Filmy,Recenzje

Viva Las Zombies – Zack Snyder – “Armia umarłych” [recenzja]

Zack Snyder zostawił za sobą świat superbohaterów, wrócił do korzeni i tematyki zombie. Niestety, to nie rok 2006, w którym hordy nieumarłych to była wciąż dość (nomen omen) świeża sprawa, a już na pewno nie tak strasznie zajechana wzdłuż i wszerz przez wszystkie możliwe popkulturowe media. Piętnaście lat i setki, jeśli nie tysiące produkcji później trudno znaleźć kogoś, kto nie jest już troszkę zmęczony starymi, dobrymi zombiakami. To jednak nie jedyna przeszkoda, którą napotkała Armia umarłych – jeśli pominiemy zmęczenie materiałem, Snyderowi film po prostu niespecjalnie się udał. I nie jest to kwestia oczekiwań, bo po tego typu blockbusterze człowiek oczekuje rozwałki, rozwałki i jeszcze raz rozwałki, a nawet tej niespecjalnie tu dużo, jak na ponad 150 minut. Jednak mimo wszystko w ślad za rozwałką byłoby miło, gdyby twórca jakoś to ładnie obudował w miarę sensowną fabułą. Niestety, nie jest miło, bo fabułę spokojnie można streścić jednym krótkim akapitem. 

Po wybuchu epidemii zombie w Stanach Zjednoczonych udało się opanować hordy nieumarłych stworów i zamknąć je w specjalnej strefie w Las Vegas. Debata na temat istnienia tej strefy wkrótce przestanie mieć znaczenie, ponieważ w 72 godziny po tym, jak poznamy naszych bohaterów władze USA postanawiają zrzucić na zamkniętą zonę atomówkę, aby raz na zawsze pozbyć się gryzącego problemu. Takie rozwiązanie jest zdecydowanie nie w smak pewnemu biznesmenowi (w tej roli Hiroyuki Sanada), który ma naprawdę grube pieniądze ukryte w podziemiach jednego z kasyn. Zatrudnia więc grupę najemników, oferując im do podziału zawrotną kwotę 50 milionów dolarów za wypełnienie zadania. I tak oto poznajemy głównych bohaterów tego spektaklu…

…Niestety poza krótkim, suchym opisem każdej z postaci nie jesteśmy w stanie nic o żadnej powiedzieć. To chodzący zlepek stereotypów, który w założeniu miał chyba być zabawny, głównie przez spore niedopasowanie, różnice w podejściu, umiejętnościach i motywacji udziału w całym przedsięwzięciu. Najbardziej na tej mieszaninie traci widz, który za nic w świecie nie ma prawa z nikim się polubić. Jeszcze gdyby w obsadzie były jakieś większe nazwiska, to ten scenariuszowy niewypał dałoby się jakoś zamaskować, bo ludzie – podobnie jak w przypadku zmasakrowanego przez krytykę, ale mającego swoich fanów Legionu Samobójców – zapamiętaliby interakcje i drętwe dialogi między aktorami z pierwszej ligi i zapewne powodów do dyskusji byłoby więcej. Nie twierdzę, że Armia umarłych ma złą obsadę, bo zetknięcie z mniej opatrzonymi twarzami ma też swoje plusy, a każdy z obsady wykorzystał te nędzne skrawki charakterystyki bohaterów, które dostarczył im Snyder, ale i tak trudno tu o kreację zapadającą w pamięci. Najjaśniej wypada chyba duet Vanderhoe oraz Dieter, natomiast najsłabszym ogniwem jest… Ward, w którego wciela się Dave Bautista. Główny bohater blednie na tle swoich kompanów, jego historia jest najbardziej nijaka, a motywacja (chęć naprawienia relacji z córką) o ile szlachetna i życiowa, o tyle poprowadzona po prostu głupio, naiwnie i bez większego sensu. 

Przejdźmy do samych zombiaków, bo to często dla nich ludzie oglądają tego typu produkcje – nieumarli w filmie Armia umarłych są ładni na swój trupi sposób, tak że wielki plus dla charakteryzatorów za zadbanie o odpowiednią różnorodność i dobór odpowiednio poszarpanych tkanin, kończyn, fragmentów skóry czy wylewających się tu i ówdzie flaczków oraz innych podrobów. Dodajmy do tego świetną pracę speców od efektów specjalnych (zombie koń oraz zombie tygrys robią robotę!), którzy wykreowali naprawdę ładne, komputerowe, nieumarłe zwierzątka. Poza samym wyglądem przez pewien czas była spora szansa, że właśnie zachowaniem zombie Snyder wygra i sprawi, że ten film będzie czymś więcej niż tylko radosnym ładowaniem amunicji w mózgi szwędaczy, bo stworzył coś w stylu prostej struktury społecznej nieumarłych, skupionej wokół samca Alfa, jednak tak szybko, jak ten pomysł się pojawił, tak szybko został pogrzebany, tworząc przy okazji kolejne, coraz bardziej durne rozwiązania prowadzące do śmierci kolejnych bohaterów. Śmierci, które mnie w trakcie filmu zupełnie nie obchodziły i nie były też jakoś przesadnie spektakularne (z dwoma przyjemnymi wyjątkami) wizualnie. 

Chciałbym także zwrócić uwagę na pewien dysonans między samym filmem a promującymi go plakatami i działanami marketingowymi, które wykreowały w mojej głowie oraz przygotowały mnie na film kolorowy, jaskrawy, niezwykle neonowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy poza jedną sekwencją po uruchomieniu prądu oraz niesamowicie pięknym, spektakularnym wręcz, teledyskowym, ironicznym wstępem (najmocniejszy fragment filmu z idealnym wykorzystaniem piosenki Viva Las Vegas!) Armia umarłych pozostaje filmem szarym, piaszczystym, monotonnym. Nie jest to z mojej strony zarzut, bardziej zwrócenie uwagi na zaistniały stan rzeczy. 

Armia umarłych to typowy film akcji, wykorzystujący motyw heist movie, jednak i na tym polu Snyderowi udało się w kilku miejscach polec. O ile sam pomysł wyjściowy jest niezły, o tyle jego realizacja, zlepienie wszystkich wątków do kupy i wykreowany tutaj twist fabularny są po prostu głupie. Podobnie rzez się ma z niektórymi scenami akcji, które mają problem, żeby wciągnąć widza na tyle, aby poczuł tętniącą w żyłach adrenalinę. A gdy już zaczyna się robić ciekawie, Snyder zaczyna uśmiercać bohaterów rodem z programu Śmierć na 1000 sposobów, a innych chroni scenariuszowym płaszczykiem, w widzu znowu rodzi się irytacja. W świetle tych odczuć towarzyszących seansowi, naprawdę nie potrafię pojąć, kto dał Snyderowi zielone światło na zbudowanie wokół tego pomysłu całego uniwersum! A mają ponoć powstać prequele tej historii, oczywiście powstanie też sequel… Tylko… po co? Nie czuję się zainteresowany.

Szczerze mówiąc – nie wiem po co i dla kogo powstała Armia Umarłych. Ten film raczej ziębi, aniżeli grzeje i trudno z czystym sumieniem wskazać coś, co się Snyderowi w tej produkcji w pełni udało. To zupełnie nijaka, niesmacznie stereotypowa rozwałka, która w pewnym, jakże króciutkim momencie miała potencjał, aby wprowadzić jakąś odmianę do gatunku, ale zanim się to wydarzyło, zombie zdążyło stracić głowę i cały plan rozsypał się niczym sportretowane kasyna w światowej stolicy hazardu. A szkoda, bo przez to mamy tylko ładnie nakręconą nawalankę z hektolitrami krwi, mnóstwem otwartych ran, flaków i wyszczerzonych zębów.

Fot.: Netflix

Podobne wpisy:

Reżyseria4
Scenariusz2
Aktorstwo4.5
Kwestie techniczne7.5
Emocje3
Przyjemność z oglądania3
4Ocena ogólna

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *