlanie kobiet przez inne kobiety przypomina mi nieco makabryczny klimat z Wybornego trupa (Augustina Bazterrica). Nie jest to, co prawda, podawanie na widelcu istoty równej nam, ale skazanie drugiej osoby (kobiety) na niemożliwe wręcz upodlenie. Pracownice szpitala mówią o kobietach, iż są szalone, że nikt ich nigdy nie zechce (samotność kobiet w tamtych czasach była tym gorsza, iż zostawiała kobietę jako upośledzoną, upodloną, wybrakowaną, nędzną i niegodną dobrego życia). Nazywają pacjentki wyrzutkami i nieudacznicami. Tymczasem niejedna z tych pracownic śmiało nadałaby się na taką pacjentkę (względem przyjętych kryteriów oczywiście). Porażający jest fakt, że płeć przeciwna – mężczyźni – niejednokrotnie pokazali, że dla nich również powinno stworzyć się oddział. Ich jednak traktowano z niewymowną taryfą ulgową.

– Proszę wybaczyć mojemu synowi, nie wiem, co go napadło.

Mężczyźni mieli ogromny, jeśli nie większy, udział w kobiecej nędzy. Kobiety miały dokładnie tyle wartości, ile im nadano:

– (…) diabeł maczał w tym palce. Nie chcę tego w swoim domu. Dla mnie moja córka przestała istnieć.

 

– Mógłbym napisać do Salpêtrière i ujawnić, co mi powiedziałaś. Nie zrobię tego, bo jesteś moją córką. Ale chcę, żebyś opuściła ten dom.

I jeszcze jeden cytat:

Ale męskiego szaleństwa nie da się porównać z kobiecym: mężczyźni przerzucają je na innych – kobiety na siebie.

Ciekawi mnie, iż (zgodnie z lekturą) w szpitalu Salpêtrière zamykano kobiety niegodziwe, morderczynie, żebraczki, włóczęgi, bezdomne, rozpustnice, prostytutki, dajki, niepełnosprawne, jak i melancholijne kobiety. Wariatki ze szpitala nierzadko były jednak kobietami, które zamknięto za kwestię dotyczące samoobrony i zamykano je często w obronie bezmyślnych, niegodziwych mężczyzn i jeszcze częściej w ramach ostrzeżenia i wychowania kolejnych pokoleń kobiet.  Dlaczego w ogóle nie wspominano o takim samym szpitalu dla płci przeciwnej? To jest porażające. Oczywiście historia szpitala była nieco inna, jednak zabieg autorki jest bardzo dręczącą wizją alternatywną.

Co do samych lekarzy, ich postawę również opiszę poprzez cytaty: Nikt tak nie lubi Sali badań jak sami lekarze (…) Przebywające w sali badań dwie osoby przestają być równe: jedna szacuje los drugiej (…) Lekarz zawsze uważa, że wie lepiej niż pacjent, a mężczyzna zawsze uważa, że wie lepiej niż kobieta. Wariatki z Salpêtrière były dla lekarzy po prostu rzeczami i to rozpatrywanymi pod względem przypadku.

Co do wad, to doszukałam się jednego błędu (brak przecinka) – wyczuleni na takie kwestie, na pewno będą zadowoleni. Co do większych wad: zachowanie oddziałowej uznaje za, lekko mówiąc: niedyskretne. Mam ją wręcz za postać bezmyślną, ale może dlatego, że bardzo jej kibicowałam. Irytowało mnie także jej niezdecydowanie, chociaż da się je oczywiście zrozumieć.

Okładka książki jest nieco psychodeliczna. Gdybym zobaczyła ją na półce w księgarni, nie wiedziałabym kompletnie, czego się po niej spodziewać. Po wnikliwej analizie uważam, że przedstawia (zgodnie z tytułem) wirujące w tańcu postaci. Zatem lanie się barw to efekt mieszania kolorów strojów w trakcie ruchu. Czy mam rację? Mogę – nie muszę. Równie dobrze mogą to być farby na płótnie i nawiązanie do „trybu Boga”, którym mogliby posługiwać się pracownicy Szpitala Salpêtrière. No i mężczyźni, oni też. Miło mi również wspomnieć, iż wyklejki książki są zielone – jest to rzadko spotykane.

Książka bardzo dobrze ukazuje kwestie ludzkiej psychiki – mózg jest w stanie wyprzeć najgorsze wspomnienia, niegodziwe wydarzenia i ogromne niesprawiedliwości, ale nigdy nie zapomni tego, jak potraktowali nas ci, którzy o naszej krzywdzie wiedzieli, a nie kiwnęli palcem. Co więcej, obwiniali nas o wszelkie nasze i ich własne krzywdy. To, jaki brak wsparcia dostaniemy, jest gorszy od najgorszego.

Ojciec patrzy na nią ze spokojem – i ów spokój przeraża ją bardziej niż zjadliwość, z jaką zawsze ją traktował.

Co więcej, do czego posuną się nasi bliscy w imię zasad? A co jeśli zasady te nie mają racji bytu? Jakbyśmy czuli się jako społeczeństwo XXI wieku, gdyby okazało się, że dekalog zapewnił nam najgorsze grzechy, a nasze życia to jedynie pasmo, które powinno w 200% składać się z wyrzutów sumienia? Czy ta książka pokazuje tak bardzo inny świat? Czyż obecnie nie ma zakłamanych wyroków sądowych, bezpodstawnych skazań, hierarchizacji, dehumanizacji, dyskwalifikacji, dominacji, stygmatyzacji…? Książka Victori Mas to swojego rodzaju manifest.

Nie skłamię, mówiąc, że Bal szalonych kobiet przerażał mnie od samego początku. Nie jest to kwestia tego, książka że była straszna w skali horroru. Takowego tutaj nie ma, choć są jego namiastki. Książka za to idealnie dopasowuje się do stylu 1885 roku i tego, w jaki sposób funkcjonowało wtedy społeczeństwo. Poraża mnie pozycja kobiety i jej upokarzająca wręcz rola u męskiego boku. Poraża mnie to, w jaki sposób kobiety w tej książce zostały potraktowane i to, czego każda z nich doświadczyła. Każda historia poboczna była równie ciekawa i równie podła w odczuciach. Niesamowicie bolało mnie każde użycie słowa „wariatka”. Jako kobieta odbierałam to wręcz personalnie.

Na koniec muszę jeszcze raz oddać hołd autorce, za to dzieło, które stworzyła swoimi własnymi rękami.

Fot.: Wydawnictwo Mova

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.