Aurora znowu to zrobiła. Znów pozwala polskim widzom zanurzyć się w świecie dobrego, pięknego kina. Kina, które daje ukojenie, które sprawia, że zapominamy o tym, co dookoła nas, które wciąga nas w opowiadaną historię bez reszty, mimo że na pozór nie dzieje się w niej nic istotnego. Znów pozwala zanurzyć się w świecie, gdzie ludzie i ich emocje są na pierwszym miejscu – odarci z przerysowanych min, dziwnych kostiumów, zbędnej scenografii, efektów specjalnych, pięknych, sztucznych przemów. Znów pozwala zanurzyć się w świecie, w którym niby żyjemy, a jednak zapominamy o nim, gnając codziennie przez labirynt, gdzie jedna droga prowadzi do wypłaty, druga do rodziny, trzecia do szczęścia, czwarta do odpoczynku, a połączyć je graniczy czasami z cudem. Znów pozwala zanurzyć się w świecie, który jest nasz, a który nas omija. W innym świecie.
Głos Kultury objął produkcję patronatem medialnym.
„W GÓRACH TAK MAMY”
Michele Cortese to mężczyzna w średnim wieku, który po wielu latach uczenia w jednej z rzymskich szkół, niespodziewanie dowiaduje się, że otrzymał upragniony przydział do szkoły w malutkiej wiosce Rupe położonej na terenie Parku Narodowego Abruzji. I choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że nauczyciel nie odnajdzie się w tym niemal zapomnianym przez bóstwa miejscu… Dzieje się coś wręcz odwrotnego. Nie zniechęca go śnieżyca, która sprawia, że jego samochód zostaje unieruchomiony, a on nie ma jak dotrzeć na miejsce pierwszego dnia nowej pracy. Nie zniechęca go przenikające zimno i brak odpowiedniej garderoby. Nie zniechęca go mieszkanie, w którym nie potrafi rozpalić piecyka, ani wycie wszechobecnych wilków, które przenika go na wskroś. Nie zniechęca go nawet najgorsze – obojętność czy wręcz delikatna niechęć mieszkańców Rupe, którzy mają go za mięczaka z miasta. Michele szybko robi to, czego się od niego wcale nie oczekuje, choć wymaga: „ogarnia się” i staje się jednym z nich. Człowiekiem gór. Wsiąka w społeczność, w życie, które powoli w Rupe wymiera, a także w silną potrzebę ratowania wartości, które znikają wraz z nim. Ta potrzeba jest natomiast silniejsza niż głos rozsądku. Dlaczego? Cóż… Bo w górach tak mamy.
„KTO SIĘ NIE PODDAJE, ZASŁUGUJE NA POMOC”
„W górach tak mamy” – mówią ci, których zachowanie budzi zdziwienie wśród innych, spoza Rupe, spoza gór. „W górach tak mamy” – mówią ci, którzy się nie poddają. A stanąć do walki trzeba, bo szkoła w Rupe, szkoła, do której uczęszcza jedynie ośmioro uczniów (w różnym wieku, dlatego klasa jest mieszana), stoi na skraju przepaści. Historia lubi się powtarzać, a tutaj, w Parku Abruzji już kiedyś tak się stało. Już kiedyś jedna niewielka szkoła została zamknięta, a to wywołało lawinę zdarzeń, której efektem było opuszczenie i poniekąd zniknięcie całego miasteczka. Mieszkańcy Rupe, w tym Michele, wicedyrektorka Agnese, woźny i kilkoro innych – stają więc w szranki do nierównej walki z systemem, ale również z głową innego, większego miasta, której szkoła w Rupe podlega, a która to głowa zrobi wiele, by swojego mniejszego konkurenta zniszczyć całkowicie. Michele okazuje się nagle bardziej podobny do wilka aniżeli przerażonej owcy – angażuje się w ratunek szkoły tak, jakby sam był owym pasterzem, którego imieniem placówka została nazwana, a którego historię zna każdy (z całych ośmiorga) uczniów. Michele się nie poddaje, nie poddaje się Agnese, nie poddaje się woźny ani nie poddają się uczniowie. A kto się nie poddaje, zasługuje na pomoc…
„DOBRY CEL UŚWIĘCA ŚRODKI”
Czy moralnym jest wykorzystywanie nieszczęścia uchodźców i widma wojny, by ocalić skazaną na wymarcie szkołę? Czy etycznym jest pomóc, ale w pomocy tej upatrywać własnych celów? W innym świecie, w tym skądinąd przewrotnym w ciekawy sposób filmie, cel – owszem – uświęca środki, ale szalenie ważne jest, jaki ten cel jest. Czy mamy więc do czynienia z moralną wybiórczością? Nie nazywajmy tak dosadnie spraw, w których niedane nam było uczestniczyć. W innym świecie to bowiem opowieść o życiu, jakiego wielu z nas nie zna. O ludziach i wartościach, o których bardzo łatwo i bardzo szybko się zapomina – bo tak jest wygodniej i prościej. A przecież są jeszcze światy, w których warto walczyć o każdą tlącą się nadzieję, o każdą nadzieję na jutro. O przetrwanie choćby jeden rok dłużej.
Włoski film, choć przez większość czasu opowiadający nam swoją historię spod zasp śniegu i oblodzonych schodów prowadzących do upadającej szkoły – rozgrzewa niczym najdroższy grzaniec na najtłoczniejszym świątecznym jarmarku, kupiony za ostatnią gotówkę i wypity na pół z najbliższą nam osobą. Bije z niego takie ciepło, że czujemy się jak Michele, kiedy w końcu ktoś zlitował się nad nim i pomógł mu rozpalić w piecyku. Bo to właśnie robi Ricardo Milani swoim filmem – rozpala w piecyku. Otula niewymuszonym ciepłem, daje nadzieję i poczucie przynależności – coś, czego każdy pragnie, ale nie każdy się do tego przyzna. Nawet przed samym sobą.
Mnóstwo tu niewymuszonego, ale naprawdę działającego humoru, i to nie takiego, który kąciki naszych ust lekko jedynie uniesie do góry, ale pełnokrwistego humoru, który sprawi, że niejednokrotnie parskniemy śmiechem. Tylko po to, by po chwili albo się wzruszyć, albo zamyślić i oddać melancholii. To komedia obyczajowa pełną gębą, w dodatku gębą uśmiechniętą, pełną cytatów, które chce się zapamiętać, i z ledwo zauważalnie drgającą wargą, która tylko udaje, że drży z zimna.
„KTO SIEDZI CICHO, TEGO OMIJA LICHO”
W innym świecie to film zrealizowany prosto, ale bezbłędnie. Bez udziwnień, bez labiryntów, bez zadzierania nosa i bez przerostu formy nad treścią. Być może forma ta jest klasyczna, być może aktorzy – Antonio Albanese, Virginia Raffaele, Sergio Saltarelli, Alessandra Barbonetti – (naturalni, świetni, wiarygodni) nie dostali pola, które pozwoliłoby im pokazać całe spektrum możliwości, być może dla kogoś będzie tu zbyt prosto. Być może. Ale życie w Rupe w reżyserii Ricarda Milaniego dla przynajmniej uważnego i empatycznego widza nie będzie ani proste, ani nudne. W filmie W innym świecie zastosowano klasyczne środki wyrazu, trafiający w punkt humor i wybrano świetnych aktorów, by pokazać siłę maleńkiej społeczności. Wiarę w jutro, które może nie nadejść. Włoski film to z jednej strony pokłon dla odchodzących w niepamięć wartości i spraw, z drugiej (Gemma!) wyrozumiałe spojrzenie w stronę zmieniającego się, rozszerzającego się bez granic świata, za którym musimy nadążać, jeżeli nie chcemy ponosić strat. Nadążać, ale spoglądając przez ramię, pamiętając o tradycjach wartych zapamiętania i wartościach, które nas zbudowały i które mogą budować kolejne pokolenia.
Zimna, surowa aura tak łatwo mogącego zostać odciętym od świata Rupe, przypomina momentami społeczności z powieści Michaela Crummeya, choć fani jego twórczości prędko odnajdą największą różnicę – u Milaniego surowość idzie w parze z nadzieją i humorem, u Crummeya pod rękę trzyma ona melancholię i ciemniejszą stronę życia (co nie znaczy, że nie piękną).
W innym świecie to piękny film, który może być seansem łączącym pokolenia. Opowiada zarówno o wielkim świecie marzeń i możliwości, jak i o tym malutkim, w którym liczy się ta jedna iskra, która nas ogrzeje. Snuje opowieść o wytrwałości i niepoddawaniu się przeciwnościom, o walce, która ma sens nawet wtedy, gdy każda kolejna runda okazuje się przegrana. Kto bowiem wie, jakich sojuszników ześle nam kolejna śnieżyca? Kto wie, kto stanie po naszej stronie i jakie szczęście okaże się zapakowane w nieszczęście? Kto wie, w kim siedzi prawdziwy wilk i jaki cel uświęca środki? Ja co nieco po seansie już wiem, ale będę milczeć. Będę siedziała cicho, bo kto siedzi cicho, tego omija licho. I myli się ten, kto pomyśli, że siedzi cicho ten, kto nic nie robi.
Pędźcie do kin. Pobądźcie trochę W innym świecie.














